Ścianę w gabinecie Ehuda Olmerta zdobi duże zdjęcie z Georgem W. Bushem. Obaj politycy stoją na nim plecami do siebie, mierząc, który z nich jest wyższy. Biuro w centrum Tel Awiwu, położone nieopodal prestiżowego bulwaru Rothschilda, oprócz zdjęć rodzinnych pełne jest tego typu pamiątek z czasów, gdy Olmert był premierem – ostatnim przed długą erą Binjamina Netanjahu. Były przywódca przywitał mnie tam niezwykle serdecznie. Biło od niego ciepło. Choć jego pomarszczona skóra zdradzała oznaki starzenia, w rozmowie trudno było dostrzec, że za chwilę skończy 80 lat. Był żywo zainteresowany tym, co dzieje się w Polsce. Pytał o niedawne wybory prezydenckie, które wygrał Karol Nawrocki. Wspominał spotkania z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim oraz pierwszą damą Jolantą – ewidentnie darzył ich sporą sympatią. Opowiadał też o swojej relacji z Lechem Kaczyńskim, z którym poznali się jeszcze, gdy jeden był prezydentem Warszawy, a drugi burmistrzem Jerozolimy.
Gaza jako "więzienie pod gołym niebem"
Olmert przeszedł przez wszystkie szczeble kariery politycznej. W tym sensie jest typowym produktem izraelskiego systemu. Zaczynał od służby wojskowej w Brygadzie Golani, elitarnej jednostce Sił Obronnych Izraela. Mając 28 lat wygrał swoje pierwsze wybory do Knesetu, gdzie przez lata reprezentował prawicowy Likud, którym dziś kieruje Netanjahu. Zanim objął tekę premiera, był też wicepremierem u Ariela Szarona i szefował kilku resortom. Oficjalną przygodę z polityką zakończył skandalem – został oskarżony o korupcję, oszustwa i przestępstwa podatkowe. W więzieniu spędził w sumie 16 miesięcy.
Przez lata jego postawa wobec Palestyńczyków pozostawała niejednoznaczna. Choć opowiadał się za utworzeniem państwa palestyńskiego i dopuszczał możliwość, by Jerozolima stała się stolicą obu narodów, jako premier nie stronił też od polityki utrudniającej życie sąsiadom. To właśnie za jego rządów Izrael zaostrzył blokadę Strefy Gazy, drastycznie ograniczając handel, dostawy prądu i wody oraz swobodę przemieszczania się Palestyńczyków. Izolacja od świata i pełna zależność od widzimisię Izraelczyków sprawiła, że eksklawa zaczęła być określana mianem „więzienia pod gołym niebem”. Ekipa Olmerta nie kryła się przy tym ze swoimi intencjami. Jego doradca Dov Weisglass tłumaczył wówczas: „Chodzi o to, by zmusić Palestyńczyków do przejścia na dietę, ale nie doprowadzić do ich śmierci z głodu”.
Klęska głodu i wojskowe fortyfikacje Hamasu
Izraelczycy liczyli, że pogarszając warunki życia w Gazie, zdołają wywrzeć presję na Hamas. W rzeczywistości doprowadzili jednak do sytuacji, w której większość mieszkańców stała się zależna od pomocy międzynarodowej, zwłaszcza tej świadczonej przez Agencję Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA). Trudno było też nie odnieść wrażenia, że przesuwając granice tego, co uchodziło za etycznie dopuszczalne, stworzono warunki, w których Netanjahu, przejąwszy władzę po Olmercie w 2009 roku, mógł posunąć się jeszcze dalej – nie tylko „wysyłając Palestyńczyków na dietę”, lecz faktycznie doprowadzając do klęski głodu w eksklawie.
Olmert bronił tych decyzji w wywiadzie, który opublikowałam w sierpniu 2025 roku na łamach magazynu „Dziennika Gazety Prawnej”:
– W 2005 roku całkowicie wycofaliśmy się ze Strefy Gazy. Zlikwidowaliśmy 17 osiedli. Obecnie mija 20. rocznica tamtego posunięcia. Prawica mówi, że był to najgorszy dzień w ich życiu. Twierdzą, że właśnie od tego zaczęły się późniejsze katastrofy. Ja byłem jednym z największych zwolenników wycofania się z Gazy. W 2005 roku toczyła się w tej sprawie wielka debata wewnątrz gabinetu. Na początku zdecydowaliśmy, że przy likwidacji osiedli zburzymy wszystko, łącznie z synagogami. A każde z 17 osiedli miało co najmniej jedną, czasem dwie. Naczelny rabin Izraela skontaktował się wtedy z premierem Arielem Szaronem i powiedział: „Jak to możliwe, by Żyd niszczył synagogę? Przez całe życie skarżyliśmy się na gojów, którzy burzyli nasze miejsca kultu. A teraz sami mamy niszczyć własne synagogi?”. Poprosił, by ich nie ruszać. I tak rozpoczęła się debata. W końcu premier ugiął się pod presją i zdecydował, że zburzymy osiedla, ale synagogi zostawimy. Opuściliśmy teren.
– Jaka była reakcja Gazy na wycofanie się Izraela? Ostrzał rakietowy już następnego dnia. Nie poczekali nawet tygodnia. Hamas zniszczył też wszystkie synagogi w wyburzonych osiedlach. Jeśli więc pytasz o blokadę, to musisz zrozumieć, że istniały pewne okoliczności, które – wbrew naszym najlepszym intencjom – doprowadziły nas do tej decyzji. Wycofaliśmy się z nadzieją, że postawy się zmienią. I jeszcze jedno – jak można obarczać Izrael odpowiedzialnością za warunki, w jakich żyją Palestyńczycy, skoro setki milionów, a nawet miliardy dolarów zostały zmarnowane przez Hamas na przekształcenie Gazy w bazę wojskową. Widzieliśmy setki kilometrów tuneli, które tam wybudowano. Gdyby te pieniądze zostały wydane na poprawę sytuacji mieszkańców, nie byłoby problemu.
Miasteczko humanitarne? Nie, "czystka etniczna"
Obecnych działań Izraela Olmert już nie usprawiedliwia. Przeciwnie – stał się jednym z najgłośniejszych krytyków tego, co dzieje się w Strefie Gazy. Opowiadał mi, że „robi wszystko, by wpłynąć na sytuację”. „W pewnym sensie prowadzę nieustanną kampanię, zarówno w Izraelu, jak i na świecie, promując ideę dwóch państw i pokazując, jak mogłaby ona odmienić bieg wydarzeń w Izraelu” – powiedział, popijając kawę.
Kampania, o której wspomniał, przybrała na sile pod koniec maja 2025 roku. Na łamach „Ha-Areca” opublikował wtedy artykuł, w którym oskarżył Izrael o popełnianie zbrodni wojennych i głodzenie Palestyńczyków. „To, co robimy teraz w Gazie, to wojna spustoszenia: nieograniczone, bezwzględne i zbrodnicze zabijanie cywilów. Nie dzieje się to z powodu utraty kontroli w jakimś konkretnym sektorze ani wskutek nieproporcjonalnego wybuchu emocji pojedynczych żołnierzy. To efekt polityki rządu – świadomie, złowrogo, złośliwie i nieodpowiedzialnie narzuconej. Tak, Izrael popełnia zbrodnie wojenne” – napisał.
Na tym jednak nie poprzestał. Gdy izraelski rząd w lipcu ogłosił zamiar przymusowego wysiedlenia wszystkich Palestyńczyków do zamkniętego obozu na granicy z Egiptem, w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana” stwierdził, że będzie to obóz koncentracyjny. „Jeśli Palestyńczycy zostaną deportowani do tego, co władze nazywają «miasteczkiem humanitarnym», będzie można mówić o czystce etnicznej. Na razie jednak do tego nie doszło” – przekonywał dziennikarkę Emmę Graham-Harrison.
Idąc na wywiad z Olmertem kilka dni po publikacji w „Guardianie”, postanowiłam nie naciskać na kolejne głośne deklaracje dotyczące zbrodni jego państwa. Choć zapewne świetnie by się klikały, wolałam poświęcić czas, który mi oferował, na próbę zrozumienia jego przemiany: co sprawiło, że sprzeciwił się systemowi, z którego wyrósł i który sam współtworzył? Kiedy zrozumiał, że jego kraj przekroczył granice? I jak definiował czerwone linie?
Prawnuki zapytają: dlaczego nic nie powiedziałeś?
W jego wypowiedzi przebijały się dwie główne motywacje: obawa o wizerunek Izraela na świecie i kwestie rodzinne. Mówił, że chce, by społeczność międzynarodowa wiedziała, iż nie wszyscy w Izraelu myślą jak Binjamin Netanjahu, Itamar Ben-Gewir czy Jisra’el Kac. „Uważam, że reprezentuję znaczną część izraelskiego społeczeństwa. Jestem pewien, że także ty spotykasz tu ludzi, którzy podzielają mój punkt widzenia” – powiedział. Dodał, że ludzie często pytają go, dlaczego krytykuje wojnę, skoro jego słowa „są później wykorzystywane na całym świecie przeciwko Izraelowi”.
W takich sytuacjach Olmert odpowiada: „Słuchajcie, nie chcę się znaleźć w sytuacji, w której pewnego dnia moje wnuki albo prawnuki przyjdą i zapytają mnie: «Dlaczego nic nie powiedziałeś?». Nie zamierzam milczeć. Zamierzam mówić tak głośno, żeby wszyscy usłyszeli”.
Zapytałam, dlaczego o zbrodniach zaczął mówić dopiero w drugim roku wojny. Wcześniej Izraelczycy również nie działali humanitarnie, ściągając na siebie krytykę organizacji międzynarodowych. Olmert odpowiedział:
– Już ponad rok temu zacząłem mówić: Dość tego, trzeba przedstawić plan na tzw. „dzień po”. Od tamtej pory regularnie pytałem, jakie są polityczne cele tej wojny i co – poza deklarowanym całkowitym zwycięstwem – rząd tak naprawdę chce osiągnąć. Załóżmy, że wszyscy członkowie Hamasu zostaną wyeliminowani. Co dalej? W Gazie żyje przecież 2,2 miliony ludzi. Co z nimi zrobimy? Co zrobimy z mieszkańcami Zachodniego Brzegu? Dokąd właściwie zmierzamy? Byłem bardzo konsekwentny – przekonywałem, że wojna musi się zakończyć, że potrzebujemy politycznego rozwiązania tego konfliktu. Wtedy jeszcze nie oskarżałem rządu o popełnianie zbrodni. Po pierwsze dlatego, że nikt nie był w stanie udowodnić, że Izrael realizuje politykę zabijania Palestyńczyków na oślep, co zwykle spełnia definicję zbrodni wojennej. Po drugie, istniał międzynarodowy konsensus, że Izrael ma prawo prowadzić działania wojskowe. Nawet sędziowie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze nie orzekli, że rząd musi zakończyć wojnę. Innymi słowy, dopóki istniał konsensus co do operacji wojskowej, nie zrobiłem kolejnego kroku. Dopiero niedawno zdecydowałem się powiedzieć, że popełniamy zbrodnie. W marcu złamaliśmy bowiem porozumienie o zawieszeniu broni, które miało prowadzić do dalszych negocjacji w sprawie zakończenia wojny. Rząd Izraela ogłosił: „Nie chcemy negocjować. Chcemy przedłużyć wojnę, a wręcz zacząć ją od nowa”. To był moment, w którym – zarówno w kraju, jak i za granicą – po raz pierwszy zaczęto postrzegać tę wojnę jako nielegalną. A jeśli na nielegalnej wojnie giną żołnierze, zakładnicy i niewinni Palestyńczycy, jest to zbrodnia. Gdy stało się jasne, że rząd jest zdeterminowany, by kontynuować operację mimo braku realistycznego, możliwego do osiągnięcia celu – celu, który nawet w Izraelu uznano by za uzasadniony – stwierdziłem, że muszę pójść o krok dalej: skupić uwagę na naturze tej wojny i związanych z nią zbrodniach.
Działalność Olmerta przeszkadza izraelskim władzom. Krytykę organizacji praw człowieka i aktywistów wychodzących na ulice europejskich czy amerykańskich miast łatwo zbyć zarzutami o antysemityzm czy brak wyobraźni. Można obśmiać studentów wymachujących palestyńskimi flagami na uniwersyteckich kampusach, oskarżając ich o sprzyjanie Hamasowi. Ale jak Izrael ma przekonywać świat do słuszności swoich działań, jeśli krytykuje je już nawet były premier? Człowiek, który w swoim życiu stoczył wiele wojen w imię Izraela [...].
"To niemożliwe. Musi być jakieś wytłumaczenie"
Niektórzy nie przebierali w słowach znacznie bardziej niż Olmert. – Od początku wojny mówiłem o rozdźwięku między rzeczywistością w Gazie a tym, jak postrzega ją izraelska opinia publiczna. Porównałem to do putinowskiej Rosji. Powtarzałem wielu rozmówcom: musicie myśleć o Izraelu, o Izraelu Netanjahu, tak jak myślicie o Rosji Władimira Putina – powiedział mi Eran Ecijon, były zastępca dyrektora Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która działa w ramach kancelarii premiera. Na rozmowę umówiliśmy się w Szoresz, malowniczej miejscowości niedaleko Jerozolimy. Wakacyjna atmosfera – usiedliśmy przy jednym z głośnych foodtrucków – zupełnie nie pasowała do ponurej wizji, jaką kreślił. Tak jak Rosjanie zostali przekonani z pomocą propagandy Putina, że to Ukraińcy odpowiadają za wybuch wojny, że są nazistami, że chodzi jedynie o „specjalną operację” i „denazyfikację”, a sama wojna jest koniecznością, tak samo Izraelczycy dali się, jego zdaniem, wciągnąć w narrację własnych władz. – Choć oczywiście wpływ na izraelską opinię publiczną miał też fakt, że 7 października zostaliśmy zaatakowani, że doszło do okrucieństw, barbarzyństwa, niewyobrażalnych scen – podkreślił.
Nie potrafił wskazać momentu, w którym uświadomił sobie, że Izrael przekracza granice. To nie było jedno wydarzenie, lecz proces, który narastał w nim stopniowo. – Przez długi czas powtarzasz sobie: „To niemożliwe. Musi być jakieś wytłumaczenie. To nie jesteśmy my. To nie jest ta armia izraelska, którą znam”. A potem przychodzi chwila, kiedy musisz skonfrontować się z rzeczywistością – opowiadał Ecijon. Dlatego w lipcu 2025 roku był pewien: niektóre rozkazy wydawane przez dowódców IDF mogą stanowić zbrodnie wojenne, więc Izraelczycy muszą odmawiać ich wykonywania. – Zawsze byłem przeciwny podejmowaniu decyzji o odmowie udziału w walkach, ale musiałem zmienić zdanie – przyznał.
Tym różnił się on od Olmerta, którego podejście było mniej „radykalne”. Kiedy dociskałam byłego premiera w sprawie służby rezerwowej, mówił, że „nie doradziłby rezerwistom, żeby z niej zrezygnowali”. – Ale w pełni rozumiem, jeśli zadają swoim dowódcom pytania: „dlaczego?”, „po co?”, „gdzie?”, „kiedy?”, „jak?”. Uważam, że żyjemy w systemie demokratycznym, a w demokracji różnice zdań, krytyka, a nawet całkowity brak zaufania do rządu są całkowicie naturalne. Jednak dopóki rząd działa legalnie, to lepiej przestrzegać prawa, niż mówić: „odmawiam służby” – podkreślał. Olmert był zdania, że wojnę należy powstrzymać innymi metodami – takimi, które określał jako „demokratyczne”: protestami i strajkami w sektorze publicznym.
Wojna jako boski nakaz, wymagający całkowitej eliminacji
Tyle że zdaniem Ecijona, który całe zawodowe życie poświęcił kwestiom bezpieczeństwa, sytuacja była zbyt poważna, by poprzestać na tak łagodnych działaniach. Tłumaczył, że niegdyś decyzje wojskowe podejmowano w ramach ścisłego łańcucha dowodzenia, zawsze, jak twierdził, po konsultacjach z prawnikami stojącymi na straży prawa międzynarodowego. 7 października te mechanizmy według niego się załamały. Wojsko zaczęło działać z większą dowolnością, mniej zważało na proporcję między ofiarami cywilnymi a bojownikami. – Potem było tylko coraz gorzej – zauważył.
Skutki tego okazały się druzgocące. Izraelski dziennikarz Juwal Abraham oraz Emma Graham-Harrison z „Guardiana” dotarli do tajnej bazy danych izraelskiego wywiadu wojskowego, z której wynika, że do maja 2025 roku aż 83 procent Palestyńczyków zabitych przez izraelską armię w Gazie stanowili cywile. „Ten stosunek cywilów do bojowników wśród ofiar jest niezwykle wysoki jak na współczesne konflikty zbrojne” – podkreślali. Dla porównania: w konfliktach monitorowanych przez Uppsala Conflict Data Program, na który powoływali się dziennikarze, od 1989 roku większy odsetek cywilnych ofiar odnotowano tylko podczas ludobójstwa w Rwandzie, masakry w Srebrenicy (choć nie w całej wojnie w Bośni) oraz w trakcie oblężenia Mariupola w 2022 roku. W całej wojnie w Ukrainie do 2024 roku udział cywilów wśród zabitych wyniósł zaś 10 procent.
Ecijon uważał, że taki stan rzeczy jest między innymi skutkiem rosnących wpływów „mesjanistów i skrajnych prawicowców” w armii oraz w gronie rezerwistów. Mamy do czynienia z mniejszością, mówił, która jest nadreprezentowana zarówno w rządzie, jak i na polu bitwy. To oni według byłego wicedyrektora Rady Bezpieczeństwa Narodowego w dużej mierze nadają ton tej wojnie. – Wojnie, którą postrzegają jako boski nakaz, wymagający całkowitej eliminacji, zniszczenia, okupacji, aneksji, przesiedleń i wszystkiego, co się z tym wiąże – wymieniał.

Fragment książki "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", autorstwa Karoliny Wójcickiej.
wyd. MANDO 2026

