No dobrze, ale co za niesamowitą zgubę tam właściwie odnaleziono? Jakaż to rzecz wywołała aż takie poruszenie, że trzeba o tym publicznie donosić?
Zgoda – drodzy państwo – zgoda.
Ale nie byle jaka. Gdyby chodziło o porozumienia między zwaśnionymi przez lata sąsiadami lub patrzącymi na siebie z ukosa przedszkolakami, nie śmiałbym zajmować szpalt tego zacnego portalu. Skoro jednak piszę, oznacza to, że sztama jest z gatunku tych przełomowych. Jeśli nie dla całej ludzkości – to dla Polski na pewno.
Otóż – werble! – politycy Koalicji Obywatelskiej dogadali się z posłami Prawa i Sprawiedliwości. Tak jest, dobrze państwo czytają, to się naprawdę wydarzyło – i to bez udziału filmików tworzonych za pomocą AI.
Zachęcony wylewającymi się zewsząd w mediach newsami o parlamentarnym zespole ds. wspierania Arki Gdynia, Lecha Poznań i Cracovii Kraków, postanowiłem wejść na sejmową stronę i zobaczyć, jakież to jeszcze perełki się tam przed nami kryją. Kilka chwil scrollowania i voilà! Oczom mym ukazała się informacja o parlamentarnym zespole ds. promocji badmintona. Klikam, a tam stoi jak byk: w składzie osobowym jest piętnastu posłów PiS-u i dwóch KO!

Prezydium parlamentarnego zespołu ds. promocji badmintona (fot. Sejm)
W pierwszej chwili nie doceniłem wagi tej wiadomości - najpierw naszła mnie myśl, że trochę brakuje tu parytetów. Bo jeśli oni się umawiają na granie, to ten tuskowy duet, żeby nie wiem, jak szybki i sprawny, nie da sobie rady z tak licznym składem rywali – nawet jeśli byliby zupełnie koślawi.
Potem zaciekawiło mnie, dlaczego właściwie posłowie wybrali ten sport? Być może chcą wejść w niszę i wychować badmintonową kopię Igę Świątek? A może po prostu wkurza ich wszechobecna w Polsce dominacja padla i squasha, i zamierzają jej zaradzić?
Dopiero po chwili – felietonista nie jest kierowcą F1, nie zawsze musi być super szybki w kojarzeniu faktów! – zrozumiałem, że ma to zdecydowanie mniejsze znaczenie wobec kluczowego zdarzenia: istnienia na świecie płaszczyzny, na której PiS i KO naprawdę ze sobą współpracują!
Nie wiem tylko, czy ten news mnie bardziej cieszy, czy jednak przeraża. A jeśli to nie jedyne miejsce, w którym pisowcy i platformersi się bratają? Może ich publiczne naparzanki są li tylko przykrywką do ciężkiej roboty w kuluarach, w różnych – mniej lub bardziej ważnych – zespołach?
Nie sprawdziłem tego – moja głowa, głowa 42-latka, który dorastał na konflikcie tych zwaśnionych stron, mogłaby nie zdzierżyć faktu, że one się jednak lubią. Szanują! Wspierają! Że ciągną ten biało-czerwony wózek w jedną stronę!
No dobrze, kłamię, ale tylko trochę.
Nie mogłem się bowiem powstrzymać i musiałem zerknąć na nazwiska w zespole parlamentarnym ds. obrony polskiego tatara i prawa do spożywania mięsa. Albowiem gdyby i tu doszło do połączenia KO-PiS, byłby to dla mnie koniec gry. Ostateczny dowód na to, że Polak – niezależnie od poglądów na aborcję, eutanazję czy działania Donalda Trumpa – będzie stał z drugim Polakiem ramię w ramię, kiedy przychodzi do walki o kotlety, steki czy sznycle.
I cóż, tu też czekało mnie zaskoczenie, ale innego rodzaju.
Wyczytałem gdzieś, że dobra szynka zawiera ponad 90 proc. mięsa. Tu skład jest jeszcze doskonalszy – 100 proc. tego zespołu to politycy Konfederacji! Wśród nich Konrad Berkowicz, ale tu akurat o zdziwieniu nie ma mowy: tam gdzie mięso, tam i patelnia, tam gdzie patelnia, tam i Berkowicz, tu wszystko się zgadza. Szokiem nie jest też obecność Przemysława Wiplera, przecież już w 2013 r., w słynnej awanturze pod klubem Enklawa, ów poseł udowodnił, że lubi rzucać mięsem, szczególnie w kierunku policjantów.
Tylko dlaczego w składzie tej komisji nie ma przedstawicieli innych partii? Rozumiem, że konfederaci uznali za niegodnych współpracy polityków Nowej Lewicy, Razem czy Centrum, zakładając zapewne, że co drugi tam to wegetarianin lub weganin.
Ale że nie zaprosili do wspólnej walki o polskie mięso świty Grzegorza Brauna czy dziewczyn i chłopaków z PSL-u? To straszliwe niedopatrzenie. Przecież gdyby przyszło bronić kraju przed dywizjami zaprzysięgłych antytatarowców, każdy z tego grona bez wahania ruszyłby na przeciwników z widłami. Albo chociaż z gaśnicą.
A może problem tkwi w czym innym, może jest wewnątrzpartyjny? Może Krzysztof Bosak i Sławomir Mentzen wprowadzili w Konfederacji twardą zasadę wolnorynkową: mięso można jeść tylko wtedy, gdy nie zostało wcześniej dotowane, subsydiowane ani objęte żadną unijną regulacją? A że takich kotletów w Polsce coraz mniej, wygłodniali posłowie powołali zespół parlamentarny…

