W tym roku pojechałam na Campus jako osoba towarzysząca uczestnikowi jednego z paneli. Piszę o tym od razu, bo skoro ten tekst jest o przejrzystości, uczciwie będzie zacząć od własnej pozycji. Sama nie byłam prelegentką, partnerką wydarzenia ani osobą zaangażowaną w jego organizację.
Nie wystarczy wiedzieć, kto płaci
Już w czasie trwania Campusu Szymon Jadczak, dziennikarz Wirtualnej Polski, zadał pytanie, kto właściwie finansuje to wydarzenie. I słusznie. Jeżeli Campus chce być przestrzenią nowoczesnej demokracji i otwartej debaty publicznej, powinniśmy wiedzieć, kto dokłada się do jego organizacji, na jakich zasadach i czy sponsorzy lub partnerzy mają wpływ na program.
Ale przeglądając program Campusu, pomyślałam, że trzeba zadać jeszcze jedno pytanie. Nie tylko: kto płaci? Także: kto dostaje mikrofon?
Czytaj także: Czarzasty na Campus Polska. Uderzył w Trumpa i Nawrockiego
Mniej interesują mnie tutaj konkretne nazwiska, bardziej mechanizm. Dlatego celowo ich nie podaję. Problem nie dotyczy dwóch czy trzech osób, tylko zasad, według których budujemy przestrzeń debaty publicznej.
W programie widzę osoby reprezentujące organizacje związane z sektorem hodowlanym, uczestniczące w rozmowach o jedzeniu i systemie żywnościowym (albo je prowadzące). Widzę też osoby odpowiedzialne za politykę publiczną wielkich korporacji technologicznych, uczestniczące w dyskusjach o regulacji, wolności słowa czy wpływie cyfrowego świata na społeczeństwo.
Sprawdź również: Wpadka na scenie Campusu Polska Przyszłości. Nowacka o byciu „gospodarką”
I od razu jedno zastrzeżenie: nie chodzi o ukrywanie afiliacji. W programie było jasne, kto reprezentuje określoną branżę. I dobrze. Tyle że przejrzystość nie kończy się na podpisie pod nazwiskiem. Prawdziwe pytanie brzmi: kto dostaje dostęp do sceny, możliwość definiowania problemu i prawo współtworzenia języka debaty?
Bo wpływ nie wynika wyłącznie z finansowania wydarzenia ani z klasycznego lobbingu, czyli zawodowego działania na rzecz cudzych interesów po to, by zostały uwzględnione w procesie stanowienia prawa.
Co jest problemem?
Wpływ to także możliwość uczestniczenia w rozmowie o tym, co w ogóle uznajemy za problem. Definiowania, które rozwiązania są racjonalne, odpowiedzialne i słuszne. Współtworzenia języka, którym później posługują się politycy i polityczki, media oraz inne osoby uczestniczące w debacie publicznej. Dlatego dostęp do sceny ma znaczenie.
Nie ma nic niewłaściwego w tym, że przedstawiciel sektora hodowlanego rozmawia o żywności albo osoba reprezentująca globalną firmę technologiczną o technologii. Ich głos powinien być częścią debaty publicznej. Ale nie oznacza to, że każda konstrukcja panelu jest dobra ani że samo posadzenie przy jednym stole różnych osób tworzy równowagę.
Trzeba zapytać, z jakimi zasobami, dostępem i siłą wpływu poszczególne osoby do tego stołu przychodzą. Po jednej stronie może siedzieć przedstawiciel sektora dysponującego organizacjami branżowymi, budżetami, zespołami public affairs, prawnikami i stałym dostępem do polityków i polityczek, administracji czy procesu legislacyjnego. Po drugiej aktywistka, ekspertka albo przedstawicielka niewielkiej organizacji społecznej, która ma głos na scenie, ale nie ma porównywalnego zaplecza ani możliwości oddziaływania. Formalnie mamy różne głosy. Teoretycznie jest pluralizm. Ale równa liczba krzeseł nie oznacza równej siły wpływu.
Głosy nie ważą tyle samo
I właśnie tutaj zaczyna się odpowiedzialność osób organizujących takie wydarzenia. Ułożenie programu nie jest czynnością techniczną. Zaproszenie kogoś na scenę nie jest neutralnym gestem. Tytuł panelu, dobór osób, moderacja, kolejność tematów, wszystko to jest wyborem. Organizatorki i organizatorzy nie tylko udostępniają salę i mikrofon. Rozdzielają przestrzeń debaty. A przestrzeń debaty jest zasobem. Każde zaproszenie nadaje komuś widzialność i znaczenie. Mówi publiczności: ten głos warto usłyszeć, ten punkt widzenia jest istotną częścią rozmowy.
Może Cię zainteresować: Trzaskowski w ogniu pytań na Campusie. „Codziennie ciężko pracuję”
Nie wystarczy więc odpowiedzieć: „przecież zaprosiliśmy także kogoś z drugiej strony”. Dla silnej organizacji branżowej czy wielkiej korporacji panel jest jednym z wielu kanałów wpływu. Za jej przedstawicielem lub przedstawicielką stoją instytucje, pieniądze, profesjonaliści od komunikacji i public affairs, relacje z polityką i możliwość powtarzania własnego przekazu przez cały rok. Dla niewielkiej organizacji społecznej, aktywistki czy niezależnej ekspertki ta sama godzina na scenie może być jedną z niewielu okazji, żeby zostać usłyszaną.
Osoby organizujące wydarzenie mogą tę nierówność przynajmniej częściowo korygować. Nie poprzez wykluczanie biznesu ani sztuczne konstruowanie symetrii, lecz przez świadome tworzenie przestrzeni dla tych, którzy mają mniej pieniędzy, mniejsze zaplecze instytucjonalne i słabszy dostęp do polityki czy mediów.
Polecamy również: Campus Polska, czyli wizja państwa zarządzanego przez sztuczną inteligencję
A w tym konkretnym przypadku dodatkowo nie chodzi o biznes jako taki. Bo szczególnej refleksji wymaga udostępnianie sceny sektorom, których modele działania wiążą się z poważnymi kosztami społecznymi, zdrowotnymi, środowiskowymi czy demokratycznymi, a które jednocześnie posiadają ogromne zasoby pozwalające wpływać na debatę i regulacje. Dotyczy to choćby wielkich platform technologicznych, których modele biznesowe opierają się na masowym przetwarzaniu danych, reklamie behawioralnej i gospodarce uwagi, oraz sektora hodowlanego, którego działalność wiąże się z kosztami dla klimatu, środowiska, zdrowia publicznego i dobrostanu zwierząt.
Pytanie nie brzmi więc, czy taki biznes ma prawo mówić. Oczywiście ma. Pytanie brzmi, czy podmioty mające już ogromną siłę ekonomiczną, polityczną i komunikacyjną powinny otrzymywać kolejne przestrzenie wpływu bez refleksji nad tym, komu i na jakich warunkach organizator tworzy przestrzeń obok nich.
Nie każde zaproszenie trzeba przyjąć
Ale odpowiedzialność nie kończy się na osobach układających program. Jest jeszcze odpowiedzialność tych, którzy przyjmują zaproszenie do panelu, wydarzenia, dyskusji. Od lat w środowiskach równościowych funkcjonuje prosty standard: jeżeli jesteś mężczyzną deklarującym poparcie dla równości, nie zgadzasz się na udział w panelu złożonym wyłącznie z mężczyzn. Nie dlatego, że odpowiadasz za całą konferencję. Dlatego, że nie chcesz legitymizować swoim udziałem złego standardu.
Podobnie powinno być tutaj. Nie chodzi o zasadę: „nie siadam do panelu z przedstawicielem/przedstawicielką biznesu”. Chodzi o sytuację, w której organizacja społeczna, aktywistka czy niezależna ekspertka zostaje sprowadzona do roli przeciwwagi mającej uwiarygodnić format, w którym po drugiej stronie znajduje się silny interes gospodarczy.
Czytaj też: Barbara Nowacka i ten sam błąd co Czarnek. Szkoła nie potrzebuje politycznych wojowników
Wtedy warto zadać sobie pytanie nie tylko: „czy chcę przedstawić swoje argumenty?”, ale także: „czy moim udziałem nie pomagam stworzyć pozoru równowagi tam, gdzie realnej równowagi nie ma?” Bo czasami właśnie obecność NGO, ekspertki czy aktywistki pozwala organizatorowi powiedzieć: przecież pokazaliśmy różne strony. A sama ich obecność może bardziej legitymizować konstrukcję debaty niż ją równoważyć.
W takich sytuacjach odmowa udziału również jest formą zabrania głosu. Można powiedzieć: nie wezmę udziału w panelu skonstruowanym w ten sposób. Nie dlatego, że odmawiam rozmowy z biznesem. Dlatego, że nie chcę swoim nazwiskiem tworzyć wrażenia, że kilka krzeseł na scenie oznacza równość wpływu.
Sprawdź również: Stanowski odpowiedział na słowa Tuska. „Co zrobiliście przez pół roku?”
Nie każda zaproszona osoba znajduje się oczywiście w tej samej sytuacji. Przedstawicielka administracji czy instytucji publicznej może uczestniczyć w debacie właśnie dlatego, że rozmowa z różnymi interesariuszami jest elementem jej roli. Jej obecność nie oznacza akceptacji konstrukcji panelu.
Większą swobodę mają niezależne ekspertki, organizacje społeczne czy osoby publiczne. Jeżeli wymagamy od organizatorów odpowiedzialności za to, komu dają scenę, powinniśmy wymagać również od siebie odpowiedzialności za to, jakim scenom dajemy własne nazwisko.
Czytaj także: „Wiedziałem, co mówię”. Premier odpowiada Stanowskiemu i ostrzega przed planami Rosji
Czasem największym wpływem, jaki ma słabsza strona, nie jest piętnaście minut wypowiedzi.
Jest nim odmowa uczestnictwa. Organizator odpowiada za to, komu daje mikrofon. Ekspertka i NGO odpowiadają za to, jakim panelom dają swoją wiarygodność.
Odpowiedzialność za scenę
I tu wracam do Campusu. Jeżeli Campus Polska, podobnie jak każde wydarzenie aspirujące do bycia przestrzenią nowoczesnej demokracji, chce potraktować tę rolę poważnie, nie wystarczy transparentność finansowania. Osoby układające program powinny również zadać sobie pytanie, czy ich scena odtwarza istniejącą hierarchię wpływu, czy choć trochę ją koryguje. Jest to szczególnie ważne wtedy, gdy dostęp do niej otrzymują sektory, których działalność wiąże się z poważnymi kosztami społecznymi, zdrowotnymi, środowiskowymi czy demokratycznymi. Wtedy warto zapytać także o kulisy samego zaproszenia: kto zaproponował udział takiej osoby, komu na jej obecności zależało i dlaczego właśnie ten głos uznano za potrzebny na scenie?
Może Cię zainteresować: Zondacrypto i wojna na prawicy. Kaczyński wbija szpilę Morawieckiemu
Bo demokratycznym problemem nie jest to, że interesy mają głos. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedne interesy mają mikrofon, scenę i dostęp niemal wszędzie, a inne nadal czekają, aż ktoś zrobi im miejsce. A szczególna odpowiedzialność spoczywa na organizatorach wydarzeń, które aspirują do bycia nowoczesnymi przestrzeniami debaty politycznej i społecznej. To oni swoimi decyzjami komuś nadają widoczność, znaczenie i wiarygodność, kogoś wzmacniają swoją sceną, czyjś przekaz legitymizują.


