Reklama
Kultura

Kac po „Euforii”. Oceniamy 3. sezon kultowego serialu

Balansując na cienkiej granicy oddzielającej brawurę od głupoty, twórcy 3. sezonu „Euforii” dopuszczają się wyjątkowo perfidnej zdrady. Jej ofiarami padają zarówno bohaterowie serialu, jak i jego najwierniejsi fani.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 15:37
8 min
Grafika promocyjna 3. sezonu serialu „Euforia”, prod. HBO, 2026 (fot. materiały prasowe)

Uwaga, uwaga, koniec świata odwołany! Nie będzie ani huku, ani skomlenia, ludzie pozostaną samotni, nieistotni i zdani na pastwę przypadku. Fatum nie prowadzi nas przez życie na niewidzialnych sznurkach, a Bóg, jeśli w ogóle istnieje, jest na fajrancie. Wiara w dobro i zło pomaga w godnym życiu, o ile tylko jesteśmy skłonni jej bronić – czasem słowem, kiedy indziej pięścią. 

Podobne refleksje, które przeciętny czterdziestolatek ma w głowie między pierwszym a drugim dzwonkiem budzika, urastają w finale serialu „Euforia” do rangi prawd objawionych. Błahą historyjkę o tym, że życie wjedzie w nas na szóstym biegu, przebrano w szatki chrześcijańskiego moralitetu. Całość zaś spuentowaną refleksją, z którą trudno polemizować: może i kajak dziurawy, ale trzeba wiosłować.

Niezbyt odkrywcze wnioski to zresztą najmniejszy z problemów serialu. O wiele gorsze są obezwładniająca nuda, dialogi, od których więdną uszy oraz nieznośne pretensje do wielkości.

Barwy euforii

„Euforia” pojawiła się w ofercie platformy HBO w 2019 r. To rok, w którym spłonęła katedra Notre-Dame, Wielka Brytania weszła w ostatnią fazę brexitu, Amazonię zalała fala pożarów o niespotykanej skali, a na mokrym targu w Wuhan odnotowano pierwsze przypadki koronawirusa. Dość powiedzieć, że synonimem dobrej zabawy w rodzinnym gronie był wówczas serial „Czarnobyl”.

Reklama
Reklama

Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino

Pisząc „Euforię”, amerykański scenarzysta i reżyser Sam Levinson nie mógł oczywiście przypuszczać, że na przestrzeni kolejnych miesięcy świat zamieni się w apokaliptyczne reality show. Serial powstał na bazie starszego o kilka lat izraelskiego formatu, w którym bolączki pierwszych przedstawicieli pokolenia Z układały się w dość klasyczną opowieść inicjacyjną. A jednak, jakimś cudem, nowa wersja uchwyciła schyłkowe nastroje z zaskakującą precyzją. „Świat się kończy, a ja jeszcze nie skończyłam liceum” – żartowała jedna z bohaterek.

Na ów fatalistyczny nastrój od samego początku pracowała estetyka serialu. Zalewające ekran zimne błękity i neonowe fiolety oraz syntezatorowe brzmienia autorstwa brytyjskiego kompozytora o pseudonimie Labrinth były fantastyczną ilustracją opowieści o dojrzewaniu; historii ofiar i zarazem największych beneficjentów cyfrowej ery, dla których cezura dorosłości stanowiła symboliczny „koniec świata”. 

Sydney Sweeney w 3. sezonie serialu „Euforia”, prod. HBO, 2026 (fot. materiały prasowe)

Reklama
Reklama

Levinson pokazywał ich życie z wielką odwagą, ale również z zaskakującą subtelnością. Pomiędzy scenami hedonistycznych imprez, alkoholowo-narkotykowych ciągów oraz erotycznej gimnastyki, chował celne socjologiczne refleksje. Rozbrajał mity związane z seksualnością nastolatków, pokazywał dynamikę rodzinnych konfliktów, rzucał światło na mechanizmy przekazywania traum i kompleksów w pokoleniowej sztafecie.

Żonglując perspektywami psychologa, filozofa i publicysty, przez dwa sezony miał pełną władzę nad uwagą milenialsów oraz „zetek”. Ci pierwsi otrzymali wgląd w życie nowego pokolenia; w katalog obsesji, lęków i nadziei swoich dzieciaków. Ci drudzy odnaleźli na ekranie siebie. „Euforię”, czyli lustro, w którym mogli się przejrzeć, ustawiali na dziedzińcach własnych mikroświatów – na forach internetowych, w mediach społecznościowych i memosferze.

Nigdy nie przepadałem za Levinsonem jako scenarzystą i reżyserem. Mówiąc krótko, to pretensjonalny gość czterema z krzyżykami na karku, który lubi przytrzymać półnagie, nastoletnie ciała w kadrze o kilkanaście sekund za długo. Ale nawet ja potrafiłem docenić „Euforię” za specyficzny splot reżyserskiej dojrzałości i emocjonalnej niedojrzałości; za formę odzwierciedlającą gorączkę nastoletniego umysłu. Za wypowiadane z kamienną twarzą banały, które składały się na realistyczny portret pokolenia.

Co poszło nie tak?

Trzeci sezon „Euforii” rozpoczyna się fantastyczną sceną. Oto Rue (Zendaya), młoda narkomanka, którą dotychczasowe decyzje zepchnęły na margines rodziny i społeczeństwa, przemyca towar przez granicę Meksyku i USA. Próbując sforsować mur graniczny terenowym samochodem, zawisa na jego szczycie. Sukces bądź porażka, wolność lub więzienie, życie albo śmierć… Po której stronie wyląduje dziewczyna? 

Reklama
Reklama

Bond, James Bond. Historia twórcy szpiega wszech czasów

To najlepsza scena w sezonie i zarazem celna metafora dorosłości jako ciągłego balansowania nad przepaścią biedy, niespełnienia i porażki. A jednocześnie zwiastun zupełnie nowej, westernowej konwencji. Zamiast błękitu, neonów i syntezatorów wysycone żółcie, grube ziarno taśmy filmowej oraz Hans Zimmer z klasyczną epicką partyturą. Pożerający bohaterów świat dorosłych jest tu, dosłownie, „wielki”. To ciągnące się aż po horyzont kilometry jałowej ziemi.

Wiek niewinności to przeszłość, stawka rośnie, nowe rozdanie przesuwa serial w rejony kryminalno-gangsterskie. Rue wchodzi w konszachty z lokalnym stręczycielem Alamo (świetny Adewale Akinnuoye-Agbaje) oraz grupą białych suprematystów. Licealny byczek Nate (Jacob Elordi) wkracza na kurs kolizyjny z ormiańskim gangiem. Jego żona Cassie (Sydney Sweeney) zaczyna karierę na „niebieskiej platformie”, żeby wyciągnąć męża z finansowych tarapatów. Wolna dusza Jules (Hunter Schafer) kończy w złotej klatce – zamknięta z pędzlem i sztalugą w mieszkaniu żonatego kochanka. Wszyscy zmierzają ku przepaści, zaś cały sezon pozostaje fotogeniczną ilustracją ich upadku.  

Reklama
Reklama

Karuzela upokorzeń pracuje na szóstym biegu. Ormianie pozbawiają Nate’a palców, Cassie odhacza kolejne punkty z katalogu seksualnych perwersji, Jules błąka się bez celu i godności, a Rue czyta Stary Testament i robi rachunek sumienia. Ponieważ Levinson pozbawił swoje dzieci poczucia humoru, zrozumiałych motywacji oraz dotychczasowych cech osobowości, bohaterowie sprawiają wrażenie pionków przesuwanych po fabularnej szachownicy. Białe pola to akademickie dyskusje o naturze wiary. Czarne – żenujące sceny upodlenia, które „wstrząsnęły całym internetem”. 

Nie podoba mi się ani ten ton, ani płynące z serialu wnioski. Już na etapie drugiego sezonu było jasne, że z perspektywy Levinsona młodość to choroba z poważnymi powikłaniami. Zostawiając jednak swoje refleksje na temat dorosłości w sferze domysłów, mógł przynajmniej pozorować dojrzałość. Udawać, że interesuje go coś więcej niż biblijny kicz oraz konkluzja w stylu: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Jaka piękna katastrofa

Czołowe gwiazdy serialu zameldowały się na planie w komplecie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wyglądają na zmęczone, grają swoje role na autopilocie, zaś myślami są przy okienku bankowym.

Nic dziwnego. Przez ostatnie siedem lat Zendaya stała się najgorętszym nazwiskiem w filmowym biznesie. Elordi zdobył nominację do Oscara i rozgościł się na tronie czołowego amanta Hollywood. Z kolei Sweeney, poza kontrowersjami związanymi z wiadomą reklamą dżinsów, rozszerzyła emploi o kilkanaście świetnych ról dramatycznych. Wszystko to sprawia, że 3. sezon „Euforii” ogląda się z mieszaniną frustracji (stać ich przecież na więcej) oraz zmęczenia (gdy sami mocują się z fatalnym tekstem).

Reklama
Reklama

Levinson jest świadomy potęgi taśmy filmowej. Jego serial oddycha pięknymi panoramami, kamera przygląda się twarzom bohaterów w długich zbliżeniach, sporo tu zaskakujących wizualnych kontrastów oraz montażowych popisówek. Sęk w tym, że nawet kinowy format obrazu, który odsyła nas symbolicznej warstwy opowieści, podkreśla jedynie narracyjną apatię oraz intelektualną martwotę serialu.

Widać to doskonale w kontrowersyjnym wątku Cassie. Jest on, jak mniemam, refleksją na temat niespotykanej dotąd skali eksploatacji kobiecego ciała przez współczesną kulturę. Sęk w tym, że ową refleksję tę snuje facet, który chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko. Seksowna dziewczyna w przebraniu pieska ma nas jednocześnie umoralniać i kusić, stanowić sedno krytyki patriarchalnego systemu i działać niczym marketingowy haczyk.

Kochana, co by tu jeszcze zniszczyć na rynku książki? Czyli o flircie pisarzy z AI

Powszechne uczucie wstydu i zażenowania, które towarzyszy seansom 3. sezonu „Euforii” może być odpowiedzią na ten rodzaj artystycznej strategii. A może wynika z faktu, że po siedmiu latach przerwy serial o kochających, myślących i cierpiących ludziach wrócił jako opowieść o ich bladych cieniach; postaciach napisanych bez polotu, zagranych bez przekonania, służących jedynie szokowaniu, handlujących tanimi podnietami.

W obydwu przypadkach nie ma we mnie zgody na taki cynizm. Może byłem za stary, by zrozumieć dylematy bohaterów poprzednich sezonów „Euforii”. Na pewno jestem jednak zbyt młody, by udawać, że mi na nich nie zależy.

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz