- Kończy się budowa Nowego Centrum Warszawy, czyli przebudowy okolicy ulic Zgoda czy Złotej. Już teraz widać, że szału nie będzie.
- Prezydent Rafał Trzaskowski zapowiedział, że będzie ono żywe i pełne usług w parterach budynków. Ale to nie prezydent miasta ma tu moc sprawczą.
- Przebudowa Warszawy w ostatnich latach wygląda jak zabawa klockami Lego: powstają kolejne projekty, bo radością jest samo planowanie i budowanie. Sensu nikt potem nie ocenia.
Z jakiegoś powodu w Warszawie, ale i w innych miastach Polski (np. w Poznaniu) panuje kult tzw. przestrzeni miejskiej. Ogromne połacie miasta przekształca się w „przestrzeń”, czyli powierzchnię niezagospodarowaną, na której nie ma handlu, usług, tego obrzydliwego parkowania, ewentualnie można tam postawić (trudno to nazwać „zasadzeniem”) kilka drzew. Z jakiegoś powodu, powielanie tego schematu uznaje się za niezwykły sukces cywilizacyjny, nawet jeśli żadne dane tego nie potwierdzają.
Odwiedziłem prawie gotowe Nowe Centrum Warszawy. Jest smutno
Istnieje teoria indukowania popytu, którą z lubością powtarzają fani „przestrzeni miejskich”. Ponoć jeśli budujesz infrastrukturę, to popyt w postaci ludzkiego zainteresowania sam się pojawi. Tyle że to nieprawda, ponieważ całkowicie pomija się kontekst. Jeśli zbudujesz szeroką drogę między miastem będącym centrum handlu, biznesu czy technologii i gęsto zaludnionymi osiedlami, to oczywiście że zapełni się ona samochodami. Ale jeśli zbudujesz autostradę znikąd donikąd, jak w mieście Naypyidaw w Mjanmarze – pozostanie ona pusta, bo nie będzie miał kto ani po co po niej jeździć. Tak samo nie da się zindukować popytu na konsumowanie (lub też, jak powiedziałby Filip Springer, „użytkowanie”) przestrzeni miejskiej, po prostu tworząc kolejne nic niewarte przestrzenie piesze.
Zresztą, ostatnio opublikowane dane na temat ruchu rowerowego w Warszawie wskazują na to, że indukowanie popytu nie działa – zbudowano naprawdę niezłą infrastrukturę rowerową w stolicy w ostatnich latach, a ruch rowerowy trzyma się na tym samym poziomie. Istnieje pewna liczba ludzi, którzy chcą jeździć na rowerze i oni z tej infrastruktury korzystają, ale powyżej tego wyniku jest bardzo trudno wyjść i wymaga to wieloletnich zmian w mentalności.
Podobnie istnieje też skończona liczba osób gotowych spacerować, spędzać czas w centrum miasta i smakować miejski klimat. Nie da się wygenerować nowych ludzi, którzy przyjadą z odległych dzielnic posiedzieć na betonowej ławce z nową książką Jacka Dehnela i wypić etyczną kawę ze znajomymi, dyskutując na skwerku o filozofii. Nowe Centrum Warszawy na dzień dobry ma morderczą konkurencję ze strony innych ogromnych przestrzeni pieszych znajdujących się o rzut beretem od tego miejsca, takich jak Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście (2,7 km deptaka!) czy Bulwary Wiślane. Jest też, równie blisko, Ogród Saski.
Uwaga, niepopularna opinia. Trzaskowski ma rację ws. parkowania w centrum stolicy
Nawet brzydota potrafi przyciągnąć, jeśli ma autentyczny charakter
Ale ludzie lubią też – chociaż nie mam na to badań – być częścią życia. To dlatego chętniej pojadą tam, gdzie to życie trwa, nawet jeśli „życie” oznacza hałas samochodów i jakieś elementy brudne czy odpychające. Nawet one mają swoje znaczenie w mieście, ponieważ dodają mu autentyczności.
Jeśli wszystko przerabiamy na martwą przestrzeń rekreacyjną, służącą tylko do spacerowania, to występuje efekt zniechęcający: jadąc tam, jesteśmy kolejnymi turystami, spacerowiczami, elementem tłumu i spotkamy tam taki sam tłum jak my, który również przybył tam bez sensu. To nie jest przyjemne uczucie. Nieśmiało zapytam: ile można spacerować bez celu? Ile można celebrować drzewo? Jaka jest realna wartość, która ma nas przyciągnąć do tego miejsca? Tego pytania nikt sobie chyba nie zadał. Prezydent Rafał Trzaskowski ograniczył się do następującego stwierdzenia:
„Nowe Centrum Warszawy ma być żywe, pełne usług zlokalizowanych w parterach budynków, sklepów, kawiarni czy restauracji z ogródkami.”
A te usługi będą zapewnione przez miasto czy czekamy że prywatne firmy sprowadzą się w miejsce o bardzo niskim potencjale popytowym? Pytam dla kolegi, który chciał otworzyć własny biznes. Ma zamiar trzymać się jak najdalej od centrum Warszawy, gdzie ludzie przychodzą na spacer i to tyle, a wydawać pieniędzy nie mają zamiaru.
Choć NCW dopiero startuje, już widać, że nie ma absolutnie żadnego pomysłu na przyciągnięcie tam ludzi. Jeśli podczas obu moich wizyt było tam pusto, a na pasażu Wiecha tradycyjnie hulał wiatr, to znaczy że mamy do czynienia z kolejnym powieleniem schematu: zróbmy przestrzeń dla pieszych, a reszta „zrobi się” sama. Wydawałoby się, że obecność dużych domów handlowych powinna tu ratować temat, ale ich klienci złośliwie przebywają wewnątrz sklepów, zamiast przyglądać im się z zewnątrz.

Co to ma być za koszmar? To jest centrum miasta czy nieużytki polne pod Przasnyszem? (fot. materiały własne)
Wszystkie strony o Warszawie mdleją z entuzjazmu wobec NCW
Poza trudnym do przełknięcia Portalem Warszawskim, nie ma absolutnie żadnych słów krytyki. Projekt jest jednoznacznie wspaniały, od pomysłu do realizacji nie wykazuje żadnych słabych stron. Wygrano walkę z samochodami - chwali się miasto, co jest o tyle zabawne, że żadnej walki nie było, po prostu władza zarządziła zmiany i wprowadziła je w życie.
Pod placem Powstańców Warszawy znajduje się wielki parking. W niedzielne popołudnie liczba wolnych miejsc wynosiła na nim 282 z 450 dostępnych. Aktyw powie: o widzicie, jest gdzie parkować. Ja odpowiem: parkować to jest gdzie, tylko przyjeżdżać nie ma po co.
Ulica Krucza będzie następna
Wszystko, co napisałem powyżej, jest istotne w kwestii przebudowy ulicy Kruczej. Ma tam powstać przestrzenny koszmar wzorowany na La Rambli w Barcelonie. Opisywałem to szerzej w tym wpisie. Cóż z tego, że jej centralna część stanie się przestrzenią pieszą, skoro otoczenie nie będzie stanowiło żadnej zachęty, by tam przebywać? Byłem ostatnio w tej okolicy – naprawdę trudno znaleźć cokolwiek ciekawego, co sprawiłoby, że chciałbym tam przybyć.
Może jakieś pojedyncze, drogie restauracje, ale w tym przypadku siedzi się przecież w lokalu, a nie w bezpłciowym drzewno-betonowym prostokącie między pasami ruchu. Na przebój zapowiada się też „miejski plac do spotkań”. Już widzę te spotkania od października do marca, chociaż po zastanowieniu uznaję, że jednak jest nadzieja – będą zapewne to spotkania handlowe w celu przekazania nielegalnych substancji, podobnie jak ma to miejsce w Berlinie.
Grupa osób w warszawskim ratuszu świetnie się bawi, wymyślając kolejne projekty odbierania miastu charakteru osiedla i przekształcania go w wielki park rozrywki dla turystów. Celem jest bowiem sama zabawa, jak przy klockach Lego – dobrze się bawimy w trakcie budowania. Gdy budowla już powstanie, można odłożyć ją na półkę i tyle. Między kolejnymi przebudowami ulic na „przestrzenie” powinny istnieć jakieś odstępy czasowe, żeby dawało się ocenić, czy te działania faktycznie miały sens i czy ludzie rzeczywiście na tym skorzystali.
Można dość łatwo sprawdzić, czy w danej okolicy wzrósł ruch pieszy i rowerowy, a przede wszystkim jak wyglądają lokale usługowe – czy ich liczba się zwiększyła, a może spadła? Dopiero po takiej ocenie można byłoby przystąpić do planowania (bądź nieplanowania) kolejnych inwestycji. Ale oczywiście znacznie łatwiej jest robić to na zasadzie „szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Mała grupa osób bawi się Warszawą, skutecznie wypychając jej populację na obrzeża. Jeśli o to chodziło i celem był zarobek deweloperów przy budowaniu kolejnych osiedli wokół miasta, to idzie świetnie.

