Większość swoich wspomnień, zwłaszcza tych z dzieciństwa, kwestionuję. Nie mam pojęcia, czy faktycznie mój tata wchodził na przerażająco wysokie drzewo, bo z gniazda wypadły małe sroczki, ani czy faktycznie nasz kot Gustaw przynosił psu Bobo myszy w zamian za ochronę na osiedlowym rewirze przed innymi kocurami, ani, tym bardziej, czy faktycznie to ja dałem Bobo tak na imię.
Kwestionuję harce na pobliskim placu zabaw i miesiące spędzone w szpitalach, przedszkolne kłótnie przeniesione na podstawówkowe pole i rodzinne wakacje pod namiotami. Nigdy nie wiem, czy te migawki, które pojawiają się po zamknięciu oczu są prawdziwe, czy może powstały dopiero później na kanwie opowieści bliskich, zdjęć schowanych w albumach, a nawet jako abstrakcyjny wytwór mojej wyobraźni.
Wspomnień z tego dnia nigdy nie kwestionuję, choć jestem pewien, że wyglądał inaczej, niż go zapamiętałem. Pewnie był mniej szary niż myślę i nieco cieplejszy. Możliwe, że to przeczucie, że coś wisi w powietrzu pojawiło się dopiero wtedy, kiedy coś faktycznie w powietrzu zawisło.
16 lat od katastrofy smoleńskiej. Ołdakowski: Na Lecha Kaczyńskiego jeszcze przyjdzie czas
Zresztą, jakie przeczucie może mieć jedenastolatek. Tego dnia miałem zwykłe jedenastolatkowe problemy. Harcerska zbiórka, która nigdy się nie odbyła, bo wszyscy zastygli w domach, i cosobotnie zakupy spożywcze z rodzicami, podczas których najpierw oni, a potem ja dowiedzieliśmy się, że „coś się wydarzyło”.
Pamiętam, byliśmy już prawie przy kasie, kiedy do taty podeszła pracująca w sklepie koleżanka. – Słyszałeś? Prezydent nie żyje, samolot się rozbił – powiedziała. Lub coś podobnego, być może z mniejszymi szczegółami.
Pamiętam, tata wyciągnął telefon, żeby zadzwonić do babci i powiedzieć: – Słyszałaś? Prezydent nie żyje, samolot się rozbił. Lub coś podobnego, ale nie mógł się dodzwonić. Linie były przeciążone. Wszyscy chcieli powiedzieć bliskim to samo.
Katastrofa smoleńska. Naród, który na moment stał się rodziną
Nie wiem, czy wynikało to z realnego szoku, przerażenia, poczucia straty, czy z potrzeby sensacji, bycia pierwszym. Pewnie ze wszystkiego po trochu.
W sklepie była wyspa, przy której można było wykupić telewizyjny abonament. Taka, przy której zawsze stały włączone telewizory bijące po oczach odwiniętą z powtórek zieloną murawą. Tego dnia ich obraz stracił barwy. Przybrał twarz Jarosława Kuźniara próbującego na antenie ustalić, czy ktokolwiek przeżył. Mam wrażenie, że dookoła Kuźniara zebrali się wszyscy. Było im w pełni obojętne, po kiego licha przyjechali w sobotę z samego rana do sklepu.
Patriotyzmu uczono mnie w domu, w szkole, w harcerstwie. Tego dnia zrozumiałem, co to znaczy. Być może tego dnia po raz pierwszy naprawdę poczułem się Polakiem, poczułem „narodową wspólnotę”. I do dziś nie rozumiem, dlaczego to był ostatni raz, kiedy mogłem ją poczuć.

