W charakterystycznej frazeologii Donalda Trumpa jest więcej miejsca dla bezwarunkowego chwalstwa własnych dokonań – zarówno domniemanych, dotychczasowych, jak i zapowiadanych – niż powoływania się na znaczących poprzedników. Nierzadko ma się wrażenie, że wedle tej narracji amerykańskiej polityce brakowało przed Trumpem wizji męża stanu, uosobienia wielkości na miarę dziejowego przeznaczenia USA.

- Trumpowska „rewolucja” okazuje się powrotem do źródeł: pod retoryką zerwania z historią kryje się renesans XIX-wiecznej doktryny Monroe’a, opartej na suwerenności, sile i geopolitycznej wsobności USA.
- „America First” zamiast soft power: trumpowska polityka zagraniczna porzuca uniwersalistyczne wartości demokracji i praw człowieka na rzecz bezwzględnej obrony „żywotnych interesów narodowych” – nawet kosztem otwartej dominacji.
- Europa w cieniu nowego koncertu mocarstw: powrót logiki siły, stref wpływów i cywilizacyjnych konfrontacji stawia Unię Europejską przed egzystencjalnym dylematem – czy dalej uciekać od geopolityki, czy nauczyć się ją uprawiać.
Brak historycznego zakotwiczenia nie jest jednak przypadkiem, lecz – jak należy mniemać – świadomą strategią mającą uczynić z Trumpa politycznego koryfeusza, figurę inicjalną, nadającą rytm fundamentalnym przeobrażeniom współczesnego świata. Pod tym względem ruch MAGA (“Make America Great Again”), który Trump zainicjował, wydaje się ukąszony swego rodzaju myśleniem rewolucyjnym: rozpoczęciem na nowo amerykańskich dziejów, od punktu zero. W podobnym tonie wypowiadali się francuscy rewolucjoniści. W mowie oskarżycielskiej wymierzonej w Dantona, Saint-Just stwierdzał przed sądem rewolucyjnym, że „od czasów rzymskich świat był pusty”.
Podobnie Trump mógłby rzec, że od czasów ojców założycieli po amerykańskich równinach hulał wiatr – przemysł przeżywał stagnację, nie wykorzystywano właściwie potencjału ekonomicznego, trwoniono również możliwości amerykańskiego ducha przedsiębiorczości oraz samoorganizacji.
Mit samotnego bohatera
W ogólności, starania Trumpa o wyznaczenie nowego, amerykańskiego kursu, należy interpretować jako część konsekwentnego konstruowania mitu: bohatera, samotnego i niezrozumianego, od którego zwycięstwa zależą – bagatela! – losy świata. Trumpowskie samochwalstwo wkradło się nawet do oficjalnych dokumentów amerykańskiej administracji. W nowej Strategii bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych Donald Trump jawi się jako gwarant strategicznej prosperity. Jak czytamy w dokumencie, starania nowego prezydenta mają uczynić z kraju – w nadchodzących dekadach – „najsilniejsze, najbogatsze, najpotężniejsze i najlepiej prosperujące państwo na świecie”.
Trudne do pokonania progi przemian świata wiodą przede wszystkim, jak czytamy w Strategii, przez możliwość szybkiej adaptacji do środowiska zarówno zewnętrznego, jak i wewnętrznego. Nie wykluczając żadnej możliwości: korekty wektorów dopiero rozpoczętej polityki, skrajnie pragmatycznej elastyczności, a nawet nawiązania ścisłych relacji z państwami, które mają odmienne wartości ustrojowe od Stanów Zjednoczonych.
Mamy tutaj do czynienia z wyraźnym zerwaniem z dotychczasową doktryną amerykańskiego „soft power”. Ameryka pod egidą Trumpa świadomie porzuca swoje dotychczasowe, ewangelizacyjne posłannictwo. Nie będzie sławić ani swoich wartości (american way of life), ani przymiotów demokracji, ani, tym bardziej, praw człowieka i obywatela. „Celem polityki zagranicznej jest ochrona żywotnych interesów narodowych (core vital national interest). Jest to jedyny cel tej strategii” – czytamy w dokumencie.
Trumpowska rewolucja nosi znamiona zmiany fundamentalnej. Dziwi zatem wydźwięk sloganu, który istotnie pomógł Trumpowi dwukrotnie wygrać wybory – „Make America Great Again” – Uczynić Amerykę znów wielką. Hasło to nie zapowiada bowiem nadejścia amerykańskiej wielkości, lecz jej przywrócenie.
Pojawiają się więc zasadne pytania. O jaką wielkość chodzi? Trudno jednoznacznie orzec. Czyżby o tę z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego wieku, z czasów ekonomicznej prosperity oraz „zwycięstwa” nad komunizmem Ronalda Reagana? Jeśli tak, dobrobyt kraju Trump lokowałby w kręgu skrajnego liberalizmu, żeby nie powiedzieć libertarianizmu, który przeżywa obecnie renesans. Godłem tego ruchu jest wąż. Wedle proponowanej symboliki, płaz miałby kąsać tego, który narusza jego przestrzeń intymną.
W trumpowskiej wizji powrotu do amerykańskiej wielkości suwerenność jednostki zajmuje miejsce pierwszoplanowe. Co znamienne, sakralizacja niepodległości decyzyjnej w skali mikro zostaje rozszerzona do skali makro, do organizacji stosunków międzynarodowych. Świat gęstych powiązań, wspólnot interesów i regulacji poprzez rynek dobiega końca. Prezydentura Trumpa nie jest wprawdzie początkiem tego zwrotu, lecz jego istotnym akceleratorem. Wracając do symboliki węża: Stany Zjednoczone gotowe są dziś ukąsić każdego, kto naruszy ich „żywotne interesy narodowe”.
Ta doktryna wsobności nie jest jednak wyłącznym wytworem trumpowskiego imaginarium politycznego. Co więcej, sam Trump chętnie wskazuje na jej historyczne korzenie, przypisując prymat autorstwa Jamesowi Monroe’owi.
Odcięcie od europejskiego jarzma
Oblicza piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych ani nie wyryto na górze Rushmore, ani nie wydrukowano na dolarze. Fizjonomia Jamesa Monroe’a uderzająco przypominała emploi notabli Ancien Régime’u. Monroe miał w sobie i neutralną powierzchowność dyplomaty, i nienaganne maniery. Wprost zastanawiające do jakiego stopnia Trump różni się od swojego głównego geopolitycznego inspiratora.
Monroe był wyrazistym symbolem schyłku epoki ojców założycieli i wejścia Ameryki w fazę mniej porywającą – taką, która oznaczała kres wielkich zagrożeń, ale zarazem początek narastających trudności. Stany Zjednoczone wychodziły bowiem z burzliwych czasów państwowego wieku młodzieńczego i stawały się dorosłym graczem na arenie międzynarodowej. Monroe nie pisał deklaracji niepodległościowych, nie stał na barykadach, nie kolonizował „dzikiego zachodu” ani nie dowodził pułkom piechoty na polach bitewnych. Przyszło mu zarządzać krajem względnie ustabilizowanym. Wciąż jednak borykającym się z wewnętrznymi podziałami i z nieuregulowanym statusem kilku stanów. Jako ambasador negocjował zakup Luizjany od Francji. A podczas swojej prezydentury ustalał ostateczny kształt granicy z Kanadą oraz przejął od Hiszpanów Florydę. Monroe w szybkim czasie musiał nadać Stanom Zjednoczonym odpowiedni kierunek rozwoju, a przede wszystkim odciąć się od jarzma europejskiego dziedzictwa.
2 grudnia 1823 r. James Monroe przekazał Kongresowi USA deklarację (pisaną wspólnie z Johnem Quincy Adamsem), w której wyłożył główne kierunki polityki zagranicznej młodej Republiki. Jej przesłanie można łatwo streścić: „Europejczykom – Stary Kontynent, Amerykanom – Nowy Świat”. Deklaracja Monroe’a została nakreślona zaledwie czterdzieści lat po tym, jak Brytyjczycy uznali niepodległość Stanów Zjednoczonych – w momencie, gdy Ameryka zaczynała się jawić jako kiełkująca, lecz wciąż nie w pełni ukształtowana potęga. O swoją wielkość sama zadbała i sama ją – co ciekawe – urbi et orbi zadeklarowała w Monroe’owskiej wizji. Stany Zjednoczone coraz wyraźniej kierowały uwagę ku własnym interesom na kontynencie amerykańskim, a nie ku zawiłościom europejskiej polityki: „Zawsze byliśmy obserwatorami pełnymi niepokoju wydarzeń rozgrywających się w tej części globu (europejskiej – red.), z którą łączą nas tak liczne więzi i z której się wywodzimy”.

Doktryna Monroe'a:„Europejczykom – Stary Kontynent, Amerykanom – Nowy Świat”
W dalszej części przemowy Monroe stawiał coraz ostrzejszą linię podziału między zachodnią a wschodnią półkulą: „obywatele Stanów Zjednoczonych cieszą się wolnością i pomyślnością swoich bliźnich po drugiej stronie Atlantyku. Nigdy nie ingerowaliśmy w wojny europejskie i tego rodzaju ingerencje nie są zgodne z naszą polityką (…) Dopiero wtedy, gdy nasze prawa będą naruszane lub poważnie zagrożone, będziemy podejmować przygotowania do obrony”.
Stany Zjednoczone zaczynały się wówczas „przepoczwarzać” w libertariańskiego węża – czujnego, nieufnego i gotowego do ataku.
W pierwotnym założeniu Monroe’owska odezwa miała wspierać niepodległościowe dążenia wyrastających w połowie XIX wieku republik Ameryki Południowej. Zwracała się ze stanowczą prośbą do przywódców Starego Kontynentu, aby zaniechali imperialnych aspiracji na zachodniej półkuli. Od tamtej pory wspólnota losów i więzi łączące stary i nowy świat miały zostać zerwane. Monroe ogłosił suwerenność decyzyjną i niepodległość nie tylko własnej federacji, lecz także – w sensie geopolitycznego roszczenia – całej półkuli.
Trzeba przyznać, że pod wieloma względami była to niezwykle śmiała polityka, poniekąd antycypująca zawczasu o kilka dekad wielkość Stanów Zjednoczonych i ustawiająca ją a priori w gronie globalnych graczy.
Doktryna Monroe’a w trumpowskim wydaniu
Z okazji 202. rocznicy wygłoszenia doktryny Monroe’a Biały Dom opublikował oficjalny komunikat, w którym Donald Trump podkreślił swoje przywiązanie do monroe’owskiego filaru polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, a zarazem zapowiedział zamiar jego aktualizacji poprzez tzw. „uzupełnienie Trumpa” (Trump corollary): „James Monroe ogłosił narodowi prostą prawdę, która odbiła się szerokim echem na przestrzeni wieków – Stany Zjednoczone nigdy nie zawiodą w obronie swojej ojczyzny, swoich interesów i dobrobytu swoich obywateli. Dzisiaj moja administracja pragnie z dumą podtrzymać tę obietnicę jako część nowego trumpowskiego uzupełnienia doktryny Monroe: to naród amerykański, a nie obce państwa czy zglobalizowane instytucje będą decydowały o naszym losie na naszej półkuli”.
Podczas gdy doktryna Monroe’a dążyła do zagwarantowania niezależności wszystkich państw na kontynencie amerykańskim, jego rooseveltowska kontynuacja utrwalała wyższość Stanów Zjednoczonych nad pozostałymi państwami wchodzącymi w skład zachodniej półkuli. Roosevelt rezerwował sobie prawo do „sąsiedzkich” ingerencji w momencie, gdy uznawał, że zagrożone są interesy Stanów Zjednoczonych.
W interpretacji Trumpa doktryna ta również oznacza monopol Stanów Zjednoczonych na stosowanie przemocy na zachodniej półkuli. W ogólności, trumpowska wizja świata dopuszcza jaskrawe stosunki dominacji oraz wyszarpywanie gwarancji własnych interesów siłą oręża. Słowem, niegdysiejsze atrybuty władzy zostały przezeń zrehabilitowane. Co więcej, Trump dokonuje ostatecznego zerwania wizji „końca historii”, owego przeświadczenia, iż świat nie jest i nie będzie już areną wielkich konfrontacji, a demokracja zatryumfuje pod każdą szerokością geograficzną. Z Trumpem powraca logika cywilizacyjnych zderzeń oraz walki o zasoby. „Jako 47. prezydent Stanów Zjednoczonych z dumą potwierdzam tę sprawdzoną politykę (politykę Monroe’a – red.). Od momentu objęcia urzędu realizuje agresywną politykę stawiania Ameryki na pierwszym miejscu i propagowania pokoju poprzez siłę. Przywróciliśmy Ameryce uprzywilejowany dostęp do Kanału Panamskiego. Przywracamy amerykańską dominację morską. Eliminujemy praktyki pozarynkowe w sektorach międzynarodowego łańcucha dostaw i logistyki” – czytamy w deklaracji intrygująco przypominającej doktrynę Monroe’a.
Trump broni prymatu cywilizacji zachodniej, bombardując przyczółki państwa islamskiego w Nigerii i przychodząc z pomocą uciśnionym mniejszościom chrześcijańskim. A jednocześnie afirmuje suwerenność kontynentalną Stanów Zjednoczonych, interweniując w Wenezueli. Przy okazji siłowego pojmania Nicolása Maduro, 3 stycznia 2026 r., wygłosił w posiadłości Mar-a-Lago na Florydzie osobliwe nawiązanie do doktryny piątego prezydenta USA: „Doktryna Monroe'a jest bardzo ważna, ale my znacznie ją przewyższyliśmy. Nazywa się ją teraz Doktryną Donroe'a. Amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana”.
Europejski dryf
Doktryna Monroe’a przeżywa osobliwy renesans. Jej „przewyższenie”, używając słów Donalda Trumpa, oznacza powrót do historii, którą uśmiercono po zburzeniu Muru Berlińskiego. Świata fundamentalnych konfrontacji, cywilizacyjnych zderzeń, walk o wpływy i zasoby.
Na jednej płycie tektonicznej stoi imperialna Rosja już dziś rozlewająca się po ukraińskich stepach. Na drugiej Chiny ostrzące sobie zęby na Tajwan. A na trzeciej, Ameryka wprost mówiąca o aneksji Grenlandii, obalająca rządy w Caracas i zapowiadająca przejęcie pełnej kontroli nad Kanałem Panamskim.
Między wielkimi płytami tektonicznymi dryfuje Europa. Trump już zaczął realizować plan wycofania Stanów Zjednoczonych z Europy. Europejczycy zostali wykluczeni z trwających, trójstronnych rozmów pokojowych USA-Ukraina-Rosja. Coraz częściej słyszymy o odbudowaniu europejskiej potęgi. Europa coraz mniej waży i niewielu chce się z nią liczyć. W wywiadzie udzielonym France2 4 lutego, sam Wołodymyr Zełeński powiedział z rozbrajającą szczerością: – „Putin nie boi się Europejczyków, on się boi tylko Trumpa”.
Doświadczenia XX wieku sprawiły, że Europa uczyniła z wyrzeczenia się przemocy fundament swojej tożsamości, wierząc zarazem, że prawo, handel i instytucje mogą raz na zawsze zastąpić brutalną gramatykę siły. Dziś jednak, w obliczu nowego koncertu mocarstw, europejski projekt staje przed pytaniem „egzystencjalnym”: czy nadal może pozwolić sobie na luksus moralnej abdykacji z geopolityki, czy też – wbrew własnym powojennym dogmatom – musi nauczyć się walczyć o swoją odrębną pozycję w świecie, który znów mówi językiem potęgi i przemocy?
