Kultura

Kochana, co by tu jeszcze zniszczyć na rynku książki? Czyli o flircie pisarzy z AI

Najpierw było zdziwienie, potem oburzenie, a na końcu stara jak rynek książki frustracja. Dyskusja wywołana słowami Olgi Tokarczuk pokazała, że problem sztucznej inteligencji jest tylko wierzchołkiem znacznie większej góry lodowej.

Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Opinia autorstwa: Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dzisiaj 16:26
12 min
Słowa Olgi Tokarczuk, choć częściowo wyrwane z kontekstu, prawdopodobnie zostaną z nami na wiele lat. Autorka zaznaczała później, że ma wobec sztucznej inteligencji również obawy, a w wydanym oświadczeniu podkreślała, że swoje książki pisze sama. (fot. NurPhoto / East News)
TYLKO NA

W przestrzeni publicznej zrobiło się gorąco po tym, jak polska noblistka Olga Tokarczuk przyznała podczas konferencji Impact CEE, że wykorzystuje sztuczną inteligencję w pracy twórczej.

„Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”. Jej słowa, choć częściowo wyrwane z kontekstu, prawdopodobnie zostaną z nami na wiele lat. Autorka zaznaczała później, że ma wobec sztucznej inteligencji również obawy, a w wydanym oświadczeniu podkreślała, że swoje książki pisze sama. Mimo to zdanie o „kochanej” maszynie już teraz weszło do debaty o literaturze. Trochę jak „Sorry, taki mamy klimat”, choć oczywiście w zupełnie innym kontekście.

AI zaczyna się panoszyć

I owszem, można by to uznać za niewinny kaprys noblistki flirtującej z nowym narzędziem. Można by wzruszyć ramionami i stwierdzić, że ot, pisarka w XXI wieku testuje nowe narzędzie, tak jak niegdyś pisarze testowali maszyny do pisania czy komputery. Tyle że to nie jest niewinny flirt, ponieważ literatura już od dawna jest przestrzenią, w której cudza praca bywa wykorzystywana, przetwarzana i sprzedawana z całkiem niezłym zyskiem.

Mazurek i Stanowski Live. Premiera w telewizji ZERO

Reklama
Reklama

Dla kogo ów zysk? Dla platform, dystrybutorów, sieci sprzedaży, pośredników, technologicznych gigantów, czasem też dla państwa, które lubi ogrzać się w ciepełku kultury. Dla wszystkich, tylko niekoniecznie dla pisarzy. Stąd też słowa Olgi Tokarczuk mogą tylko utwierdzić w przekonaniu, że status quo powinno zostać zachowane — wszak my, pisarze, jesteśmy jedynie trybikiem w całej maszynerii zwanej „produkcją książek”, gdzie sztuczna inteligencja zaczyna bez pardonu panoszyć się niczym nieproszony gość, ochoczo anektując nasze łóżka, szafy i ulubione kapcie.

Żeby była jasność, nie oburza mnie sama technologia. Gdyby tak było, musiałabym, pisząc te słowa, maczać dostojnie pióro w inkauście, uważając, by na pergaminie nie pojawił się kleks. Tymczasem wklepuję słowa do komputera, od czasu do czasu sprawdzając fakty w wyszukiwarce. Pisarze, jak każda inna grupa zawodowa, potrafią (i tutaj zaskoczenie: nie, nie jesteśmy dinozaurami) iść z duchem czasu i korzystać z dostępnych narzędzi. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy owo narzędzie przestaje być tylko akcesorium, a staje się „rozmówcą od wyobraźni”.

A jeszcze większy kłopot zaczyna się wówczas, gdy ta maszyna wcześniej uczyła się na milionach cudzych tekstów — rzecz jasna bez pytania ich autorów o zgodę. O jakimkolwiek wynagrodzeniu nawet nie wspominając, bo kogóż tutaj wynagradzać, skoro wszystko odbywa się w zaciszu serwerów big techów?

Reklama
Reklama

Słowa trudne do przyjęcia

Z tego powodu słowa Tokarczuk są dla mnie trudne do przyjęcia. To nie był jedynie niewinny żarcik mało znanej pisarki, tylko wypowiedź osoby, której głos waży znacznie więcej niż słowa przeciętnego autora. I właśnie dlatego ta wypowiedź boli bardziej, bo pada z ust pisarki bardzo dobrej, a nie przypadkowej uczestniczki technologicznego panelu.
Noblistka, świadomie lub nie, legitymizuje praktykę, wobec której środowisko literackie powinno być szczególnie czujne.

Jeśli literatura ma być tylko paliwem, materiałem treningowym, wreszcie stylem do przechwycenia i przetworzenia, to pisarz staje się ostatnim romantykiem na rynku, który już dawno przestał być romantyczny, bo „przeca żreć coś musi”, jak śpiewał Kazik, i nie mogłabym tego ująć lepiej. Poza tym niech się lepiej nie wychyla i pisze do szuflady, a nuż ktoś to znajdzie za kilkadziesiąt lat i jego prawnuki będą miały finansowe używanie, jeśli oczywiście nie przegapią ustawowych siedemdziesięciu lat od wygaśnięcia praw majątkowych.

Książki w blasku fleszy

A jednak jest w tej awanturze jedna dobra rzecz. Oto bowiem przez moment reflektory, zwykle ustawione na polityków, celebrytów i technologicznych kaznodziejów, przesunęły się na książki. Nagle ludzie, którzy na co dzień nie interesują się tym, z czego żyje pisarz, zaczęli pytać, czy wolno karmić algorytm cudzą wyobraźnią. Czy tekst napisany przy udziale maszyny nadal jest intymnym aktem twórczym? Wreszcie: skoro wszyscy chcą korzystać z literatury — modele językowe, platformy, dystrybutorzy, sieci sprzedaży, media, szkoły, biblioteki — dlaczego tak niewielu chce za nią uczciwie płacić?

Spór o sztuczną inteligencję i jej rolę w sztuce nie jest odosobnionym sporem w świecie książki. To tylko kolejny rozdział tej samej historii, czyli dziejów rynku, który bardzo lubi literaturę jako zasób, ale niekoniecznie lubi pisarza jako pracownika. Algorytm chce naszych zdań, stylów, metafor i pomysłów, dystrybutor chce rabatu, sieć sprzedaży chce dominacji, platforma audiobookowa chce treści, czytelnik chce jak najtańszej książki, wreszcie państwo chce wysokiego czytelnictwa.

Reklama
Reklama

A autor? Autor ma mieć misję.

Słowo „misja” jest zresztą jednym z najbardziej niebezpiecznych w polskiej kulturze. Misją najłatwiej płaci się ludziom, którym nie chce się zapłacić pieniędzmi. My, pisarze, mamy mieć wenę, ba, możemy być wyniesieni na ołtarze, podziwiani, podczas gdy rachunki same się zapłacą, a zakupy bezkosztowo przyniosą się do domu. Tymczasem pisanie książki to zwykła praca. Czasem wielomiesięczna, a na ogół wieloletnia. To jednocześnie research, podróże, dziesiątki rozmów, czytanie, notatki, redakcje, poprawki, a przede wszystkim dojmująca samotność i ryzyko, czy w ogóle naszą książkę ktoś przeczyta.

Mimo to wciąż oczekuje się od autora wdzięczności za sam fakt, że został wydany. Co więcej, autor obecnie ma nie tylko napisać książkę, ale ją promować, prowadzić aktywnie media społecznościowe, nagrywać rolki, udzielać wywiadów i co tam jeszcze. Ponownie, żeby była jasność: nie zżymam się na taki obrót spraw. To mój zawód i w porządku, mogę prowadzić konto na Instagramie i mogę jechać na spotkanie autorskie. Ba, nawet to lubię. Ale po raz enty powtórzę: to wszystko składa się na moją pracę. Poświęcam temu zawodowy czas tak, jak hydraulik poświęca go na dojazd do klienta, pójście do składu rur, zamontowanie instalacji i rozliczenia z księgową.

Reklama
Reklama

Często też słyszę argument: „Nie podoba się? To zmień zawód” i, powiem szczerze, nic nie bawi mnie mocniej. W ramach kontrargumentu rzucam to samo, ale wówczas nie jest już tak miło.

Nierówny podział zysków

W polskiej książce od lat mówi się o nierównym podziale zysków. Autor, od którego wszystko się zaczyna, często dostaje z tego tortu jedynie okruszki. Tymczasem największą siłę negocjacyjną mają ci, którzy kontrolują dostęp do półek, promocji, widoczności i są panami rabatu. W praktyce oznacza to dystrybutorów i największe sieci sprzedaży jako symbol systemu, w którym książka żyje krótko, gdyż musi szybko zejść z półki, by zrobić miejsce następnej.

Przy średniej cenie książki około trzydziestu złotych (dane za 2024 rok) autor często widzi z niej dwa–trzy złote. Jako czytelniczka również życzyłabym sobie, by książki kosztowały mało, ale nie w tym rzecz. Pytanie, dlaczego w ogóle urządziliśmy rynek w ten sposób, że o literackim być albo nie być decyduje rabat, a nie praca człowieka, od którego książka się zaczyna?

Właśnie dlatego rozmowa o jednolitej cenie książki, o której mówi się w Polsce od lat, jest obecnie tak ważna. I jednocześnie tak kontrowersyjna.

Reklama
Reklama

Łatwo ją bowiem sprowadzić do hasła: „Nie będzie rabatów, dlatego książki będą droższe”. To oczywiście działa, bo dotyka najwrażliwszego miejsca, czyli portfela czytelnika. Tyle że to półprawda. Obecnie książka bardzo często jest tania nie dlatego, że system jest sprawiedliwy, ale dlatego, że ktoś potrafi przerzucić koszt rabatu na słabszych uczestników rynku, to jest małe wydawnictwa, księgarnie niezależne, wreszcie na autorów.

Zgodnie z zasadą, że duży może więcej. Pozwoliliśmy temu „dużemu” urosnąć do rozmiarów monstrualnych i teraz udajemy, że nic się nie stało, a każdy z uczestników rynku, zamiast walczyć z Goliatem, ustawia się tak, by wyrwać cokolwiek dla siebie.

Zadania domowe jednak potrzebne? MEN koryguje kontrowersyjną decyzję

Jednolita cena książki nie jest cudownym lekarstwem. Może zostać źle zaprojektowana, może też uderzyć w czytelnika, który kupuje głównie na promocjach. Ale obecny system jest coraz bardziej chory i potrzebuje remedium. To system, w którym książka staje się coraz tańszym produktem dla kupującego, coraz bardziej ryzykownym przedsięwzięciem dla wydawcy i coraz mniej opłacalną pracą dla pisarza.

Reklama
Reklama

Cenowy gorset

Nie trzeba zresztą wymyślać koła na nowo. Dla przykładu, we Francji i Niemczech, krajach o ugruntowanym czytelnictwie i dużym rynku literackim, książki od lat funkcjonują w czymś, co można nazwać cenowym gorsetem. Polega on na tym, że wydawca ustala cenę detaliczną, a sprzedawcy mogą obniżać ją co najwyżej symbolicznie. Ów gorset, jak to gorset, ogranicza swobodę ruchu, ale jednocześnie stabilizuje system. Nie jest to jednak jedyna droga, gdyż na przykład Szwecja pokazuje, że rynek może trzymać równowagę także dzięki silnej kulturze czytania, bibliotekom i innym przyzwyczajeniom konsumenckim.

Niezależnie jednak od wybranego modelu jedno pozostaje wspólne: jeśli kultura ma mieć realną wartość w obiegu społecznym, musi istnieć mechanizm, który sprawia, że ta wartość wraca do twórców.

Podobnie jest zresztą z niesławną opłatą reprograficzną. Została już zresztą nazwana „podatkiem od smartfona”, chociaż takowym nie jest, nie mówiąc o tym, że funkcjonuje na rynku od lat, ale bardziej w obszarach muzeum technologicznego, obciążając ceny faksów i — tak, tak — kaset VHS. Zwolennicy zaś odpowiedzą, że to rekompensata dla twórców za obieg treści w świecie cyfrowym. I znów, pod powierzchnią technicznego sporu, kryje się to samo pytanie: kto korzysta z kultury i czy twórca dostaje z tego jakikolwiek udział?

Skoro konsumujemy treści przez urządzenia, kopiujemy, zapisujemy, przesyłamy, archiwizujemy i udostępniamy, to twórczość ma realną wartość w cyfrowym obiegu. Ale ta wartość bardzo często nie wraca do twórcy. Sens opłaty reprograficznej zależy więc od tego, czy pieniądze rzeczywiście, uczciwie i transparentnie trafią do autorów, czy znów rozpłyną się w systemie. Polski pisarz nie potrzebuje kolejnego pięknego gestu, tylko uczciwego udziału w zyskach z własnej pracy.

Reklama
Reklama

Znak czasu

W tym sensie „kochana” Tokarczuk jest nie tyle anegdotą o noblistce i technologii, ile znakiem czasu, w którym wszyscy chcą obniżać koszt twórczości, bo technologia zaczyna nas, o zgrozo, zastępować.

Można więc mieć do Tokarczuk żal, ale też nie chciałabym kończyć prostym wyrokiem na jedną pisarkę, której twórczość dobrze znam i w większości bardzo cenię.

Na tej samej konferencji ciekawie wybrzmiał głos Szczepana Twardocha. Nie przytaczam jego anegdoty po to, by zestawiać go z Tokarczuk na zasadzie: „ona naiwna, on rozsądny”, ale po to, by zobaczyć dwa różne odruchy wobec tej samej niewiadomej. Tokarczuk bowiem pokazuje pokusę oswojenia maszyny tak dalece, że można powiedzieć do niej „kochana”. Twardoch przypomina zaś, że być może nawet źle ją nazywamy, bo „inteligencja” jest tu słowem bardziej marketingowym niż filozoficznym.

Reklama
Reklama

Przywołana przez niego anegdota o powieści „Frankenstein” Mary Shelley jest tu znakomita. Książka powstała w czasach, gdy elektryczność dopiero rozpalała ludzką wyobraźnię. Eksperyment z żabią nogą poruszaną impulsem elektrycznym mógł sugerować, że człowiek właśnie zbliża się do tajemnicy życia i śmierci. Wierzono wówczas, że może prąd będzie wskrzeszał zmarłych. Nie wskrzesił. Zrobił natomiast coś innego, to jest odmienił życie ludzkości, z wszystkimi swoimi wadami i zaletami.

Być może z modelami językowymi będzie podobnie. Być może boimy się nie tego, czego powinniśmy, a zachwycamy się nie tym, co naprawdę okaże się przełomowe. Ale właśnie dlatego tym bardziej potrzebujemy zasad, ponieważ przyszłość z AI jawi się jak jedna wielka niewiadoma, szczególnie w tak delikatnej dziedzinie, jaką jest sztuka.

Jeśli ta awantura ma mieć jakikolwiek sens, niech nie skończy się na memach o noblistce i chatbotach, tylko odpowiedzią na pytanie, które środowisko literackie zadaje od lat: kiedy wreszcie zaczniemy uczciwie płacić ludziom, którzy tworzą literaturę?

Źródło: Zero.pl
Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dagmara Leszkowicz-ZaluskaDziennikarka i pisarka. Wieloletnia korespondentka agencji informacyjnej Reuters, pracowała również w think-tanku Polityka Insight oraz prowadziła anglojęzyczne serwisy Polskiej Agencji Prasowej - autor zewnętrzny