Europejska piłka klubowa już kilka lat temu przestała być dla mnie fascynująca. Owszem, pojedyncze spotkania rozbudzały jeszcze w człowieku rozentuzjazmowanego nastolatka, ale działo się to raz, może dwa razy w roku. Najlepsze zespoły grają zdecydowanie za często, wobec czego po dekadach obserwowania ich starć, te mecze po prostu spowszedniały.
No bo ile razy w sezonie można chodzić na przyjęcia, na których cały czas pojawiają się ci sami ludzie? Ciągle błyskotliwi, nadal eleganccy, ale jednak pozbawieni elementu szaleństwa, totalnie w swej znakomitości przewidywalni. W tej sytuacji albo zaczyna się unikać tych rautów, albo liczyć, że pojawi się na nich ktoś kompletnie szalony, kto wywróci stolik skuteczniej od Sławomira Mentzena. I oto są, oto znaleźli się tacy śmiałkowie! Weszli w ligomistrzowe towarzystwo wzajemnej adoracji z buta, wyważając drzwi z futryną.
Pobili u siebie Manchester City, przechytrzyli w Madrycie Atletico, dwukrotnie upokorzyli wicemistrza Włoch, mediolański Inter. Wielcy trenerzy Diego Simeone i Pep Guardiola byli w konfrontacji z nimi bezradni. Nie oni pierwsi zostali gwiazdami, które oberwały od tych skandynawskich Muszkieterów po głowach. Wcześniej siłę rażenia ich rapiera poczuł chociażby stary lis Jose Mourinho, ale o tym za chwilę.
Bodø/Glimt to drużyna, która w debiutanckim sezonie Ligi Mistrzów awansowała do najlepszej szesnastki rozgrywek. Za tydzień może znaleźć się w ósemce, bo w walce o ćwierćfinał spotka się ze Sportingiem Lizbona (pierwszy mecz dziś o 21), a – jak widać powyżej – nie takie ekipy jak Portugalczycy były przez dzielnych Norwegów tłamszone.
Ninja na rowerze, czyli miejski chaos po pandemii
Nie mam nic do Sportingu, Lizbona to jedno z moich ulubionych europejskich miast, ale i tak mocno trzymam kciuki, by kombinacje ciosów Norwegów okazały się dla przeciwnika potwornie silne, może nawet nokautujące.
Dopinguję ich, bo w piłkarskim świecie, w którym największe kluby to po prostu olbrzymie korporacje, pojawił się niesamowity start-up, ucierający im nosa. Start-up, którym dziś zachwycają się miliony, ale jego historia, jak to czasem bywa z wizjonerskimi firmami, nie była usłana różami.
Jeszcze w 2010 roku zespół był na skraju finansowej przepaści. Za ratowanie Bodø/Glimt wzięła się rodzina Bergów, szanowana w mieście jak mało który klan – kilku jego członków było w przeszłości znakomitymi zawodnikami drużyny. Jeden z nich, Runar, wspominał w rozmowie z “Guardianem” (tak, poważne brytyjskie gazety wybrały się na północ Norwegii, by pisać o tym fenomenie reportaże!), że wraz z bratem, Ørjanem, rozpoczęli zbiórkę na zespół. Pieniądze dostawali czasem w nieoczywistych miejscach - gdy Berg poszedł na burgera w centrum, jakiś mieszkaniec Bodø wręczył mu w lokalu 200 koron i powiedział: “Bierz, potrzebujesz tych pieniędzy bardziej ode mnie, ocalcie klub!”. Po chwili ruszyła lawina – ludzie organizowali na rzecz zespołu loterie i koncerty, sprzedawali hot-dogi, a jedna z firm przekazała nawet spore ilości… suszonego dorsza. Po to, żeby klub mógł opędzlować go podczas wieczorów dla kibiców.
Udało się, zespół został uratowany, a dziś jednym z jego kapitanów jest niejaki Patrick Berg – siostrzeniec Runara. Przez długi czas opaską w klubie dzieliło się kilku zawodników, co w świecie futbolu nie jest rzeczą oczywistą - zazwyczaj nosi ją ten sam piłkarz, jeśli tylko kontuzje lub kartki nie eliminują go z gry.
Kapitańska rotacja to pomysł Bjørna Mannsverka, który dołączył do klubu w 2017 roku. Ten gość był… dowódcą dywizjonu Królewskich Norweskich Sił Powietrznych. Służył między innymi w Afganistanie i Libii. Były żołnierz uznał, że w ten sposób zawodnicy będą się dzielić obowiązkami przywódczymi. Wprowadził też inny zwyczaj – zbierania się w “kręgu Bodø/Glimt” po stracie gola celem omówienia tego, co się stało i utrzymania jedności drużyny.
Klub zatrudnił Mannsverka w 2017 roku, tuż po spadku z ekstraklasy z jasnym celem – miał odbudować mental piłkarzy. Sprawić, by mniej się stresowali, otwarcie mówili o emocjach i udoskonalili swoje codzienne nawyki. Wyszło doskonale, bo przecież dziś to wspaniały piłkarsko zespół, którego zeszłoroczne przychody wyniosły 80 mln euro!

Piłkarze Bodø/Glimt cieszą się po wyeliminowaniu z Ligi Europy Lazio. (fot. Shutterstock / Shutterstock)
To między innymi efekt znakomitej gry w Lidze Europy, drugich co do ważności europejskich rozgrywkach. Bodø/Glimt doszło w nich aż do półfinału, eliminując po drodze chociażby słynne Lazio. Z klubami z włoskiej stolicy radziło sobie zresztą wyśmienicie już wcześniej – w 2021 roku. Wtedy to zespół z północy Norwegii pewnie po raz pierwszy był na ustach całego świata. Do skromnego miasteczka, w ramach Ligi Konferencji (najmniej prestiżowy, acz ciągle istotny puchar) przyjechała słynna AS Roma z utytułowanym Mourinho na ławce i zebrała przepotężne baty – przegrała aż 1:6!
Sejm, zespoły i badminton. O tym, jak wypracowano ponadpartyjną zgodę
Tu warto dodać, że wszystkie te wybitne wyniki Bodø/Glimt osiąga z jednym człowiekiem na ławce trenerskiej. W dzisiejszych czasach, w których szkoleniowcy często są zwalniani po słabszym miesiącu gry ich drużyn, naprawdę nie jest to rzeczą oczywistą.
Mając 48 lat, Kjetil Knudsen był… zupełnie nieznany – prowadził mały klubik Åsane Fotball. Trzeba byłoby mieć wyobraźnię Ani z Zielonego Wzgórza, by pomyśleć wówczas, że niespełna dekadę później będą się o nim wypowiadać z zachwytem piłkarze i trenerzy z całego świata. Nie może być jednak inaczej, skoro Bodø/Glimt notuje pod batutą Norwega aż taki progres.
Nie jesteśmy portalem piłkarskim, więc nie będę tu rozkładał na czynniki pierwsze jego pracy, zainteresowani znajdą sobie specjalistyczne teksty, w których można o niej poczytać. Niemniej warto zauważyć, że Knudsen stworzył zespół zdolny pokonać każdą drużynę świata mając do dyspozycji kadrę pozbawioną jakichkolwiek europejskich gwiazd. Za taką trudno bowiem uznać Jena Pettera Hauge, który nie poradził sobie w Milanie, czy chociażby Sondre Feta, autora jednej z bramek w wygranym 3:1 meczu z Interem (w rewanżu na słynnym San Siro goście zwyciężyli 2:1 i przypieczętowali awans do 1/8 finału).
Przy nim się zatrzymam, bo to zawodnik, który kilka lat temu przeszedł rzadki i skomplikowany zabieg – operację rekonstrukcji i częściowego przeszczepu łąkotki. Nie grał po nim przez rok, wielu ekspertów wieszczyło już sportowy koniec tego chłopaka. A tymczasem nie dość, że Sondre wrócił do treningu, to jeszcze osiągnął taką formę, że pognębił jedną z czołowych drużyn świata!
Sami przyznacie: nie da się nie zauroczyć Bodø/Glimt, gdy w grę wchodzą tak piękne historie.
Jest ich zresztą dużo więcej: wiecie, że przed meczami klubu od około 60 lat spotykają się tak zwane „stoliki kawowe”, w skład których wchodzą głównie byli jego piłkarze? Najstarszy uczestnik tych pogaduszek – Ivar Bakke, o którym pisał “Guardian”, miał w zeszłym roku… 94 lata. Gazeta cytuje wypowiedź Jacoba Klette, żywotnego gościa po siedemdziesiątce, który rozegrał dla klubu prawie 400 meczów:
– Północna część Norwegii zawsze musiała walczyć o swoje prawa. Pod koniec lat 60. grałem w Lyn, najlepszym klubie w Oslo. Otwierało się gazetę i widziało ogłoszenia: ‘Mamy mieszkanie do wynajęcia, ale nie dla ludzi z północy’. Człowieka ogarniała odraza, kiedy się coś takiego czytało.
A szef klubu kibica Bodø/Glimt Magnus Vindenes, opisując Brytyjczykom jego historię, używa ludowego pojęcia „Askeladden” – symbolu outsidera, który dzięki sprytowi i determinacji przebija się na szczyt. Zespół wchodzi na niego z… olbrzymimi żółtymi szczoteczkami do zębów kibiców w dłoniach.
W latach 70. i 80. popularnym rekwizytem na norweskich trybunach były dmuchane zabawki. Jeden z poprzedników Vindenesa używał takiej właśnie szczoteczki do prowadzenia dopingu – pomysł spodobał się tak bardzo, że dziś jest już wieloletnią tradycją.
Glimt to po norwesku “błysk”. Czytając o klubie z północy Norwegii ma się wrażenie, że towarzyszy on Bodø wszędzie: na trybunach, w kuluarach (stoliki kawowe!), miejskich knajpach i – przede wszystkim – na boisku.
Oby nie zabrakło go także w dwumeczu przeciwko Sportingowi – wiem, że po lekturze tego tekstu też dopingujecie w nim dzielnych Skandynawów, licząc, że ich wspaniała, wyjątkowa przygoda w Lidze Mistrzów potrwa jeszcze przynajmniej kilka tygodni!

