Esej publikujemy w dniu, w którym, wedle doniesień, Andrzej Poczobut, dziennikarz, więzień mińskiego reżimu, przekroczył granicę polsko-białoruską i wrócił na Białoruś.
- Więzienie nie jest tylko izolacją ciała – staje się mechanizmem produkcji znaczeń, które rozchodzą się w całej wspólnocie politycznej.
- Sprawa Andrzeja Poczobuta pokazuje, że uwięziony nie znika, lecz przeciwnie – zaczyna funkcjonować jako symbol oporu i nośnik pamięci zbiorowej.
- Władza, próbując kontrolować ciało więźnia, nieświadomie wzmacnia jego obecność symboliczną, przekształcając represję w polityczne przesłanie.
U tych, którzy siedzieli w więzieniu, dostrzec można trudno uchwytne elementy duchowej wspólnoty. Zauważyłem to kilka lat temu, gdy jeden z moich najbliższych, więzień kieleckich Piasków w stanie wojennym, szykował paczkę dla sąsiada, który odsiadywał wieloletni wyrok za paserstwo.
Dziwiła się społeczność naszego bloku, że starszy pan o nienagannych manierach i delikatnej powierzchowności opiekuje się matką rabusia bez czci i wiary. Kupował leki, regularnie zaglądał do jej mieszkania, pomagał pisać listy, kompletował więzienne paczki.
Louis-Ferdinand Céline, który, co prawda słusznie, w duńskim więzieniu spędził dwa lata, dedykował swoje ostatnie, apokaliptyczne powieści zwierzętom, chorym oraz właśnie… więźniom. Tej solidarności zimnych i ciemnych pomieszczeń nic wymazać nie potrafi.
Mój bliski gwizdał na ciche komentarze wyszeptywane na klatce schodowej, nie ruszały go złowrogie spojrzenia, kąśliwe jęzory oraz nastroje doskonale zakamuflowanej pogardy społeczności warszawskiego Powiśla. Tych lepszych, tych ugłaskanych obywateli bez grzechu i skaz – mogących korzystać z pełnej swobody, a przede wszystkim patrzących bez skrępowania na błękit nieba.
Przygnieceni młyńskim kamieniem więźniowie, stanowią żywe elegie o utraconych dobrach. Nikt przecież nie odda ojcu czasu spędzonego z dorastającym dzieckiem ani straconych chwil na pisanie artykułów czy krzewienie polskości… Zabiera się więźniowi wolność, tłumaczy mu się, że to dla jego dobra, pozbawia się człowieka praw, aby go chronić.
Z czasem narastają w człowieku dwie emocje. Z jednej strony wątpliwości – czy postąpiłem dobrze, a być może oni mają rację: prokuratorzy, złe języki, krzywe spojrzenia, zawistne opinie, klawisze…? Z drugiej, w uwięzionym człowieku kiełkuje nowe stworzenie, więzienna tożsamość z kolektywną twarzą, wielością głosów i tysiącem spojrzeń.
„Na swój sposób – pisał Boualem Sansal na stronach »Legendy« o swoim rocznym uwięzieniu przez algierski reżim – cała Francja została porwana przez Tabbuna, przez jego policję i jego dyplomatów”.
Na mocy tego samego mechanizmu Łukaszenka uwięził nie tylko ciało Andrzeja Poczobota – uwięził również, jako symbolicznych osadzonych, żołnierzy wyklętych, polską pamięć historyczną, honor i godność, polską diasporę na Białorusi, wziął pod celę przyzwoitych Polaków, słowem: całość naszej wspólnoty politycznej.
W kronikach polskich dziejów przystąpienie do wspólnoty następuje bowiem w najmniej przewidzianych okolicznościach. Rymkiewicz w „Reytanie” pisze wprost, iż ojczyzna może w każdej chwili zażądać od swojego wiernego syna, żeby dla niej się poświęcił: „Ojczyzna może cię wezwać, kiedy zechce, a ty musisz być na to przygotowany”.
Naród – pouczał poeta z Milanówka – to twór metafizyczny łączący żyjących z umarłymi; to, co było z tym, co jest: rodzinne relikwie, żeliwny guzik, skrawek listu, wiersz… Te elementy łączą się, są absolutnie nierozerwalne. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wolni i uwięzieni. W swojej najgłębszej istocie naród polski staje się dla Rymkiewicza substytutem wiecznego ducha, w którego istnienie nigdy nie umiał naprawdę uwierzyć. Z pustego, krzyczącego nieba spogląda na nas surowa konieczność wspólnoty żywych i umarłych. Ciemiężonych i zdradzonych.
„Jeżeli przez lata stoi się na czele organizacji, jeżeli przez lata przekonywało się ludzi, że warto w warunkach skrajnie niekorzystnych prowadzić działalność na rzecz polskości, to w momencie, kiedy przyszedł czas próby, nie można ich pozostawić samym sobie” – pisał Poczobut ledwie kilka dni po wyjściu z więzienia na łamach „Gazety Wyborczej”.
Gęsta sieć polityków wokół warszawskich szpitali. Mamy dane, Trzaskowski reaguje
„Dwa ciała króla” i logika nieśmiertelnej wspólnoty
Krótka dygresja o przemianie ciała osobistego w ciało kolektywne.
Świętość i nienaruszalność ciała władcy oraz wszystkich osób sprawujących rządy stanowią jedne z najbardziej oczywistych, można by rzec – pierwotnych i fundamentalnych – atrybutów władzy. Wedle najdawniejszych wyobrażeń ci, którzy dzierżą władzę, uczestniczą w kontynuacji aktu stworzenia: jawią się jako istoty niemal boskie lub przynajmniej jako ich posłańcy, strzegący świata przed chaosem i rozpadem.
Tęsknota za sacrum należy do najgłębszych instynktów polityczności. Przekonanie o wyjątkowej, niemal magicznej mocy władzy daje poddanym poczucie ładu i bezpieczeństwa. Jak zauważa Mircea Eliade, władza pozostaje cieniem świętości – „jest potęgą opiekuńczą, wyposażoną w moc przezwyciężania zła, zapewniającą poczucie bezpieczeństwa”.
We wstępie do „Dwóch ciał króla” Ernst Kantorowicz przywołuje obszerny fragment „Raportów” Edmunda Plowdena. Szesnastowieczny angielski prawnik dowodził w nich, że wraz z momentem koronacji i namaszczenia świętymi olejami monarcha przestaje być zwykłym człowiekiem, a zostaje włączony w porządek nadprzyrodzonej godności.
Od tej chwili król posiada jak gdyby dwa ciała: jedno – naturalne, śmiertelne i podległe wszelkim ludzkim słabościom. Drugie – wieczne, pozbawione wieku, płci i „innych naturalnych skaz i niedoskonałości”, przynależne wspólnocie politycznej.
Elżbieta I, operująca tą koncepcją podwójnego ciała, wielokrotnie grała napięciem między dwoma porządkami: „naturalnym” (bodye naturallye) i „politycznym” (bodye politique).Królowa mówiła: „Wiem, że mam ciało słabej i wątłej niewiasty. Lecz mam też serce i żołądek króla, i to króla Anglii”.
W chwili śmierci monarchy grzebano jego doczesne szczątki, natomiast insygnia i prawa przekazywane następcy miały świadczyć o nieprzerwanej ciągłości wspólnoty politycznej, która nie podlega rozpadowi czasu.
Trzy tygodnie zamiast dwóch lat. Posłanka KO weszła do szpitala na badanie poza kolejką
Akt symbolicznej koronacji Poczobuta
Osadzenie Andrzeja Poczobuta przez białoruski reżim stało się symboliczną koronacją jego ciała, pasowaniem go na reprezentanta polskiej świętości i jej historycznej ciągłości z wielkimi antenatami. Za kratami został „przyjęty do grona zimnych czaszek” Gilgameszów, Hektorów, Rolandów…
Królewskimi insygniami Poczobuta okazały się bruzdy na jego nadgarstkach, siwe włosy na głowie oraz niezachwiana postawa podczas procesów politycznych.
„Na sali rozpraw (…) od razu stanąłem więc twarzą do ściany – opowiadał Bartoszowi Wielińskiemu na łamach »Gazety Wyborczej« – I nagle słyszę, że wprowadzają media, państwowe, reżimowe. Wszystko było wyreżyserowane. Miało być tak, jak na relacjach z innych procesów, gdzie filmowali więźniów stojących twarzą do ściany. Dla ludzi na wolności to wygląda tak, jakby więźniowie wstydzili się pokazać twarz, byli złamani, upokorzeni. Taki obrazek po procesie zostaje w obiegu. Więc gdy usłyszałem, że wchodzą media, natychmiast się odwróciłem. Strażnicy mówią mi: »Twarzą do ściany«. A ja do nich twardo: »Nie«”.
Wyświęcone polskością ciało Poczobuta nie mogło się zgodzić na poniżenie. Jego harda rycerskość nie mogła licować z kondycją zwykłego osadzonego. Przeistoczył się we wzór nieprzejednania – jego twarz miała zostać upubliczniona, dokładnie opisana i utrwalona na kadrach z propagandowych kamer.
Na początku więzienie to nie są drzwi, które z hukiem się zamykają, ani gwizd wzywający do nocnej ciszy. To źle wypowiedziane zdanie. To spojrzenie, które przestało należeć do ludzkiej istoty, a stało się realnym zagrożeniem dla całego reżimu.
Kiedy dyktatura wpędziła do ciemnego lochu takiego Poczobuta, w jednym osadzonym widziała wielość – poprzeplatane sieci spiskowców, długofalowe plany, próby zamachów czy zapowiedziane demaskacje.
„Im chodziło o stworzenie wrażenia, że w sprawie Poczobuta są jakieś tajemnice. Bo zgodnie z aktem oskarżenia miałem brać udział w międzynarodowym spisku – notabene byłem jego jedynym znanym uczestnikiem, innych nie ustalono – który miał na celu odłączyć część Białorusi i przyłączyć ją do Polski. Dlatego opiekowałem się grobami żołnierzy Armii Krajowej” – opowiadał Wielińskiemu Poczobut.
Ciało Poczobuta nośnikiem wiecznego oporu
W więzieniu myśli krążą wokół najgorszego dlatego, że owe najgorsze staje się codziennością osadzonego. Więzienie nie zamyka jedynie ciała, rodzi niemoc i i rozpoczyna proces nieodwracalności. Spójrzcie na Poczobuta kilka lat temu, podczas procesu, na jego posturę, włosy na głowie, na jego wychudzoną anatomię. I spójrzcie teraz – na smutne, a jednocześnie intrygująco surowe spojrzenie. Na okaleczone ciało. Na ubrania, które na nim wiszą.
Wcześniej uosabiał dążenie do prawdy, po wyjściu z więzienia Poczobut stał się – paradoksalnie – emanacją wiecznego oporu.
Gdy Wiktor Hugo udał się na \wygnanie, nie stał się jedynie wygnańcem. Stał się trybunem. Przekształcił swoje wygnanie w nieustanny akt oskarżenia. Jego twórczość wprowadziła wówczas myśl, że legitymacja władzy nie zawsze leży po stronie rządzących, lecz nierzadko po stronie wygnanego.
Gdy Aleksandr Sołżenicyn ujawnił prawdę o archipelagu gułagów, nie opublikował po prostu książki. Rozsadził radziecki system od środka. Gułag istniał przed Sołżenicynem. Ale po nim nie sposób było ignorować, że Związek Radziecki jest jednym wielkim gułagiem.
Gdy wątłe ciało Poczobuta wpędzono do łagru, drżeli w posadkach Łukaszenka i jego białoruscy szpicle, wojskowy sędzia Dzmitrij Bubieńczyk, zbrojne ramię KGB, a świat zobaczył w pomarszczonej i zmęczonej twarzy więźnia polskie nieprzejednanie.
Więzienie Poczobuta wpisuje się w długą listę niesłusznie oskarżonych i poniżonych. Nadto zaświadcza o tym, jak język wymyka się kontroli. Można bowiem ciemiężyć całe połacie terytorium, trzymać za twarz administracje czy mieć usłużnych sędziów. Trudno natomiast sprawiać kontrolę nad wyobraźnią i godnością.
O kim myślał bajkopisarz, pan de la Fontaine, kiedy opisywał żabę, która widziała się tak wielką jak wół? Białoruska władza przed osadzeniem Poczobuta w więzieniu nie znała swojej małości i wpadła w pułapkę własnego strachu. A Poczobutowi udało się wybić Łukaszence marzenie o byciu wołem…
Być może każda władza, która zamyka człowieka, nieświadomie otwiera go szerzej, niż pozwalałaby na to wolność. Ciało uwięzione przestaje być wyłącznie sobą – staje się znakiem, figuralnym ciężarem, który rozchodzi się po wspólnocie jak pęknięcie.
W sprawie Andrzeja Poczobuta to pęknięcie staje się szczególnie widoczne: jego obecność za kratami nie zatrzymała znaczeń, lecz je pomnożyła, rozciągając je między jednostką a zbiorową pamięcią, między wyrokiem a symbolicznym oporem.
W tej szczelinie odbijają się twarze żywych i umarłych, tych, którzy milczą i tych, którzy mówią cudzym głosem. A jednak nie ma w tym prostego odkupienia. Jest tylko nieustanne przesunięcie: między kratą a wyobraźnią, między gestem przemocy a jego symbolicznym odwróceniem.
Poczobut nie znika w tym obrazie – przeciwnie, zaczyna zajmować więcej miejsca niż kiedykolwiek na wolności.
I może właśnie w tym paradoksie, w tej nadmiarowej obecności, kryje się ostatnia forma oporu: cicha, nie do unieważnienia, rozpięta między historią a tym, co historia próbuje unieruchomić.


