Reklama
Kultura

Ludzie, przecież tu nikogo nie ma. Dlaczego boimy się „przejściowych” miejsc?

Szkolne korytarze po ostatnim dzwonku, niezagospodarowane powierzchnie biurowe, wyludnione poczekalnie na dworcach, lotniskach i w szpitalach, labirynty „Leningradów” pod niebem w kolorze spleśniałego twarogu… Przestrzenie liminalne – puste, przejściowe, wyłączone z użytku – są jedną z najważniejszych mitologii internetu. Dlaczego wywołują w nas lęk, nostalgię i ekscytację?

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 05:59
7 min
Dworzec Centralny w Warszawie, 28 października 2024 r. (fot. I_obr / Shutterstock)

Znamy się, drodzy czytelnicy, zbyt krótko, żebym zwierzał się ze swoich snów, a co dopiero z koszmarów. W drodze wyjątku zaryzykuję, bo jest się z czego pośmiać. Otóż śni mi się, że obserwuję świat z perspektywy zderzaka w czyimś samochodzie. Jest noc, na opustoszały parking opada mgła, widzę wielkopowierzchniowy sklep oraz latarnię, pojedyncze światełko w mroku. Nie mogę się ruszyć, mówić ani protestować. Trudno się dziwić – jestem zderzakiem. 

Z sennika dowiedziałbym się, że to strach przed bezsilnością. Psychoanalityk doszedłby do wniosku, że nie jestem kierowcą we własnym życiu i biorę na zderzak ciosy kapryśnego losu. A ja myślę, że wszystko to wina głupich filmików w internecie. To w końcu tam znajdziemy najżyźniejszy grunt pod koncepcję przestrzeni liminalnych jako uniwersalnego lęku. W opustoszałych, przejściowych miejscach dzieje się coś niepokojącego. Gdy je odwiedzamy, wpadamy w pułapkę niemocy i bezdecyzyjności.

Pochwała trzepaka. W poszukiwaniu utraconego świata

Na drugi rzut oka nic się nie zgadza

Przymiotnik „liminalny” (od łacińskiego słowa „limen” oznaczającego „próg” lub „granicę”) robi dziś zawrotną karierę. Nie tyle w architekturze czy urbanistyce, z którymi automatycznie go kojarzymy, co w antropologii i psychologii.

Reklama
Reklama

Ta ostatnia nauka definiuje „liminalność” jako mentalny stan przejściowy – między dzieciństwem i dorosłością, jedną pracą a drugą, narzeczeństwem i ślubem, separacją i rozwodem, albo początkiem i końcem remontu lub przeprowadzki. I choć pojęcie jest owocem XX-wiecznej myśli antropologicznej, to z powodzeniem opisuje również rytuały starożytnych kultur, od spartańskiej kryptei (czyli chrztu poprzez krwawe akty terroru na ludności Helotów), po saturnalia, w trakcie których symbolicznie zawieszano przyjęty ład społeczny.

Kadr z 2. sezonu serialu „Rozdzielenie”, prod. Apple TV+, tw. Dan Erickson, 2025 r. (fot. materiały prasowe)

Przestrzenie liminalne nie są oczywiście wytworem naszej podświadomości. Istnieją naprawdę. To może być galeria handlowa po zmroku, odosobniona sekcja lotniskowej poczekalni, biurowiec, w którym ostatni gasi światło, patio na zamkniętym osiedlu, albo skwerek z placem zabaw na otwartym. Najważniejsze, żeby sytuowały się pomiędzy punktem wyjścia a dojścia dla naszej, szeroko rozumianej, „wędrówki”; czasowo lub na zawsze wyłączone z użytku.

Im zwyczajniejsze miejsce, tym cieńsza membrana pomiędzy tym, co znajome i oswojone, a tym, co metafizyczne i ukryte przed wzrokiem. Stąd lęk. Nie „paniczny strach”, tylko niepokój związany z faktem, że przestrzeń pozbawiono znaczenia; że w dosłownym sensie stała się miejscem i zarazem nie-miejscem; granicą pomiędzy dwoma światami.

Reklama
Reklama

Wkraczając w pustkę

Moc popkultury polega na tym, że potrafi ona zamknąć ten kolektywny lęk w pudełeczku, a następnie przewiązać je ozdobną wstążką i wystawić na sprzedaż. To dlatego „liminalność” jest dziś gorącym towarem w kinie, na YouTube oraz w grach wideo.

Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino

Wysyp krótkich form o ludziach uwięzionych na peronach metra, w gigantycznych pustostanach albo na spowitych mrokiem placach zabaw to jedno. Ale motyw przesącza się również do mainstreamu – od popularnego serialu „Rozdzielenie” straszącego nas korporacyjną symetrią, po gry wideo w rodzaju „Exit-8”, kapitalizujące lęk przed całkowitą utratą orientacji w terenie.  

Zaczęło się gdzieś na przełomie wieków od pojedynczej fotografii. Przedstawiała ona ciąg pustych biur i pokoi, połączonych oświetlonymi jarzeniówkami i pomalowanymi na żółto korytarzami. Później przyszła pora na całą mitologię tzw. The Backrooms – niekończących się, przeczących prawom fizyki oraz działających w zgodzie z logiką koszmaru labiryntów.

Reklama
Reklama

Popularyzator tego konceptu, zaledwie 20-letni Kane Parsons, nakręcił na jego podstawie film, który właśnie wchodzi na polskie ekrany. W Stanach Zjednoczonych widzowie walą do kin drzwiami i oknami. Spora w tym zasługa popularności Parsonsa jako YouTubera. Lecz jeszcze więcej „Backrooms. Bez wyjścia” zawdzięcza centralnej fabularnej idei. Żółte pokoje oferują rodzaj przyjemnego, otępiającego „bezsensu”, w którym coraz częściej sami się zanurzamy – rozczarowani współczesną polityką, bezduszną rzeczywistością mediów społecznościowych, ustawicznym relatywizowaniem rozmaitych systemów moralnych.

W świetnym felietonie dla „Tygodnika Powszechnego” Olga Drenda opisuje, jak słówko „liminalny” wyszło z hermetycznego języka studentów etnologii i weszło do codziennego użytku. Przywołuje też koncepcję „nie-miejsca” autorstwa Marca Augégo, które jest do tego stopnia anonimowe i nijakie, że przestaje wzbudzać w nas jakiekolwiek uczucia. Jak słusznie zauważa, współczesny folklor zmienił jednak znaczenie takich miejsc; zamienił je w pola intensywnych emocji. „Patrzymy w pustkę i zaczynamy dostrzegać widma. Dla kogo gra odbijający się echem radiowy hit w opuszczonym centrum handlowym? Co dzieje się nocą w starym sklepie zagospodarowanym na ścianę paczkomatów?” – pyta autorka.

Ponieważ „liminalność” wyłania się najczęściej po zmroku, z kolei za dnia jest ukryta za woalem „użyteczności” (czynna galeria handlowa, poczekalnia pełna ludzi, itd…), to najczęściej generuje w nas lęk przed własną bezużytecznością; przed brakiem życiowego sensu, albo jego skazanymi na porażkę poszukiwaniami. Wywołuje też nostalgię za czasami, w których nasza przyszłość była intrygującą zagadką lub nieodgadnioną tajemnicą. Jak szkolny korytarz z drzwiami otwartymi na podwórko. Co się wydarzy, gdy przekroczymy próg dorosłości?

Reklama
Reklama

Sztuka nas ocali?

Kilka lat temu zaproszono mnie do Torunia na wystawę poświęconą twórczości reżysera Davida Cronenberga – propagatora niepopularnej opinii, że człowiek to worek mięsa z pretensjami do wielkości. Dla wygody swojej oraz organizatorów nocowałem na miejscu, w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. A ponieważ ciężko jest zasnąć z dorobkiem swojego idola na wyciągnięcie ręki, w środku nocy wybrałem się na spacer po wystawie.

W muzeum panowała absolutna cisza, a z mroku wyłaniały się kolejne artefakty – zmutowana głowa naukowca z kultowej „Muchy”, lateksowa maska zdeformowanych bliźniąt syjamskich z „Nierozłącznych”, biomechaniczne obrzydliwości z „Wideodromu”. Choć wyobraźnia podsuwała mi rozmaite scenariusze nagłego zgonu, zaś strach przed ciemnością nakazywał wrócić do łóżka, wszystko miało w tym miejscu swój sens i swoją wewnętrzną logikę. Jak na ironię, w opustoszałym miejscu bez właściwości wszystko było nasycone znaczeniem.

Niebo nad Spielbergiem. Recenzujemy „Dzień objawienia”

W trakcie seansu „Backrooms” wróciłem myślami do tej sytuacji. Być może coraz szersza mitologia przestrzeni liminalnych uczy nas, że w świecie bez punktów odniesienia tylko sztuka, od kina po groteskowy eksponat w gablotce, jest w stanie nadać sens bezsensowi. Że pozwala zaczarować szarą rzeczywistość i dostrzec w niej jakąś metafizyczną tajemnicę. Choćby po to, żeby życie było odrobinę ciekawsze, a każda chwila spędzona w poczekalni – odrobinę bardziej ekscytująca. 

Na końcu mojego snu o parkingu słyszę kroki. Do samochodu wsiada tajemniczy ktoś. Włącza silnik, wrzuca jedynkę i odjeżdża. A ja, sfrustrowany i nieruchomy zderzak, wraz z nim. Lubię myśleć, że jedziemy w stronę czegoś ważnego, znaczącego, docelowego. Albo że to początek fajnego filmu.

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz