Reklama
Reklama
Kraj

Pochwała trzepaka. W poszukiwaniu utraconego świata

Są rzeczy tak zwyczajne, że niemal przezroczyste – dopóki nie znikną. Trzepak jest jedną z nich. Dziś trzeba go szukać niczym śladu po dawnym świecie. A kiedy już się go znajdzie, unosi się z niego nie tylko kurz, lecz także wspomnienia: o ludziach, których już nie ma, o chwilach, do których nie da się wrócić, o czasie, który nie zna drogi powrotnej.

Marcin Darmas
Felieton autorstwa: Marcin Darmas
04 kwietnia
11 minut
Metalowa rama, na której kołysały się dywany, była miejscem, wokół którego toczyło się dzieciństwo i całe nieśpieszne życie podwórek. (fot. PAP/Bartłomiej Zborowski/Mateusz Sadowski)

Reklama

TYLKO NA
  • Zwykłe trzepanie dywanów zamienia się w podróż do świata dzieciństwa, sąsiedzkich więzi i utraconej wspólnoty.
  • Szara codzienność – kiedyś budowała relacje, dziś produkuje izolację.
  • Nostalgia nie jest słabością. To efekt naszego sprzeciwu wobec nieodwracalności upływu czasu i utraty tego, co najprostsze.

Reklama

Na autostradzie życia są punkty, których ominąć nie sposób. Nadają ludzkim działaniom rytm i sens. Do takich przystanków należą rodzinne celebracje, jak chrzciny czy śluby, mniej uroczysty, ale równie istotny cotygodniowy obiad z rodzicami, a także okoliczności smutne, graniczne, z których lepimy nasze tożsamości: choroby, szpitalne łóżka, pożegnalne uściski…

Zbliżały się Święta Wielkiej Nocy. Dom wymagał gruntownych porządków. Zabrałem się do nich dziarsko. Zacząłem od ustalenia priorytetów. Najpierw dywany! Wciągnąłem na siebie dziurawy dres „do zadań specjalnych”, na plecy zarzuciłem wysłużoną skórzaną kurtkę, a na głowę wcisnąłem praski kaszkiecik. Zwinąłem dywany i zaopatrzyłem się w trzepaczkę.

Wyszliśmy z synem na ulice warszawskiej Starej Pragi w poszukiwaniu trzepaka. Ja z przodu, z dywanami na ramionach, on z tyłu, z trzepaczką dzierżoną z dumą, niczym marszałkowska buława.   


Reklama

Szybko staliśmy się sensacją dla sobotnich przechodniów, którzy ciągnęli chmarami kładką od lewobrzeżnej strony stolicy. Jako obiekty zaciekawionych spojrzeń natychmiast zrozumieliśmy, że okazaliśmy się tuptającymi atrakcjami, reliktami, czarno-białymi kliszami minionych epok. Słowem – wzbudziliśmy w podążającej na Pragę ludzkiej masie nutę nostalgii. Dzieci pokazywały nas palcami, a rodzice, niczym kustosze dziewiętnastowiecznego skansenu, z pewnym rozradowaniem tłumaczyli, że „kiedyś tak robiono”.


Reklama

Kto by pomyślał, że prozaiczna triada trzepaczka-dywan-trzepak stanie się w obecnych czasach hieroglificznym tekstem, wymagającym specjalnych wyjaśnień! Pojawiają się kolejne wnioski i pytania. Bardziej wyrafinowane: jak to się stało, że trywialna czynność urosła do cudacznego zjawiska? I jeszcze jedno: jak czyszczą dywany inni, „współcześni ludzie”?

Na tę ostatnią interrogację odpowiadam bez mrugnięcia. Sprawa bowiem prosto się tłumaczy. Niewielu dziś robi to samemu. Wiadomo – oszczędzamy cenny czas. „Może jest również kwestia lat, które mijają – pisał Louis-Ferdinand Céline – kwestia wieku, który niczym zdrajca grozi nam tym, co ostateczne i najgorsze. Za mało w nas muzyki, aby zatańczyło w nas życie, i tyle”.

Pokolenie sprzeczności. Dyskryminowani dyskryminują


Reklama

Stara Praga i zamknięte bramy. Koniec sąsiedzkiego świata

Czyszczenie jest „delegowane” wyspecjalizowanym firmom. Dywan znika na kilka dni i wraca porządnie wytrzepany i pachnący. Być może przesadzam, być może to już zrzędzenie, ale w tym delegowaniu zawiera się istotny kęs naszych czasów. Zamiast naprawiać – wyrzucamy. Zamiast porozmawiać – posyłamy emocjonalne buźki. A zamiast czyścić dywany – zlecamy tę czynność usługodawcom.


Reklama

Potrzebujemy coraz więcej czasu, aby zająć się samymi sobą. A współczesność, z uporem godnym lepszej sprawy, urządza nam nieustanną liturgię samodoskonalenia. Miękkich rytuałów filozofii hygge: misternie ułożonych świeczek, lampek czerwonego wina i ciepłego kocyka na nogi. Tymczasem magazyny podsuwają nam zaklęcia połyskujące na kredowym papierze: „zrób coś dla siebie”, „bądź swoim najlepszym przyjacielem”, „daj sobie czas”. Jakby egoizm, odpowiednio przypudrowany, stawał się cnotą.

W „Wyznaniach” św. Augustyna – czy tego chcemy, czy nie, tekście konstytutywnym dla naszej cywilizacji – wejście w głąb siebie nie jest oznaką próżności, lecz koniecznością. Augustyn mówi o sobie szczerze i bez owijania w bawełnę z bardzo precyzyjnych pobudek i dla jasnego celu. Chce przekonać, że najpilniejszą w życiu rzeczą jest pragnienie radykalnej zmiany. Wyjście z własnej ciasnoty. Chodzi tu o dojście do osobliwej mądrości, którą Cioran nazywał „mądrością zatracenia”: dobrowolnego, wewnętrznego rozstawania się ze sobą, przetrącania i łamania rusztowania duszy, aby owe wielkie, rozkapryszone „Ja” przestało istnieć.

My mówimy: „bądź sobą”. Natomiast Augustyn proponuje śmielszy i o wiele bardziej wymagający projekt zawarty w paradoksie: staniesz się sobą, gdy odrzucisz siebie.   


Reklama

Nieuczesane myśli towarzyszyły mi w poszukiwaniach trzepaka. Okazało się to trudniejsze niż mi się na początku wydawało. Syn machał trzepaczką w starciu z wymyślonymi wrogami w rycerskich zbrojach, a mnie zrobiło się gorąco od dźwigania i dreptania wkoło. Oparłem dywany o dawną żydowską czynszówkę przy jednej z praskich ulic i zacząłem się nerwowo rozglądać. Wszędzie „Żabki” i żadnego trzepaka.


Reklama

Kolejna zmora naszych czasów – zamknięcie. Pamiętacie czasy, gdy z jednej równoległej ulicy można było przechodzić na drugą przez otwartą bramę, przez patio czy podwórko? A tam gwar rozmów, dzieci grających w piłkę, międzyludzkich więzi zadzierzgających się, rozwiązujących i budujących się na nowo „w wiecznym pulsującym strumieniu”, gwar kontredansów plotek i komentarzy sąsiadek, wybuchy radości i płaczu, malowanie kredkami po odrapanych elewacjach, łobuzowanie i tłuczenie szyb… Dziś jest niepokojąco cicho. Zamknijcie oczy. Wsłuchajcie się.

Na warszawskim Powiślu można było kiedyś, bez fizycznych przeszkód, przejść z Kruczkowskiego na Solec oraz z Solca na Dobrą. Dziś wszędzie wysokie bramy, kody i zamki. Na Starej Pradze jest podobnie – ułatwień komunikacyjnych w dzielnicowych morfologiach coraz mniej. Zamykamy się i odgradzamy. Cichutko dbamy o siebie w wygodnych mieszkaniach, nie tworzymy gwarów, momentów społecznych, choćby na chwilę, choćby między piętrami, mijając sąsiada w drodze do zsypu.

Co z setkami tysięcy mieszkań? Wiceminister Lewandowski: oczekiwania musimy zderzyć z możliwościami


Reklama

Od wspólnoty do izolacji. Jak zmieniły się miasta i ludzie

W końcu, na odległym krańcu ulicy, za wysokim płotem, dostrzegłem upragnioną instalację. – No nic – pomyślałem – będziemy skakać. Syn ucieszył się z przeszkody zwiastującej kolejny etap przygody. Pomogłem mu się wdrapać, rzuciłem na drugą stronę „miejskiego okopu” dywany i trzepaczkę. Przedwielkanocne przeciwności robiły się coraz ciekawsze.   


Reklama

Zaczęło się trzepanie dywanów na całego. Wśród echa uderzeń odbijających się od fasad praskich kamienic i w ciemnych głębiach kurzu zapachniało mi nagle magdalenką Prousta.

Stałem jako dwunastoletni chłopiec obok (nieżyjących już) ojca Marka i dziadka Heńka. Jest połowa lat dziewięćdziesiątych, jest oczywiście trzepak, a obok trzepaka – rozkręcony do ostatniej śrubki silnik Fiata 126p. Panowie cali w smarze palą papierosy, jeden za drugim. Drapią się po głowach, dziadek powtarza po każdym zdaniu ulubione słowo „rozumisz”, a w ojcu burzy się krew.

Prosta konstrukcja najważniejszego osiągnięcia polskiej myśli motoryzacyjnej okazała się trudniejsza do naprawienia, niż się moim antenatom na początku wydawało. „Przydałby się, rozumisz, klucz francuski” – powiada dziadek. Ojciec szuka w skrzynce i nie znajduje przydatnego narzędzia. I tak w kółko. Ja tęsknym wzrokiem spoglądam na chłopaków grających w piłkę. Jeszcze nie rozumiem, co mówią starsi, więc tylko im asystuję, przekładam z miejsca na miejsce łańcuchy, śruby i uszczelki.


Reklama

„Taki klucz, rozumisz, może mieć Szcześniak spod piętnastki” – wyrokuje dziadek. W jednym momencie dwie pary oczu wylądowały na mnie. Mają mnie, usidlili. Nie ucieknę od zadania. Mimo dziecięcego strachu przed obcymi i językowej bariery, bo polski znałem wówczas w stopniu absolutnie podstawowym, dostałem misję zdobycia „klucza, rozumisz, francuskiego”.


Reklama

W drodze na czwarte piętro bloku powtarzałem jak czarodziejskie zaklęcie: „klucz francuski, klucz francuski…”. Zapukałem do drzwi państwa Szcześniaków i modliłem się w duchu, żeby nie otworzyli. – Trudno – myślałem po cichu – Wrócę bez klucza, ale przynajmniej nie będę musiał otwierać buzi.

Nagle w drzwiach stanęła pani Szcześniak opasana fartuszkiem. Wyrecytowałem prośbę. Klucz szybko się znalazł.

„Jaki chudziutki” – oceniła moją ówczesną tężyznę sąsiadka dziadków. Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do kuchni. Kolejny archeologiczny artefakt w odmętach proustowskiej magdalenki – oddzielna kuchnia. Kto jeszcze o niej pamięta? O zdezaktualizowanym miejscu w pędzie ku jeszcze „wydajniejszym” przestrzeniom. Kto jeszcze pamięta o rozbrydżowanych hordach przy kuchennym stoliku, o kłębach dymu z papierosów, o plakatowo szczęśliwych rozmowach przy kieliszku albo szklankach w plecionych koszyczkach?


Reklama

Pani Szcześniak nałożyła mi na talerz coś w rodzaju zapiekanki z warzywami. W szczegółach zapamiętałem dobrotliwy uśmiech gospodyni i kilka zdań, z których – jak podpowiadał mi dziecięcy, niezwykle czuły barometr – biły babcine troska i czułość. „Jedz, jedz, to taka polska pizza” – powtarzała i klaskała delikatnie w dłonie z każdym moim kęsem.


Reklama

Mijały długie minuty. Przypomniałem sobie o misji, o kluczu i trzepaku. Pani Szcześniak zrozumiała chłopięcą trwogę bez słów – w końcu była babcią. Otworzyła okno i wykrzyczała dziadkowi i ojcu, że „chudzinka” grzecznie je. Wobec takiego dictum panowie nie mieli nic do powiedzenia. Tak było kiedyś, kiedy musem było ustąpić przed nestorkami. Mogli tylko po cichu przekląć i złorzeczyć, a potem wrócić do maluchowej układanki.

Wielkanocne porządki i pochwała trzepaka

Z dziecięcych wspomnień obudził mnie nagle krzyk. Z okna wrzeszczał niezadowolony sąsiad. Jest sobota, ludzie odpoczywają, a nawalanie w dywan od bladego świtu to jakaś niegdysiejsza fanaberia mieszczucha. Tak, może miał rację i zbyt daleko zdryfowaliśmy z synem na obłoczkach wspomnień i nostalgii.

Serce nostalgii nie należy wyłącznie do renegatów. Każdy człowiek nosi w sobie jej ciche rozdarcie, tę szczególną, czasową tęsknotę, która rodzi się z prostego faktu: przeszłość jest niedostępna, odległa. To, co było, pozostaje poza naszym zasięgiem, a relacja z tym utraconym „kiedyś” jest wpisana w samą strukturę naszej świadomości. Dlatego, być może, tak boleśnie odczuwamy upływ czasu.


Reklama

Przeszłość nas karmi i wciąż w nas żyje. A jednak, gdy do niej wracamy myślą, gdy przywołujemy dawne szczęście, w jego świetle zawsze pojawia się cień cierpienia. Bo nic, co było, nie może już powrócić. Jak powiedział filozof Vladimir Jankélévitch: „czas jest nieodwracalny. I właśnie w tym tkwi jego istota”.


Reklama

Dlatego, gdy wspominam szczęśliwe chwile swojego życia, odczuwam także ból. Nie dlatego, że chwile te były niedoskonałe, lecz dlatego, że nie mogę ich przeżyć raz jeszcze. Nie mogę do nich wrócić. I nie jest to okrucieństwo ludzi, lecz ciche, nieubłagane okrucieństwo samego czasu. Pozostaje nam zatem utrzymywać żar czasów minionych. Jakkolwiek byśmy nie uciekali do przodu, myśl dawnych pokoleń pozostaje nam współczesna. Pomaga nam rozplątywać chaosy nowoczesności i przywraca nam to, co wieczne.

„Oddałbym wszystkie pejzaże świata – pisał w Historii i utopii Cioran – za pejzaż mojego dzieciństwa”. Bo jak słusznie zauważył rumuński myśliciel: „wszystkich nas prześladują nasze początki”.

Dywany zostały wyczyszczone. Synkowi udało się pokonać trzepaczką szwadrony wyobrażonych wrogów. A mnie – napisać wielkanocną pochwałę… zwykłego trzepaka.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz
Tagi: Wielkanoc