Reklama
Kultura

„Ojczyzna” na ekranach, „Lato miłości” w sercu. Jednego Pawlikowskiego doceniam, za drugim tęsknię

Nie mam pojęcia, czy Paweł Pawlikowski jest reżyserem, wobec którego kolejne pokolenia pasjonatów kina będą musiały się kiedyś określić – tak jak my wobec Wajdy, Kieślowskiego, albo Polańskiego. Ale jeśli tak, to zapewne podzielą się na miłośników jego wczesnej twórczości oraz entuzjastów trylogii o powojennych bliznach i śpiewającej Joannie Kulig.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 18:00
6 min
Joanna Kulig, fotos z filmu „Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, 2026 (fot. Agata Grzybowska / mat.prasowe / Kino Świat)
TYLKO NA

Mamy na polskich ekranach „Ojczyznę”, film w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. Wchodzi do kin w glorii międzynarodowego sukcesu, który scementował dorobek jednego z żywych europejskich klasyków. Do Oscara, BAFTY i nagród Europejskiej Akademii Filmowej Pawlikowski dorzucił drugą statuetkę dla najlepszego reżysera na festiwalu w Cannes. 

Choć pieśń o triumfie rodzimej kinematografii niesie się echem po mediach, w kinach może być krucho. Już niedługo ludzie zorientują się, że mówimy o mniejszościowej koprodukcji, na którą Polacy zrzucili się razem z Włochami, Francuzami i Niemcami. Odkryją też, że tytułowa ojczyzna nie rozciąga się od Bałtyku po Tatry, tylko od Frankfurtu po Weimar. Może jestem człowiekiem małej wiary, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie masową ekscytację życiorysem Tomasza Manna. No chyba, że ktoś pomyli go z Wojciechem.

Żulczyk: Nie róbcie z nas nierobów. Dlaczego Stanowski nie ma racji

„Ojczyzna” – Pawlikowski na zimno

Pisałem już sporo o „Ojczyźnie”, więc powtórzę jedynie to, co esencjonalne. Po pierwsze – to imponujące, że w zaledwie 82 minuty Pawlikowski potrafi opowiedzieć nam cały powojenny świat. Że w swoim formalnie precyzyjnym oraz intelektualnie spełnionym filmie upchnął opowieść o Mannie jako pisarzu, ojcu, narodowej figurze autorytetu, drzazdze pod paznokciem rodaków oraz obiekcie afektu Rosjan. I że z połączenia tych narracji powstało coś na kształt przeglądu europejskich tożsamości, wykutych w ogniu bezprecedensowych aktów terroru. 

Reklama
Reklama

Kolega śmieje się, że przypomina to trochę wyczyn Roberta Lewandowskiego, który, jak dobrze wiemy, strzelił kiedyś pięć bramek w dziewięć minut. I zrobił to, podobnie jak Pawlikowski, w Niemczech. To elegancka metafora. Zarówno w kinie, jak i w sporcie chodzi bowiem z grubsza o to samo, czyli o frajdę z obserwowania ciała w ruchu. I o ekonomię tegoż ruchu.

Po drugie – podobają mi się role Hansa Zischlera (Tomasz Mann) oraz Sandry Hüller (jego córka, Erika). Zwłaszcza Hüller jest fantastyczna. Gdy przez cieniutką membranę wystudiowanego spokoju Erika manifestuje frustrację postawą ojca, ręce same składają się do oklasków. Nie każdy mówił w życiu „tato” do Tomasza Manna, ale większość z nas mocowała się kiedyś z tego rodzaju egotyczną osobowością. 

Po trzecie – nie potrafię namierzyć punktu, w którym naprężenie przewyższa wytrzymałość materiału, zaś nieskazitelna tafla „arcydzieła” pęka i roztrzaskuje się na milion kawałków. Może to kwestia tego, że w przeciwieństwie do „Idy” i „Zimnej wojny” brakuje mi w „Ojczyźnie” elementów jakiegoś rytualnego gatunku – kryminału, melodramatu, (po)wojennej epiki. A może rymy między wybitną twórczością dwóch Mannów – ojca Tomasza i syna Klausa – to wątek, z którym reżyser niewiele w gruncie rzeczy robi.  

Reklama
Reklama

„Fjord” Cristiana Mungiu wygrywa w Cannes. Paweł Pawlikowski najlepszym reżyserem

Nie mam pojęcia, co wywołuje nacisk. Wiem natomiast, że spadam przez to pęknięcie w otchłań obojętności. Najintensywniejsze uczucie w trakcie seansu to tęsknota za innym Pawlikowskim. Był taki czas w życiu każdego fana „tamtego” Pawlikowskiego, w którym „Ida” wydawała się szaleństwem, awangardą, wyprawą w niezbadane rejony.

Czy „Lato miłości” to najlepszy film Pawlikowskiego?

Wbrew powszechnemu przekonaniu, Pawlikowski nie urodził się na planie „Idy”. Nie spadł też razem z meteorytem na Kamczatkę i nie wyłonił się z rozłupanej głowy Zeusa. Zanim w symbolicznym akcie powrotu do kraju urodzenia nakręcił swoje arcydzieło, był fachowcem od dokumentów w BBC oraz kontynuatorem długiej i szlachetnej tradycji realizmu społecznego.

I cóż to były za filmy! „Last Resort” (2000), czyli opowieść o młodej Rosjance na imigracji w Londynie, to kawał mięsistego kina o rozpadzie projektu zunifikowanej Europy, o wszystkich kłamstwach Wschodu i Zachodu. Z kolei „Lato miłości” (2004) pozostaje piękną historią inicjacyjną; kroniką relacji dwóch dziewczyn - bogatej i rozpieszczonej manipulatorki Tamsin (Emily Blunt) oraz pochodzącej z klasy robotniczej, zlęknionej własnego cienia Mony (Natalie Press).

Reklama
Reklama

Natalie Press i Emily Blunt w filmie „Lato miłości”, reż. Paweł Pawlikowski, 2004 (fot. mat.prasowe)

Bohaterki dzieli klasowy resentyment, stosunek do wiary oraz patriarchalnego układu sił. Łączy je… no właśnie, co je właściwie łączy? Pawlikowski pokazuje rozkwitającą młodość jako przestrzeń ciągłych emocjonalnych, społecznych i seksualnych kompromisów; chwyta puls skomplikowanych młodzieńczych relacji dzięki cierpliwości i zmysłowi obserwacji. Nie musi też operować wielkimi znakami – Historią, Wstydem, Śmiercią – żeby opowiedzieć coś o uwodzicielskiej naturze fikcji; pokazać miłość i przyjaźń jako ciągłą grę wizerunkami, maskami, wyobrażeniami o drugiej osobie.

Czytaj też: 1670 – zwiastun 3. sezonu. Jan Paweł buduje program kosmiczny

Uwielbiam „Lato miłości”, ponieważ jest to film, w którym reżyserowi nie przeszkadzają (jeszcze?) forma i tradycja; w którym, mówiąc kolokwialnie, nie musi się spinać, żeby zmienić sposób, w jaki spoglądamy na świat. A może po prostu z dwóch Pawlikowskich wolę tego, który chowa się z kamerą w wysokiej trawie; zamiast o śmierci i erozji znaczeń, opowiada o życiu i witalności.

Reklama
Reklama

No i Emily Blunt. Czy możemy wreszcie docenić fakt, że to właśnie Paweł Pawlikowski wypchnął ją w wielki świat?

Rodaku, idź na „Ojczyznę”

Pawlikowski ma 68 lat. Trudno w to uwierzyć, bo wygląda o 20 lat młodziej, a po czerwonych dywanach buja się niczym hollywoodzka gwiazda. Zdaję sobie sprawę, że  moja tęsknota za reżyserem, którego już nie ma, jest przejawem niedojrzałości. Gdy masz sześć krzyżyków na karku i jesteś spełniony jako artysta, orbitujesz w stronę wszystkiego, co wielkie, ostateczne i arcydzielne. Nie ma co obrażać się na rzeczywistość.  

Nie zmienia to oczywiście faktu, że owa tęsknota jest prawdziwa. Podobnie jak w przypadku Kieślowskiego, czyli artysty o dość podobnej trajektorii kariery, twórczość Pawlikowskiego rozpada się bowiem na świadectwa dwóch tożsamości – dokumentalisty i czułego kronikarza nastoletniej bądź imigranckiej codzienności oraz wielkiego interpretatora europejskiej historii.

Pytanie, którego Pawlikowskiego wolimy, nakazuje myśleć o nim jako o jednym z gigantów współczesnej kinematografii. Zaś fakt, że będziemy je sobie zadawać przez kolejne dekady, czyni „Ojczyznę” obowiązkowym seansem. Pięć bramek w dziewięć minut, dwa tuziny europejskich fantazmatów w 82 minuty. Bez znaczenia. Taki wynik prędko się nie powtórzy.

Źródło: Zero.pl