Dziś mija kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, bezsprzecznie najtragiczniejszego pęknięcia w najnowszej historii Polski. Jednak tym razem, zamiast analizować polityczne trajektorie czy po raz setny roztrząsać przyczyny techniczne, chciałbym wrócić do czegoś znacznie trudniejszego do uchwycenia – do tamtej ciszy. A raczej do tego, co ta cisza z nami zrobiła.
Muszę to napisać wprost, bez zbędnej kokieterii: miałem wtedy 18 lat i tamte dni były pierwszym momentem w moim życiu, w którym patriotyzm przestał być dla mnie pojęciem ze słownika czy zakurzonym eksponatem z muzeum. Stał się fizycznie wyczuwalnym pulsem. To wtedy, stojąc w tłumie lub patrząc na morze zniczy, po raz pierwszy poczułem tak gęstą, niemal organiczną więź z ludźmi, których nazwisk nigdy nie poznałem. To było uniesienie, które wymykało się chłodnej logice. Moment, w którym „ja” na chwilę skapitulowało przed potężnym, zbiorowym „my”.
Ukryty puls patriotyzmu
Nagle zorientowałem się, że pod pancerzem nowoczesnego dystansu do wzniosłych opowieści o narodowym kolektywizmie noszę w sobie pokłady patriotyzmu, o których istnienie nawet się nie podejrzewałem. To był ten moment dziwnej konfuzji, a zarazem wielkiej jasności – kiedy zrozumiałem, że Polska nie jest dla mnie tylko adresem zamieszkania czy pozycją w paszporcie, ale żywym organizmem, z którym jestem nierozerwalnie zrośnięty.
Właśnie wtedy, w tamtym gęstym od emocji powietrzu, dotarło do mnie, że losy ojczyzny bolą mnie i obchodzą znacznie bardziej, niż kiedykolwiek odważyłbym się przyznać w kawiarnianej dyskusji. Przestałem być obserwatorem, a stałem się częścią całości, której los nagle stał się moim własnym.
Kładę na ten aspekt tak silny nacisk, ponieważ tamto uniesienie nie było tylko moim prywatnym, intymnym przeżyciem, ale stało się ono wręcz naszym wspólnym tlenem. Przez te kilka niezwykłych dni można było ulec niemal mistycznemu złudzeniu, że polsko–polska wojna domowa została zawieszona, a mury, które budowaliśmy latami, po prostu zniknęły.
Nagle przestało być istotne, kto na co dzień maszeruje, pod jakim sztandarem i która strona politycznej barykady jest nam bliższa. Na ten krótki, tragiczny moment staliśmy się jedną, wielopokoleniową rodziną, którą połączył nie interes, a zbiorowa żałoba narodowa w swojej najczystszej, niemal biblijnej formie.
Zaryzykuję tezę, że jeśli odłożymy na chwilę na bok tragizm tamtej sytuacji, zeskrobiemy grubą skorupę politycznego błota i wzajemnych oskarżeń, które wraz z upływem czasu się nawarstwiały, pod spodem znajdziemy naszą najbardziej wstydliwą tajemnicę.
Śniadanie wielkanocne. Dlaczego święta intensyfikują emocje i konflikty rodzinne?
My za tamtym momentem po prostu, po ludzku, tęsknimy. Tęsknimy za Polską, która nie była polem minowym. Za stanem, w którym bycie Polakiem nie było sportem kontaktowym polegającym na okładaniu się po głowach. Tęsknimy za tym krótkim momentem, gdy polskość nie była pałką na bliźniego, ale wspólnym mianownikiem wykrzyczanym w żałobnej ciszy.
Inne zrywy i tonacje
Oczywiście w XXI wieku zdarzały się również inne momenty, w których ten uśpiony patriotyczny gen dawał o sobie znać, choć za każdym razem działo się to w zupełnie innej tonacji.
Rok 2005. Śmierć Jana Pawła II była odejściem żywego symbolu wolności i człowieka, który pomógł nam wyrwać się z okowów komunizmu. Tamtego kwietnia kraj po prostu stanął. Zamilkły polityczne kłótnie, a zwaśnieni kibice na znak pojednania wiązali ze sobą klubowe szaliki, modląc się na stadionach. Na czas żałoby przestępczość wyraźnie spadła, jakby cały naród uznał, że w obliczu tej straty pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada. Jednak dla mnie, ówczesnego trzynastolatka, tamte dni pozostały jedynie podniosłą, mglistą dekoracją dzieciństwa. Byłem wtedy zbyt młody, by w pełni pojąć wagę tego tektonicznego pęknięcia. W przeciwieństwie do Smoleńska brakowało mi jeszcze narzędzi, by tamten zbiorowy lament zrozumieć dogłębnie.
Rok 2012. Podczas Euro, którego byliśmy współgospodarzem, Polska po raz pierwszy od dawna utonęła w tak gęstym morzu biało–czerwonych barw. Było głośno, dumnie i patriotycznie – od szalików po flagi na samochodach. Stadionowe chóry, spontaniczne uliczne pochody po meczach, flagi zwisające z balkonów – wszystko to tworzyło atmosferę masowego, radosnego uniesienia. Był to czas, gdy narodowe barwy nie dzieliły, lecz łączyły, a wspólne kibicowanie dawało poczucie dumy, która nie potrzebowała żadnego politycznego uzasadnienia. To był pierwszy raz od dawna, gdy polskość miała smak wspólnej zabawy i afirmacji, a nie konfliktu.
Rok 2022. Kolejny, tym razem znacznie poważniejszy zryw, przyszedł wraz z wybuchem wojny na Ukrainie. Wtedy polskość objawiła się jako potężny, oddolny instynkt pomocy. Wspólnie organizowaliśmy transporty, otwieraliśmy domy dla obcych, przelewaliśmy pieniądze, a niektórzy z nas z determinacją godną podziwu zaczęli łamać języki na ukraińskiej gramatyce. To była imponująca mobilizacja sił, festiwal przyzwoitości i dowód na to, że w sytuacjach granicznych potrafimy działać jak jeden sprawny organizm.
Jednak żadne z tych wydarzeń – ani współorganizacja Mistrzostw Europy, ani pomoc Ukraińcom podczas wojny – nie zdołało dotknąć tej samej, niemal mistycznej struny, którą szarpnęła katastrofa sprzed szesnastu lat. Euro było radosnym, ale jednak tylko karnawałem. Pomoc Ukrainie była wspaniałym pokazem naszej sprawności i empatii, ale był to odruch skierowany na zewnątrz.
Smoleńsk natomiast był cięciem do samej kości. Zmusił nas do spojrzenia w lustro, w którym zamiast nowoczesnych Europejczyków zobaczyliśmy oszołomioną, osieroconą wspólnotę, która w obliczu bezsilności potrafiła jedynie podać sobie rękę i uściskać się w ramionach.
Wtedy, na te kilka dni, polskość przestała być projektem politycznym, a stała się egzystencjalnym fundamentem. To był moment, w którym poczuliśmy, że pod wszystkimi warstwami naszych kłótni o wszystko wciąż płynie ta sama, gęsta krew wspólnej historii.
Interregnum nienawiści
Dziś, szesnaście lat później, patrzę na tamte znicze pod Pałacem Prezydenckim nie przez pryzmat teorii spiskowych czy politycznych wojen, które nastąpiły potem. Patrzę na nie z pewnym rodzajem bolesnej tęsknoty za tym krótkim interregnum nienawiści.
Niebezpieczna normalizacja: jak oswajamy zagrożenie ze Wschodu
I być może – patrząc z perspektywy społecznej – największym dramatem tamtych dni nie była sama katastrofa, ale to, jak błyskawicznie wróciliśmy do naszych „ustawień fabrycznych”. Zamiast fundamentu pod nową Polskę, z gruzów tamtej tragedii wznieśliśmy jeszcze wyższe zasieki – jakby jedność była dla nas stanem nienaturalnym, z którego czym prędzej musieliśmy się otrząsnąć.
Niestety, można dojść do wniosku, że jesteśmy specyficznym narodem, który potrafi stanąć ramię w ramię przede wszystkim w sytuacji narodowej tragedii.

