Tuż po covidzie zaatakowała nas kolejna pandemia. Mimo że od kilku lat wylewa się na ulicach dziesiątek (a może już setek) miast, publicznie właściwie się o niej nie mówi. Ot, czasem jakiś pojedynczy dziennikarz zauważy, że dzieje się coś złego, napisze więc o tym parę zdań i voilà, to by było na tyle.
O tym, że jest źle, przekonałem się latem 2024 roku. Trenując na swojej codziennej, spokojnej spacerowo-rowerowej trasie w warszawskiej Dolinie Służewieckiej, nagle poczułem się jak… tyczka, a nie biegacz. W rolę narciarzy-slalomistów wcielili się ninja naszych czasów, zamaskowani zazwyczaj od stóp do głów kierowcy Uber Eatsa czy Bolta.
Dostawcy na dopingu
Podczas godzinnego joggingu zawsze mijało mnie kilkunastu lub kilkudziesięciu dostawców, gotowych dostarczać klientom jedzenie niezależnie od pory dnia, temperatury i technicznego (czasem wątpliwego) stanu pojazdu. Normalnie podziwiałbym takie poświęcenie. Gdy jednak raz czy drugi ci rozszalali cykliści objeżdżali mnie o centymetry z prędkością blisko 50 km/h, mój entuzjazm wobec nich uleciał szybciej niż ciepło z transportowanych przezeń posiłków.
Może utrzymałby się dłużej, gdyby osiągali te zawrotne prędkości dzięki katorżniczej pracy swoich mięśni? No ale niestety, ci goście to XXI-wieczna odpowiedź na Lance’a Armstronga – też używają dopingu, z tym że nie w postaci EPO, a elektrowspomagania.
Frogger zamiast joggingu
Nagle bieganie, z przyjemnej, odstresowującej czynności, stało się więc jakąś szaloną walką o przetrwanie, wymagającą skupienia i chirurgicznej precyzji w każdej sekundzie ruchu (nie daj Bóg podczas sprintu zbiec kilkanaście centymetrów w bok!). Skupienia tym większego, że do tych kolarzy na silnikowych sterydach ochoczo dołączyła kolejna grupa – kierowcy hulajnóg, wychodzący często z założenia, że poniżej 35 km/h to jeżdżą tylko ostatni frajerzy (szczęście w nieszczęściu – w tym towarzystwie ludzi rozsądnych jest ciut więcej niż pośród dostawców, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie).
Czy można zmusić mężczyznę do ojcostwa po rozwodzie? Sprawą zajmie się Sąd Najwyższy
To rajdowe duo sprawiło, że zwykły człowiek zaczął się czuć na ścieżce lub drodze pieszo-rowerowej jak bohater gry komputerowej. Niestety, nie Wiedźmina czy Spidermana, tylko Froggera – przypomnę, że mieliśmy w niej żabę walczącą o to, żeby nie dać się rozjechać wszechobecnym autom.
Specjalnie piszę „zwykły człowiek”, a nie biegacz, ponieważ zauważyłem, że z tym samym problemem zmagają się nie tylko sportowcy-amatorzy, ale też ci rowerzyści, którzy jednoślad traktują po prostu jako zdrowy środek transportu z domu do pracy i z powrotem. Pisał o tym zresztą niedawno mój redakcyjny kolega Tymon Grabowski. Odsyłam państwa do całego tekstu, tu przytoczę jedną ze smutnych refleksji autora, tyczącą się pojazdów, które zapewne doskonale znacie, bo każdemu mieszczuchowi zdążyły się już opatrzyć:
(...) Nie są to elektryczne rowery, ponieważ mają możliwość sterowania prędkością za pomocą dźwigni lub manetki, czego prawo o ruchu drogowym zabrania w przypadku rowerów z elektrowspomaganiem. Należałoby je zakwalifikować jako elektryczne motorowery, tj. pojazdy zasilane energią z baterii, ale konstrukcyjnie dostosowane do osiągania prędkości maksymalnej 45 km/h.
Powinny więc być zarejestrowane i ubezpieczone oraz korzystać z jezdni, a nie z drogi rowerowej, ale nie mogą, ponieważ są sprzedawane bez homologacji. Kuriozum stanowi sytuacja, w której za tyle samo możemy kupić homologowany skuter elektryczny lub „pseudorower” bez żadnego zatwierdzenia, i bardziej opłaca się kupić ten drugi pojazd – mimo że jest nielegalny, a korzystanie z niego karalne. To czysta teoria, bo gdyby faktycznie za to karano, to te „grubasy” („fatbike”, czyli gruby rower to określenie pojazdu na bardzo szerokich oponach) dawno by zniknęły. (...)
Tańsze kredyty nie tak szybko. Wojna na Bliskim Wschodzie oddala kolejne obniżki stóp
No więc nasze ścieżki (ale coraz częściej także i zwykłe chodniki) opanowała cała masa niebezpiecznych pojazdów i wszyscy, którzy mogliby coś z tym zrobić, mają to od dawna gdzieś. Politycy milczą, udając, że tematu nie ma. A może wcale nie udają, może nawet o nim nie wiedzą – zajęci sprawami naprawdę poważnymi: kłóceniem się o wszystko, obrażaniem się o byle co i produkowaniem kolejnych konferencji prasowych o niczym.
Czy naprawdę musi dojść do tragedii?
Nie chcę tu przesadnie dramatyzować, nie taki jest zamysł tego felietonu, ale wiecie, kiedy rządzący wezmą się za tę sprawę? Gdy dojdzie do tragedii z udziałem trzeciej grupy ludzi, których często spotykam podczas biegania – matek z małymi dziećmi. Jeśli, odpukać, taki brzdąc ucieknie opiekunce choćby na pół metra, a nadjeżdżający ninja – zamiast patrzeć na drogę - będzie akurat przyjmował kolejne zamówienie i go rozjedzie – o, wtedy podniesie się lament!
Brukowce zrobią z tego okładki, Uwaga – chwytający za serce odcinek, a dziesiątki tysięcy użytkowników social mediów będą sobie udostępniać tę historię, okraszając ją emotikonem płaczącej buźki. No a parlamentarzyści w końcu zauważą, że ścieżki rowerowe służą nie tylko do przywożenia im pad thaia. Lub ośmiorniczek.
Tylko czy rzeczywiście trzeba takiej ofiary, żeby przejrzeć na oczy? Naprawdę nie można już teraz “wzniecić powstania”, które sprawi, że drogi i ścieżki przestaną być zjednoczonym królestwem branży delivery i entuzjastów hulajnóg?

