Nawet gdy 8 czerwca 2008 r. wygrywał Grand Prix Kanady, tego dnia zdecydowanie bardziej poruszyło mnie co innego, mianowicie nasza kolejna porażka z Niemcami, tym razem na mistrzostwach Europy. A przecież do tych przegranych mogłem się już przyzwyczaić, inaczej niż do naszych sukcesów w F1, więc była to reakcja głupia, zupełnie nieuzasadniona.
Nie śledziłem też nigdy wieloletniej dominacji Lewisa Hamiltona czy Maxa Verstappena. Goście tworzyli dynastie, przy których wysiadał nawet Blake Carrington, a mimo to miałem to gdzieś. Motorsport latami kojarzył mi się głównie z nierównymi szansami – z miejscem, w którym gdyby dać najlepszemu kierowcy najgorszy bolid, a najgorszemu najlepszy, ten drugi wciągnąłby tego pierwszego nosem.
Dlatego, zamiast na wyścigi, wolałem patrzeć chociażby na piłkarskie kluby, tak jakby świat futbolu był sprawiedliwszy. Bzdura, tu też pieniądze odgrywają kluczową rolę.
Jak polubiłem Formułę 1
Formuła spodobała mi się jednak nie za sprawą nagłego oświecenia wyżej wspomnianą myślą, tylko dzięki… rowerowi. Tak jest, dobrze czytacie. Jako zapalony kolarz-amator jesienią i zimą spędzam długie godziny na trenażerze.
Podczas tej nudnej jazdy można rozmyślać i patrzeć w ścianę, ale można też zamiast tego chłonąć hurtowo seriale i dokumenty. Wybrałem bramkę numer 2, obejrzałem chyba wszystko, co wydało mi się ciekawe na platformach streamingowych, aż doszedłem do ściany i stanąłem przed hiobową dla mnie decyzją: „Formuła 1: Jazda o życie” albo „Bridgertonowie”.
Niechęć do motorsportu była na tyle duża, że w pierwszej chwili postanowiłem wybrać słodkopierdzący romans o życiu londyńskich wyższych sfer, w drugiej jednak przypomniałem sobie, że jako fan kolarstwa przepadłem na długie godziny patrząc na netfliksowe „Tour de France: W sercu peletonu”.
To było kino absolutne: kiedy sprinterzy po kraksie na ostatnich metrach leżeli półżywi na gorącym od lipcowego słońca asfalcie, czułem ból ich „zeszlifowanych” ud i pośladków. Gdy górale ruszali do straceńczego ataku, przepalając płuca na legendarnym podjeździe Mont Ventoux, miałem ochotę rzucić wszystko, gnać co sił do Francji i robić dokładnie to samo. A jak zjeżdżali z dużych wysokości na złamanie karku, z prędkością powyżej 100 km/h, ze stresu zasłaniałem oczy dłońmi.
Oczywiście trochę tu przesadzam – takie prawo felietonisty – ale puenta jest taka: skoro Netflix potrafił wygenerować we mnie takie emocje przy dwóch kółkach, to jakie musi tworzyć przy czterech? Ta refleksja ostatecznie skłoniła mnie do włączenia pierwszego sezonu „F1: Drive to Survive”.
Przyjąłem prostą zasadę: oglądam go tylko wtedy, gdy pedałuję, i wiecie co? Już po tygodniu ten dokument stał się dla mnie tym, czym dla niektórych ścieżka dźwiękowa z „Rocky’ego” w siłowni: za każdym razem, gdy na niego patrzyłem, czułem zadziwiający przypływ energii: nogi piekły, waty rosły, oddech przyspieszał, a trening przedłużał się o 10-15 minut – żal było go przerwać wtedy, gdy koniec kręcenia zlewał się akurat z pokazywaniem w serialu finałowego momentu jednego z grand prix.
Po siedmiu dniach musiałem spojrzeć w lustro i przyznać patrzącemu na mnie gościowi, że ten sport mi się spodobał. Pewnie dlatego, że w końcu zacząłem go rozumieć.
Pierwszy sezon wystarczył, by załapać, dlaczego walka o siódme czy ósme miejsce może być w Formule 1 pasjonująca –choć w innych sportach często nie ma żadnego znaczenia – czy jak wielki dramat przeżywa gość, który nie dokręcił dobrze koła bolidu na pit-stopie i że koledzy-kierowcy z zespołu wcale tak naprawdę tymi kumplami nie są.
Drama z Formuły 1
Zatrzymam się przy tych ludzkich historiach, weźmy na tapet chociażby dramę na linii Red Bull – Renault z 2018 r. Ci pierwsi zrezygnowali z silników tych drugich (mimo że są dwoma walczącymi ze sobą teamami, współpracowali w tej materii) na rzecz Hondy, a netfliksowe kamery pokazują nienawiść, jaka wywiązała się między szefami teamów: Chrisem Hornerem (mąż Geri Halliwell ze Spice Girls) i Cyrilem Abiteboulem.
Na jednej z konferencji prasowych Francuz sprawia wrażenie zdruzgotanego decyzją Brytyjczyka, a jakiś czas później, na drugiej, zachowuje się już jak prawdziwy samiec alfa, który właśnie pozbył się śmiertelnego wroga.
Powód? „Ukradł” Hornerowi Daniela Ricciardo, do którego Red Bull czynił wielomiesięczne umizgi w celu przedłużenia umowy. Australijczyk odrzucił te zaloty, przedkładając – jakkolwiek to nie brzmi – francuską miłość nad austriacką, co oczywiście rozwścieczyło Hornera.
Idźmy dalej: w pierwszym sezonie oglądamy też hinduskiego pyszałkowatego właściciela jednego z teamów, francuskiego kierowcę zmagającego się z utratą wiary we własne umiejętności czy syna hiszpańskiej rajdowej legendy, brutalnie wysiodłanego przez twarde reguły F1 z wyścigowego fotela.
To właśnie te wszystkie human-story sprawiają, że człowiek zaczyna się jarać tym sportem. Sam wyścig byłby bez nich jak surowy stek z prestiżowej hodowli – obietnicą ciekawych doznań, ale jeszcze niedoprawioną, więc być może niemożliwą do spełnienia.
Połączenie jednego i drugiego daje nam danie idealne, dlatego tak bardzo cieszę się na kolejny sezon „Formuły 1: Jazdy o życie”. I – sam nie wierzę w to, co piszę – na start sezonu 2026, który nastąpi już 8 marca, w Melbourne.
Gdyby pół roku temu ktoś powiedziałby mi, że wstanę o 5 rano, żeby obejrzeć ten wyścig, zabiłbym go śmiechem. Teraz nastawię budzik, a to chyba najlepszy dowód na to, że człowiek wcale nie musi mieć prawa jazdy i auta, żeby czasem stracić kontrolę.

