Reklama
Kraj

Wymieramy z wygody? Dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci

Nie mamy dzieci nie dlatego, że jesteśmy biedni i nie mamy gdzie mieszkać, tylko dlatego, że się bogacimy i żyjemy coraz wygodniej. Jak rosnący dobrobyt, cyfrowa izolacja i kultura indywidualizmu doprowadziły do demograficznej zapaści, która po cichu zwija nasz świat?

Przemysław Staciwa
Opinia autorstwa: Przemysław Staciwa
Dzisiaj 20:11
17 min
(fot. Inne)
  • Wskaźniki dzietności w Polsce należą do najniższych w Europie. Polska idzie na demograficzne zderzenie ze ścianą.
  • Programy socjalne nie zadziałają? – Nowoczesne społeczeństwo nie zmusi ludzi do posiadania dzieci, bo przestałoby być nowoczesne – tłumaczy psychoanalityk Paweł Droździak.
  • Demograf prof. Piotr Szukalski wskazuje między innymi na strukturalny problem – w wielkich miastach brakuje partnerów dla młodych kobiet.

Według danych Eurostatu i ONZ współczynnik dzietności w Polsce od lat pozostaje znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, który wynosi około 2,1 dziecka na kobietę. Obecnie w Polsce wskaźnik ten oscyluje w granicach 1,1–1,2, co plasuje nas w grupie państw o najniższej dzietności w Europie. Gorzej lub podobnie wypadają m.in. Włochy, Hiszpania czy Malta.

Nie będzie miał kto walczyć. Demografia i zdrowie młodych rozbrajają Polskę

W polskiej debacie publicznej dominują diagnozy łączące niską dzietność z kwestiami ekonomiczno-socjalnymi: zbyt niskimi zarobkami rodziców, niepewnością na rynku pracy, cenami mieszkań, potrzebą rozwijania infrastruktury żłobkowej, szkolnej. Jednak sprawa wygląda inaczej – im więcej dóbr mamy, im lepsze zaplecze infrastrukturalne, gospodarcze, tym na świecie pojawia się coraz mniej dzieci.

Reklama
Reklama

Nie mamy dzieci, bo dobrze się nam żyje

Przez dekady wydawało się, że rozwój gospodarczy i wzrost poziomu życia będą naturalnie sprzyjały większej liczbie urodzeń. Tymczasem współczesna demografia pokazuje odwrotny trend: im bogatsze i bardziej rozwinięte społeczeństwo, tym mniej dzieci rodzi się przeciętnie na jedną kobietę. Ta zależność jest dziś widoczna niemal w całej Europie i szerzej – w większości rozwiniętych państw świata.

Najbardziej rozwinięte gospodarki Europy należą jednocześnie do państw o najniższej liczbie urodzeń. W Hiszpanii współczynnik dzietności wynosi ok. 1,1, we Włoszech – ok. 1,18, a w Niemczech spadł do 1,35. Polska również znajduje się w grupie krajów z najniższą dzietnością w Europie – ok. 1,1 dziecka na kobietę.

Zależność między dobrobytem a spadkiem liczby urodzeń widać także globalnie. Raport OECD wskazuje, że w najbogatszych państwach świata współczynnik dzietności spadł z 3,3 dziecka na kobietę w 1960 r. do ok. 1,5 w 2022 r.

Mówiąc krótko – nie mamy dzieci nie dlatego, że jesteśmy biedni i nie mamy gdzie mieszkać, tylko dlatego, że się bogacimy i żyjemy coraz wygodniej. W krajach mniej rozwiniętych sytuacja wygląda odwrotnie. W wielu państwach Afryki współczynnik dzietności nadal przekracza 4-5 dzieci na kobietę. To właśnie tam, gdzie poziom życia jest niższy, rodzi się dziś najwięcej dzieci. Nie trzeba wyruszać i przywoływać wielu statystyk. Wystarczy przypomnieć sobie, że jeszcze 30 lat temu dzieci w Polsce było więcej – w domach, szkołach, na osiedlowych podwórkach.

Reklama
Reklama

Niedobrze o tym mówić

Zdaniem Pawła Droździaka, psychoanalityka lacanowskiego (nurt psychoanalizy skoncentrowany na języku i znaczeniu słów), wskazywanie na korelację pomiędzy dobrobytem a słabnącym przyrostem naturalnym jest ryzykowne.

– Poruszanie tego tematu publicznie jest z punktu widzenia reputacji bardzo niebezpieczne dla pytającego. Łatwo zostać oskarżonym o próbę odebrania człowiekowi, głównie kobietom, prawa do samostanowienia i o chęć zredukowania całego sensu czyjegoś życia do tego, czy się zdoła wywiązać z tak typowego do niedawna scenariusza. Oto on: za wszelką cenę, jak najszybciej znajdź mężczyznę, zostań matką, prowadź dom, zostań babcią. Poświęć się. Kobiety nie chcą tego już słuchać i mają tu sporo racji – mówi Droździak.

Psychoanalityk twierdzi przy tym, że rozmowa poprowadzona wedle takiego scenariusza to gotowa recepta na awanturę. – Bo stawką jest własne poczucie odrębności i podmiotowości. Szybko pojawia się tu niepokojąca myśl: jeśli jedynym, co się liczy jest to, ile urodzę dzieci, to czy dla kogokolwiek ma w ogóle znaczenie, że jestem świadomą, rozumną istotą? – mówi.

Reklama
Reklama

Paweł Droździak stawia tezę, że niektórzy, wskazując na problem niskiej dzietności, mogą tak naprawdę mieć inne cele – na przykład chęć zredukowania kobiet do roli matki, podczas gdy inne argumenty stanowić mają jedynie grę pozorów.

– Najgorsze, że czasem to może być prawda – mówi Droździak – Ktoś naprawdę może wprowadzać temat niskiej dzietności instrumentalnie i to jest jedna sprawa, ale jednocześnie niska dzietność jest naprawdę obiektywnym problemem, całkiem niezależnie od czyichkolwiek intencji, i to jest druga sprawa. I te dwie sprawy istnieją niezależnie, ale jest między nimi oczywiste napięcie. 

W tym miejscu pojawia się kolejny aspekt mający negatywny wpływ na dzietność – opór wynikający z przekonania o istnieniu presji społecznej, rodzinnej. Ludzie nieposiadający dzieci z niechęcią przyjmują informacje o tym, że ich bliscy z radością przywitaliby na tym świecie na przykład wnuki. To dlatego między innymi głośnym echem odbiła się wypowiedź byłego prezydenta, Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rozmowie z dziennikarzem TVN-u przekazał, że chciałby zostać dziadkiem. Czujny redaktor pouczył Kwaśniewskiego, że takie pragnienia i ich wyrażanie są nie w porządku (córka byłego prezydenta o tym, że nie chce mieć dzieci, mówiła wielokrotnie).

Demografia nie kłamie. Rozwijaj się albo giń

Reklama
Reklama

Rozjazd strukturalny

W pogoni za lepszym życiem obie płcie coraz częściej, szczególnie wśród pokolenia dzisiejszych studentów i młodych ludzi po studiach, zaczynają się rozjeżdżać. I to dosłownie – rozjeżdżać się po różnych miejscach w Polsce. I ma to wpływ na dzietność. Na tę korelację zwraca uwagę prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego.

– Jest dla mnie oczywiste, że czynnikiem nieoczywistym, a mającym wpływ na mniejszą dzietność, jest czynnik strukturalny. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że o ile w grupach dzisiejszych 20- ,30-latków liczba kobiet i mężczyzn jest z grubsza w Polsce zbliżona, to mamy do czynienia z ogromną nierównowagą płci w poszczególnych subregionach naszego kraju. Podkreślam, nie regionach, a subregionach.

– Krótko mówiąc: młode kobiety migrują do największych miast, by uczyć się, studiować, następnie zostają w nich na stałe. I tam, w dużych miastach, normą jest proporcja 110 kobiet na 100 mężczyzn. W Warszawie i okolicach, Krakowie oraz Wrocławiu i okolicach jest to wręcz 120 kobiet na 100 mężczyzn w wieku ok. 30 lat. To oznacza, że dla 1/6 kobiet w tych wielkich miastach nie będzie partnera. One go nie znajdą. Zatem znaczący odsetek kobiet z dużych miast jest w dużej mierze pozbawiony możliwości posiadania potomstwa – mówi Szukalski.

Ten kij ma dwa końce – w miasteczkach i na wsiach ta proporcja będzie się odwracać. Tam z kolei „nadpodaż” mężczyzn prowadzi do tego, że część z nich nie znajdzie partnerki, nie założy rodziny i nie doczeka się potomstwa. Dzieci ubywa zatem i w mieście, i na wsi.

Reklama
Reklama

Antynatalistyczna narracja medialna

Jeszcze inną sprawą są idee, postawy i wzorce, które promują mainstreamowe media. Już pobieżna analiza łatwo wykaże, że w lewicowo-liberalnej prasie i na portalach dominują treści zniechęcające do macierzyństwa.

„Dzieci to udręka”, „Żałuję macierzyństwa” – to klasyczne tytuły postępowych mediów. Skoncentrujmy się tylko na ostatnich trzech latach. Na jeden tekst pokazujący rodzicielstwo jako radość, spełnienie, wartość albo sens życia przypadają trzy, cztery teksty mówiące o presji, zmęczeniu, kosztach, samotności, żalu, bezdzietności z wyboru albo opresyjności oczekiwań wobec matek.

Przykłady są bardzo liczne. Onet publikował tekst o kobiecie, która „nie chce być matką”, z akcentem na to, że to „nie egoizm, a odpowiedzialność” oraz przywołaniem danych o młodych kobietach i mężczyznach deklarujących chęć lub niechęć do posiadania dzieci. 

Ten sam portal opublikował tekst o bezdzietnych 60-latkach, którzy „niczego nie żałują” i wskazują, że bez dzieci było ich stać na spokojniejsze życie. W 2025 r. Onet opublikował także tekst pod bardzo mocnym tytułem: „Mam 40 lat i żałuję bycia matką. Nigdy więcej bym na to nie poszła”, w którym macierzyństwo opisane jest przez pryzmat utraty wolności i braku spełnienia.

Reklama
Reklama

„Wysokie Obcasy”/„Wyborcza” także konsekwentnie publikują teksty „odczarowujące” macierzyństwo: np. o młodej mamie, która wciąż słyszy, że „coś musi”, albo o kobietach, które nie chcą być matkami i o tym, czego matki mogą nauczyć się od kobiet świadomie niedzietnych. Pojawia się też formuła wprost: „Macierzyństwo mnie przerasta. Nie poskarżę się znajomym, bo każda uważa się za matkę roku”.

„Newsweek” ma podobny profil. W zakładce „mama” eksponował tekst: „Udręczona jak polska mama. Mogę sobie wypruwać żyły, ale i tak będzie źle”. TVN24 częściej ujmuje temat przez pryzmat równości, rynku pracy i demografii. „Kara za macierzyństwo i premia za ojcostwo” – to z kolei świeży tytuł w TOK FM.

Pozytywne teksty istnieją, ale mają inny charakter. Są zwykle krótsze, celebryckie, lifestylowe, związane z Dniem Matki albo ojcostwem zaangażowanym. Tyle że to zazwyczaj nie są duże teksty ideowe typu: „rodzicielstwo jako wartość”, „dzieci jako źródło sensu”, „dlaczego warto mieć dzieci”, „uroki dużej rodziny”, „macierzyństwo jako spełnienie”. Pozytywne materiały są raczej miękkie, osobiste lub poradnikowe.

Rozwody, starzejące się organizmy

Kolejna kwestia wpływająca na malejącą dzietność to rozwody. Nie jest to jednak korelacja tak prosta, jak mogłoby się wydawać. – Ponieważ późno wchodzi się w związki, późno zawiera się w małżeństwa, jeśli powątpiewa się w ich trwałość, to czeka się więcej czasu z decyzją o dzieciach – mówi prof. Szukalski. Demograf wskazuje na dodatkowy czynnik rozwodowy: rozwód bez dzieci „przeciąga” proces znalezienia docelowego partnera i starania się o potomstwo.

Reklama
Reklama

– Naturalnie obniża to płodność. Ryzyko bezpłodności wśród młodych kobiet wzrasta do wieku 32–33 lat powoli, o 0,2–0,3 proc. co roku. Lecz po tym momencie liniowy wzrost bezpłodności przechodzi we wzrost wykładniczy. Wyczekiwanie na partnera i stabilność małżeńską może prowadzić do drastycznego wzrostu problemów związanych z zajściem w ciążę, poczęciem dziecka – mówi Szukalski.

U mężczyzn natomiast dochodzi z czasem do degradacji plemników. Poza wiekiem ma na to wpływ środowisko pracy. – Mówiąc wprost – dochodzi na przykład do przegrzania „magazynów”, w których namnaża się sperma. Jądra się nagrzewają od siedzenia przy laptopie, dawno temu udowodniono też, że np. kierowcy tirów mają problem ze spłodzeniem potomstwa – dodaje Szukalski.

Istotnie, badania wykazały, że używanie laptopa na kolanach przez około godzinę dziennie zwiększa temperaturę moszny o ok. 2–3 st. C. Co ciekawe, część efektu wynika nie tylko z samego ciepła laptopa, ale też z pozycji siedzącej ze złączonymi nogami. Wiadomo od dawna, że jądra działają najlepiej w temperaturze trochę niższej niż temperatura ciała – dlatego znajdują się poza jamą brzuszną. Długie siedzenie, podwyższona temperatura okolicy krocza, wibracje i siedzący tryb pracy są uznawane za potencjalne czynniki pogarszające płodność mężczyzn. Istnieją badania pokazujące wzrost temperatury moszny podczas długiej jazdy samochodem, także przy podgrzewanych fotelach.

„Cyfroza” – wróg prokreacji

Coraz więcej demografów i socjologów zwraca uwagę, że kryzys demograficzny w krajach rozwiniętych może być powiązany z gwałtowną cyfryzacją życia społecznego. W praktyce oznacza to, że im bardziej społeczeństwo funkcjonuje w świecie cyfrowym – opartym na mediach społecznościowych, pracy online, aplikacjach randkowych i kulturze indywidualizmu – tym wyraźniej spada liczba zawieranych związków i rodzących się dzieci.

Reklama
Reklama

Zależność tę najlepiej widać w najbardziej rozwiniętych technologicznie państwach świata. Korea Południowa, Japonia czy Singapur należą jednocześnie do liderów cyfryzacji i krajów o najniższej dzietności globu. W Korei Południowej współczynnik dzietności spadł poniżej 0,8 dziecka na kobietę – to najniższy wynik na świecie. Podobne trendy obserwowane są w Japonii, Chinach czy części państw Europy Zachodniej.

Eksperci podkreślają, że „życie cyfrowe” wpływa na relacje międzyludzkie na kilku poziomach jednocześnie. Przede wszystkim zmienia sposób budowania związków. Aplikacje randkowe i media społecznościowe sprawiły, że relacje stały się bardziej płynne, mniej trwałe i często bardziej powierzchowne. Coraz więcej młodych ludzi deklaruje problemy z budowaniem długoterminowych relacji, mimo że formalnie mają niemal nieograniczony dostęp do kontaktu z innymi ludźmi.

Badania prowadzone w Europie i USA pokazują również rosnącą skalę samotności wśród młodych dorosłych. Paradoks współczesności polega na tym, że społeczeństwa są stale połączone cyfrowo, ale jednocześnie coraz częściej cierpią na deficyt realnych więzi społecznych. To przekłada się bezpośrednio na decyzje dotyczące zakładania rodzin.

Zmienia się także model życia i aspiracji. W kulturze cyfrowej większy nacisk kładzie się na samorealizację, rozwój osobisty, mobilność i indywidualny komfort życia. Media społecznościowe promują styl życia oparty na wolności, podróżach i elastyczności, podczas gdy posiadanie dzieci często przedstawiane jest jako ograniczenie swobody i wzrost odpowiedzialności.

Reklama
Reklama

Znikająca babcia

Wraz z „upłynnieniem” ról społecznych i postępującą indywidualizacją zanikają tradycyjne „instytucje”. Taką byli np. dziadkowie, którzy opiekowali się wnukami, dawali oparcie, wspomagali i zabezpieczali młodych rodziców. Na Zachodzie wielu seniorów woli wyjechać na wakacje zamiast niańczyć wnuczęta. Dochodzi do swego rodzaju rozluźnienia relacji rodzinnych. Ten proces jest też widoczny w Polsce.

– Dziadek i babcia to nie są po prostu kolejni dorośli w rodzinie. To są „metadorośli” w tym sensie, że ucieleśniają pewną ciągłość i powtarzalność, przekaz, który jest przenoszony w pokoleniowej sztafecie – coś, co przekracza jednostkę. Naprzeciw temu stoi dzisiejsza koncepcja człowieka akcentująca niezależność, granice i „ja” jednostki. Nie ma w tym świecie miejsca na tę generalną kategorię, którą dziadek i babcia mieliby ucieleśniać – mówi Paweł Droździak i dodaje: – Opisuję jedynie pewien mechanizm, który utrudnia wspomnianą identyfikację. Nie sugeruję ludziom co mają robić lub czego nie robić – precyzuje.

Zanik instytucji zaangażowanych dziadków ma pośredni, lecz kaskadowy wpływ na dzietność. Jeśli młoda małżonka/małżonek wie, że niekoniecznie może liczyć na wsparcie rodziców i teściów w kwestii opieki nad dziećmi, może to wpływać na jej dalsze decyzje związane z powiększaniem rodziny.

Jak było na początku?

Kończąc cykl niewygodnych pytań i prawd na temat dzietności, warto wrócić na początek. Sam początek rozwoju gatunku ludzkiego. Psychoanalityk Paweł Droździak przekonuje, że pytanie: „Dlaczego ludzie nie chcą mieć dzieci?”, jest źle postawione i należałoby zapytać najpierw, jak to się stało, że na początku te dzieci mieli.

Reklama
Reklama

– Za rozrodczość odpowiadał po prostu popęd seksualny, a w głowach nie było żadnej reprezentacji przyszłych skutków podążania za nim. Popęd był, bo się go czuło, a dzieci były, bo się ten popęd realizowało. Nie było w tym żadnej myśli. Później ludzie uznali, że grupa – społeczeństwo, plemię, stado, naród, gród czy klan – potrzebuje młodych ludzi. Stworzono więc normy – mówi. Te normy miały polegać na tym, że człowiek żył jako część grupy i nie mógł istnieć „sam dla siebie”, bo swego rodzaju konformizm był warunkiem przetrwania.

Społeczeństwa tworzyły cały zestaw legend, idei, rytuałów, obowiązków, formuł językowych – żeby zachęcać i zmuszać pojedyncze osoby do tego, by rodziły, wychowywały dzieci i ponosiły koszty ich utrzymania zamiast zajmować się czymkolwiek innym. Te grupy po prostu potrzebowały tego, żeby przetrwać – mówi psychoanalityk.

Z tą opinią zgadza się prof. Szukalski. – Dzięki wynalazkom, odkryciom, które wydarzyły się w ciągu ostatnich 100 lat, wyzwalamy się od biologii. Na przykład wynalazek antykoncepcji skutecznie rozerwał połączenie między seksem a prokreacją. Dzieci naszych przodków bywały po prostu produktem ubocznym – mówi.

Na koniec znów wracamy do zmian kulturowych. Zdaniem Droździaka współczesne społeczeństwa, które wyniosły na piedestał indywidualną wolę i prawo jednostek do samostanowienia, mają dziś problem, by wobec ludzi formułować oczekiwania. Nawet tak ważne i palące, bo zapewniające ciągłość narodu, społeczeństwa, państwa, jak dodatni przyrost naturalny, zapewniający pokoleniową ciągłość.

Reklama
Reklama

– Nowoczesne społeczeństwo nie zmusi ich, bo wówczas przestałoby być nowoczesne. Wolimy więc żyć złudzeniem, że zdołamy wymyśleć jakąś społeczną formułę dobrowolnego, radosnego, konsensualnego świadomego wielokrotnego rodzicielstwa – mówi. Zdaniem eksperta opowieść o żłobkach, mieszkaniach, dopłatach i innych zachętach, które nowoczesne państwa próbują wdrażać, są bezskuteczne.

W sposób oczywisty nie zmieniają niczego. Alternatywą byłoby szczere przyznanie, że między interesem grupy a interesem jednostki jest tu niemożliwa do pogodzenia sprzeczność. A na to się nikt nie odważy. Cała reszta powodów, argumentów i mechanizmów, jakie tu można wymienić, to w istocie tylko szum – kończy psychoanalityk.

Smutna refleksja

Opinie wielu ekspertów od demografii nie napawają optymizmem – idziemy na nieuchronne zderzenie ze ścianą i powstaje pytanie, jak mocno uderzymy. Jacek Dukaj w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Zero przedstawił swoją koncepcję i tezę, dlaczego my – Ziemianie – nie spotkaliśmy do tej pory w sposób niebudzący żadnych wątpliwości przedstawicieli innych cywilizacji, skoro wszechświat jest tak ogromny, a może nieskończony.

Pisarz jest zdania, że cywilizacje na pewnym etapie mogą dochodzić do takiego momentu, że rozwój sztucznej inteligencji czy innych technologii prowadzi je ich zagłady. Skok cywilizacyjny w sensie technologicznym faktycznie jest w stanie doprowadzić do błyskawicznego zniszczenia. Skok kulturowy, który przejawia się w postępującym odejściu od globalnego posiadania potomstwa, jest w tym porównaniu śmiertelnie powolny. Prowadzić może jednak do podobnych rezultatów. Powolnego zanikania cywilizacji, w tym kurczenia się Polski.

Źródło: Zero.pl
Przemysław Staciwa
Przemysław StaciwaDziennikarz