Pisząc teksty na Zero.pl siłą rzeczy używam słów i zastanawiam się, które będą najbardziej odpowiednie. Nie mogłem więc uciec od tematu feminatywów, a więc żeńskich form np. zawodów i funkcji.
Na konferencji prasowej przemawia właśnie pani poseł czy posłanka? Zawsze wszyscy mówili i pisali, że pani poseł. Ale przy szkolnej tablicy stała nauczycielka, rzadziej zaś pani nauczyciel. W swoim gabinecie urzędowała z kolei pielęgniarka, nie pani pielęgniarz.
Wpadka na scenie Campusu Polska Przyszłości. Nowacka o byciu „gospodarką”
To skłoniło mnie do refleksji. Ostatecznie zacząłem używać w swojej pracy feminatywów, co niemal za każdym razem budzi emocje, bądź po prostu sprzeciw w komentarzach pod tworzonymi przeze mnie artykułami.
„Włoska PREMIER a nie premierka, no zlituj się pan...” – przeczytałem pod jednym z ostatnich tekstów dot. szefowej rządu w Rzymie. „Dokładnie. Trochę szacunku” – wtórował mu inny z czytelników.
Rozumiem te emocje i postaram się na nie odpowiedzieć.
Feminatywy to wyraz konserwatyzmu
Na wstępie tego tekstu zapytałem, czy feminatywy to wyraz „konserwatyzmu”. Zabrzmiało to pewnie dziwnie, ale ograniczenie w języku polskim żeńskich form, to w istocie zabieg komunistów i wynik powojennych zmian nad Wisłą. „Ministra sportu” Joanna Mucha wcale nie była pierwsza.
Liczba feminatywów w języku polskim przed II wojną światową doprowadziłaby do zawrotu głowy największych fanów żeńskich form.
Oprócz znanych nam dzisiaj „posłanek”, „doktorek” i „profesorek”, w użyciu były także takie słowa jak „powstanka”, czy „pocztarka”. I mało kogo to dziwiło.
Wojna płci w wersji soft. Womanosfera między samoobroną, internetową estetyką a polityką rezygnacji
O „profesorkach” już w 1903 r. pisał „Dziennik Warszawski”. Sędziowie wzywali zaś na salę rozpraw „świadkinie”. Prawicowy dziennik ABC pisał z kolei – bez złośliwości – o „prawniczkach”.
„Polska Zbrojna” tak opisywała uroczystości rocznicowe powstań śląskich: „Idą powstańcy i powstańczynie”.
Zresztą feminatywy znajdziemy także w Piśmie Świętym. Pamiętacie prorokinię Annę z Ewangelii św. Łukasza? A prorokinię Deborę z Księgi Sędziów? Słów „opiekunko”, „orędowniczko” i „wspomożycielko” używaliśmy chyba wszyscy.
Inny wątkiem w tej sprawie jest fakt, że powinniśmy przywyknąć do tego, że słowa mogą mieć różne znaczenia i zastosowania. Nie raz słyszałem: „Pilotka? To przecież taka czapka”. To prawda, a „żołnierka” to potoczne określenie na karierę żołnierza.
„Skoro pilotka jest czapką, to adwokat likierem?” – brzmi tytuł jednego z artykułów dot. tego tematu i chyba dość dobrze odpowiada na wątpliwości.
No dobra, ale to po prostu dziwnie brzmi
Do jednego jednak muszę się przyznać. Nawet dla mnie, jako zwolennika używania feminatywów, niektóre słowa wydają się dziwne i nienaturalne. Nie wiem, czy podczas wykładu na uczelni podniósłbym rękę i zwrócił się do osoby prowadzącej wykład „profesorko”, zadając pytanie.
Po pierwsze jednak, nie uważam, by był to argument przeciwko używaniu feminatywów. Rozwój języka nie kończy się w żadnym konkretnym momencie, a to jak go używamy, jest wyrazem danej epoki. I jednocześnie ją kształtuje.
Spurek: Kiedy schabowy stał się prawem człowieka?
Feminatywy zaczęły być używane na przełomie XIX i XX wieku. Dlaczego? Bo właśnie wtedy, a szczególnie w trakcie i po I wojnie światowej kobiety zaczęły wykonywać zawody i pełnić funkcję, do których wcześniej nie miały dostępu. W ludziach pojawiła się wtedy potrzeba, by nazwać to zjawisko, a kobiety wykonującej dany zawód nie nazywać tak jak mężczyzny.
To także jakiś kolejny wymiar konserwatyzmu, by twardo zaznaczać różnice między płciami.
Po drugie, polecam przeprowadzenie pewnego eksperymentu. W moim przypadku jeszcze kilka lat temu słowo „gościni”, czy też „ministra” wydawały się po prostu dziwne. Z powodów wymienionych wyżej i pracując w miejscu, gdzie często opisywałem poczynania członków rządu i przebieg programów publicystycznych z udziałem gości, zacząłem używać tych słów niemal codziennie.
Nikt nie przeklina tak pięknie jak Polacy
Jaki był efekt? Gościni i ministra na stale zamieszkały w moim słowniku i dziś nie budzą już u mnie wyrazów zdziwienia. Nie kłują mnie w oczy. Mam za to poczucie, że po prostu postępuję logicznie. Argumenty potrafiły pokonać intuicyjne poczucie „dziwności” i nienaturalności.


