Twierdzi, że potrzebuje miesiąca na naukę języka. Mówi już w ponad czterdziestu, choć nigdy nie zdał matury. Wciąż nie potrafi wytłumaczyć, skąd wziął się jego talent. Hiszpański chłonął z telenowel, a chorwackiego nauczył się na wakacjach. Dziś tłumaczy dla sądu i przekonuje, że każdy nowy język otwiera drzwi do innego świata. Z poliglotą Michałem Perlińskim rozmawia Jakub Białek.

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
Jakub Białek, portal Zero.pl: Ile zna pan języków?
Michał Perliński, poliglota: Nigdy tego dokładnie nie liczyłem.
Zróbmy to teraz.
Polski, niemiecki, angielski, francuski, portugalski, hiszpański, włoski, holenderski, duński, szwedzki, norweski, czeski, słowacki, ukraiński, rosyjski, serbski, chorwacki, bułgarski, rumuński... Ile mamy?
Dziewiętnaście.
Te znam w stopniu zaawansowanym.
A w komunikatywnym?
Islandzki, irlandzki, kataloński, fiński, estoński, łotewski, litewski, słoweński, albański, macedoński, grecki, turecki, maltański, węgierski, gruziński, ormiański, arabski, hebrajski, perski, hindi, chiński, japoński, koreański i indonezyjski…
Dwadzieścia cztery. Razem czterdzieści trzy.
Zaczęło się od niemieckiego. Nauczyłem się go w sposób naturalny. Miałem dwa lata, gdy wyemigrowaliśmy z rodziną do Niemiec z Gliwic. Później złapałem hiszpański. Jeździłem często do babci, która uwielbiała latynoskie telenowele, bardzo popularne wtedy w Polsce.
Słynny „Zbuntowany anioł"?
Też, ale nie tylko. To były tasiemce z Peru czy Argentyny. Aktorzy prowadzili dialogi po hiszpańsku, a dopiero później ich słowa naczytywał polski lektor. Nie interesowało mnie, kto ma z kim romans, bo wtedy nawet tego nie rozumiałem, a sam język. Zacząłem wyłapywać, że to, co mówi lektor, pokrywa się z tym, co mówią aktorzy.
To wtedy po raz pierwszy spostrzegł pan, że ma niebywałą zdolność do nauki języków?
Tak. Błyskawicznie łapałem hiszpański, zapamiętywałem wszystkie słówka. Rodzice mieli w domu stare podręczniki do języka rosyjskiego. Przeglądałem je z ciekawości. Zauważyłem, że rosyjski wchodzi mi jeszcze łatwiej. Tak samo było później z czeskim i słowackim. Jako dziecko często bywałem w Holandii i tamtejszy język, ze względu na podobieństwo z niemieckim, też chłonąłem jak gąbka. Zaczynałem rozumieć, że języki łączą się w rodziny i jak znasz jeden z danej grupy, to kolejne przychodzą ci znacznie łatwiej.
Przeczytaj także: „To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą
Angielskiego nauczyłem się w szkole, a chorwackiego na wakacjach. Jeździliśmy do Chorwacji co roku, traktowałem ją prawie jak swój kraj, już jako dziecko dobrze znałem język. Inne bałkańskie języki łapałem… w domu. Na początku lat dziewięćdziesiątych wybuchła wojna w Jugosławii. Żyliśmy w mieszkaniu przejściowym wraz z uchodźcami z Bośni czy Serbii. Przysłuchiwałem się ich rozmowom na korytarzu. Jako pięciolatek wyłapywałem niektóre słowa i zapamiętywałem je. Tak samo jak wtedy, gdy mieszkali tam Turcy i Arabowie. Przesiąknąłem obcymi językami i kulturami.
Jak na pana niecodzienny talent reagowano w domu?
Moi dziadkowie mówili: „Nie ucz się tylu języków na raz, po co ci to? Opanuj angielski, bo gdzie z nim nie pojedziesz, to wszędzie się dogadasz". Nie do końca się to zgadza. Byłem w krajach, gdzie znajomość angielskiego nie jest powszechna. Wychodzę z założenia, że każdy dodatkowy język otwiera ci drzwi. W każdym kraju dotkniesz dzięki niemu czegoś, czego turysta z angielskim nie pozna. Pamiętam, jak jako nastolatek jechałem z rodzicami nad Balaton na Węgry. Dziadek próbował podcinać mi skrzydła: „Ale węgierskiego to już się nie nauczysz, nawet nie próbuj". Pomyślałem: „Tak? To pokażę ci, że potrafię". Zawsze byłem buntowniczy.
Wypożyczyłem podręcznik do nauki węgierskiego i przerobiłem go w ciągu miesiąca. Po przyjeździe na Węgry dogadywałem się z ludźmi, choć lekko nie było. Moja mama była w szoku: „Jak ty się nauczyłeś, przecież to chyba najtrudniejszy język świata?". „Nie, wcale nie, on jest bardzo logicznie zbudowany", odpowiedziałem. To był jeden z kluczowych momentów w moim życiu. Stwierdziłem wtedy: skoro dałem sobie radę nawet z węgierskim, to z innymi językami też sobie poradzę.
Jaki ma pan sposób na naukę języków?
Najpierw próbuję zrozumieć jego gramatykę. To tak, jakby na start rozkręcić maszynę i sprawdzić, jak zbudowany jest jej silnik, żeby poznać, w jaki sposób ona jedzie. Z językami słowiańskimi mam łatwiej, bo doskonale wiem, jak są skonstruowane. Językami z pozostałych grup – tureckim, chińskim, wietnamskim czy nawet tym węgierskim – kieruje zupełnie inna logika. Trzeba najpierw się w nią zanurzyć.
Języki są w tym kontekście trochę jak matematyka?
Nie wiem, bo… nie zdałem przez nią matury.
Zna pan ponad czterdzieści języków i nie ma matury?
Tak, nie zostałem do niej dopuszczony, właśnie przez matematykę. Jeśli da mi pan podręcznik do nauki jakiegokolwiek języka, niech będzie to tajski, i powie, że za miesiąc jedziemy do Tajlandii, to gwarantuję, że byłbym w stanie nauczyć się normalnie porozumiewać. I to nawet mimo faktu, że ten język ma własne pismo i unikalną gramatykę. Jeśli jednak da mi pan kartkę ze stoma równaniami z dwoma niewiadomymi, to gwarantuję, że w miesiąc nie rozwiążę ani jednego. To jak jing i jang w chińskiej kulturze. Czarne i białe. Jedno się na pewno uda, a na drugie nie ma szans.
Skąd się to wzięło?
Potrafiłem czytać, jeszcze zanim poszedłem do szkoły. Uczyłem się tej czynności za pomocą plastikowych literek na magnes, które przyczepiałem do tabliczki. Literki były w kilku kolorach. I właśnie stąd wzięło się to, że ich kolory utkwiły mi w pamięci. Co ciekawe, mam tę zdolność nie tylko przy językach z alfabetem łacińskim, ale też z każdym innym – alfabetem greckim, arabskim czy cyrylicą. Po rozmowie z tą studentką zrozumiałem, dlaczego tak łatwo przychodzi mi zapamiętywanie słówek. Akurat uczyłem się gruzińskiego i ormiańskiego. Widziałem, jak kolory pomagają mi w zapamiętywaniu, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Próbował pan zrozumieć od strony kognitywnej, skąd wziął się ten pana niesamowity talent?
W wieku trzynastu lat podejrzewano u mnie autyzm lub zespół Aspergera. Nawet otrzymałem diagnozę na papierze. Nie dowierzałem w nią. Słuchałem wielu podcastów na temat osób żyjących ze spektrum lub Aspergerem i w ogóle nie potrafiłem odnaleźć w nich siebie. Nie chodzi o to, by do każdego, kto jest w czymś wybitny – obojętnie: w językach, szkicowaniu czy w astrologii – przypiąć łatkę autystyka. Osoby z tym syndromem mają inne problemy. Ich dzień musi mieć jasną strukturę, a jeśli coś odbiega od normy, to te osoby się w tym gubią. Albo ciężko im nawiązać kontakt z innymi, zamykają się w sobie, nie lubią dotyku fizycznego. Ja takich problemów nigdy nie doświadczałem. Nie widziałem siebie w tym.
W 2015 roku niemieckie „Galileo" nakręciło na mój temat reportaż. W materiale znany psycholog miał ocenić, czy jestem autystykiem, czy nie. To świetny fachowiec, studiował w Bostonie i Londynie, specjalizował się właśnie w tych tematach. Zapytał mnie: „Po co pana właściwie do mnie wysłano?".
Przeczytaj także: „Nas nikt nie ogra w Europie”. Polska dostała spektakularne zero od UE
Stwierdził, że gdyby nie ten reportaż, to nigdy nie zaprosiłby mnie na diagnozę, bo nie widzi u mnie żadnych symptomów, które mogłyby wskazywać na jakikolwiek rodzaj autyzmu czy zespołu Aspergera. Z czego wynika więc ten talent do języków? Tak naprawdę do dziś nie wiem. Zawsze dziwiłem się, dlaczego inni mają tak wielki problem, by nauczyć się angielskiego czy jakiegokolwiek innego języka. Później jadą na Oktoberfest i po trzech latach nauki niemieckiego w szkole nie są w stanie nawet zamówić piwa. Szokowało mnie – czemu ja potrafię i to bez żadnego trudu, a inni nie.
Obiektywnie – jak trudny jest polski do nauczenia się?
Bardzo. Niemcowi jest dużo trudniej nauczyć się polskiego niż francuskiego, mimo że ten drugi też należy do innej grupy językowej. Języki romańskie nie mają tak skomplikowanej gramatyki jak polski. No, ale jak wiemy, Steffen Möller dał radę. Jeśli chodzi o skalę trudności, nasz język może mierzyć się z innymi językami słowiańskimi, a trudniejsze są: chiński, japoński, koreański i arabski. Głównie pod kątem gramatyki, choć japoński czy koreański to zamknięty świat. Mam na myśli to, że języki nie są spokrewnione z żadnymi innymi. Wszystkie języki, które do tej pory poznaliśmy, nic nam przy ich nauce nie pomogą.
W czym język polski jest najlepszy na świecie?
Mamy najpiękniejsze przekleństwa. Te niemieckie są łagodne w stosunku do polskich, a w niektórych językach – na przykład skandynawskich – nie da się dobrze zakląć. Jedna z najwulgarniejszych rzeczy, jaką można powiedzieć po szwedzku, to „fan", czyli diabeł. To już dla Szweda bardzo duży kaliber. Śmieszne, prawda? W tym kraju wulgarne słownictwo jest odbierane jako duża niestosowność. A w polskim? Mamy na przykład czasownik „pier***". Wystarczy, że zmienimy przedrostek i możemy wyrazić nim absolutnie wszystko. Opier*** – zganić, ale też sprzedać. Upier*** – urwać, ale też nie zdać. Zapier*** – uderzyć, ale też ukraść. Tego nie ma w języku niemieckim czy szwedzkim.
Czy jakikolwiek język ma odpowiednik polskiego „pier***"?
Na pewno języki słowiańskie. „Jeb***" po chorwacku czy po serbsku. Mocne przekleństwa są jeszcze po grecku i hiszpańsku. Jeden z lektorów na mojej uczelni uważał, że najbardziej klną katolickie narody, czyli Włosi, Hiszpanie, Chorwaci, ale też my. Miał teorię, że w tych krajach co tydzień chodzi się do spowiedzi, po której można dalej z czystym sumieniem bluzgać. Coś w tym jest.
Poznanie przekleństw jest ważne, żeby się dobrze komunikować?
Tak. Inaczej piszą Dostojewski czy Tołstoj, a inaczej mówi przeciętny młody Rosjanin. Warto znać nie tylko przekleństwa, ale też wszystkie inne niuanse kulturowe, na przykład gesty. W Bułgarii kiwanie głową na boki znaczy „tak", a potakiwanie to dla nich „nie", zupełnie na odwrót niż u nas. Znam historię o Polce, która poślubiła Bułgara. Ksiądz przed ołtarzem spytał: „Czy chce pan wziąć tę kobietę za żonę?". Bułgar zaczął kiwać głową na boki, a ona pobladła. Była pewna, że ukochany zrywa z nią tuż przed ołtarzem. Ze stresu zapomniała, że ten bułgarski gest różni się od polskiego. Znajomość tego typu szczegółów odgrywa dużą rolę w mojej pracy. Pracuję w biurze tłumaczeń jako tłumacz sądowy. W aktach znajdują się pogróżki wyrażone w języku potocznym i wulgarnym, a nie literackim. Muszę je dobrze zrozumieć.
Z jakich języków tłumaczy pan w sądzie?
Bardzo często z polskiego, bo mamy w Niemczech mnóstwo Polaków. Ale również z rumuńskiego, bułgarskiego, serbskiego, chorwackiego, hiszpańskiego, francuskiego, włoskiego...
Przeczytaj także: 50 smaków Polaków. Tomasz Kammel sprawdza, ile narodowej duszy kryje się w schabowym
Jest pan dla swojego biura tłumaczeń jak skarb, normalnie trzeba byłoby zatrudnić szereg osób!
Ale wszystkiego nie przetłumaczę. W Niemczech panuje duży popyt na turecki i arabski. Zawsze odmawiam, bo jeszcze czegoś nie dosłyszę czy źle zrozumiem i będzie problem. Nie mogę wprowadzać sądu w błąd.
Co pan robił wcześniej, zanim trafił do sądu?
Szukałem pracy w turystyce, hotelarstwie czy gastronomii, ale w trakcie pandemii te branże przeżywały kryzys. Wtedy spadła mi z nieba opcja z biura tłumaczeń. To praca odporna na kryzys i chcę w niej zostać, ale jeszcze bardziej chciałbym wrócić do Polski. Czuję się bardziej związany z Polską niż z Niemcami. To mój kraj.
Czym mógłby się pan zająć w Polsce?
Mógłbym iść w kierunku turystyki. W Polsce jest mnóstwo biur podróży. Młodzi ludzie lubią podróżować w grupach, co na Zachodzie wymiera. Chciałbym przekazać im, że można zanurzyć się w podróżowanie znacznie głębiej, gdy zna się języki. Młodzi Polacy rzadko uczą się jakichś języków poza angielskim, a przecież w dzisiejszych czasach jest tyle możliwości…
Co jest motywacją do nauki nowego języka, gdy zna się ich już czterdzieści trzy?
Przeczytaj także: 50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak
Podróż. Zdjęcia na Instagramie z Bali czy Tajlandii. Zielone tarasy ryżowe. Piękne, błękitne morze. Gdy podróżuję po świecie, nie chcę być zwykłym turystą, który porozumiewa się tylko po angielsku. Chcę wiedzieć, co dzieje się wokół mnie, a to niemożliwe, gdy znasz tylko angielski.
Będzie się pan uczył kolejnych języków?
Jak najbardziej! Aktualnie pracuję nad japońskim i koreańskim. Szlifuję do tego arabski, który ma mnóstwo dialektów. W Maroku ciężko było mi się porozumieć, bo okazało się, że mówią zupełnie innym językiem niż ten, który znałem z podręczników. Swoje odmiany mają też Egipt, Irak czy Syria. Coraz bardziej interesuje mnie też amharski, język urzędowy w Etiopii, który jest podobny do arabskiego. Co jeszcze? Rozważam naukę syngaleskiego używanego na Sri Lance, khmerskiego z Kambodży, zacząłem się już uczyć mówić po tajsku.
Po przeczytaniu pana historii ciężko będzie o wymówki przy nauce angielskiego czy innego języka obcego.
Myślę, że wykorzystujemy maksymalnie dziesięć procent potencjału naszego mózgu. I jeśli zaczynamy wykorzystywać piętnaście czy dwadzieścia procent, powstają takie sytuacje jak u mnie, że potrafię władać ponad czterdziestoma językami.
A tu wciąż osiemdziesiąt procent do wykorzystania.
No właśnie, do stu mi jeszcze daleko. Warto sobie uświadomić, że większość ludzi na świecie uczy się co najmniej dwóch albo trzech języków. Na przykład ten, kto urodził się w stanie Tamilnadu w Indiach, przyswaja lokalny język tamilski oraz hindi i angielski jako języki urzędowe, bo Indie były kiedyś kolonią. W Afryce jest podobnie. W wielu krajach człowiek zna od małego urzędowy francuski i lokalne narzecze. Znam osoby, które mówią biegle w trzech językach. Moja koleżanka ma mamę z Gruzji, ojca z Turcji, a sama wychowała się w Niemczech. W dzieciństwie opanowała wszystkie trzy języki. A więc da się. Bardzo się ucieszę, jeśli nasz wywiad kogoś zmotywuje.

