Kraj

25 tysięcy powodów, by zamknąć warszawskie ulice

Tego jeszcze w Polsce nie grali: 25 tysięcy ludzi zapisało się na Półmaraton Warszawski, żeby w niedzielny poranek dobrowolnie cierpieć na asfalcie. Jedni nazwą to świętem miasta, inni kolejnym dowodem zbiorowego szaleństwa. Ja widzę w tym przede wszystkim piękny rekord i jeszcze piękniejszy kłopot dla tych, którzy uważają, że ulica została stworzona wyłącznie dla samochodu.

Kamil Gapiński
Felieton autorstwa: Kamil Gapiński
21 marca
9 minut
Zawodnicy na trasie 19. Półmaratonu Warszawskiego. (fot. Paweł Supernak / PAP)

Reklama

TYLKO NA

Od zawsze byłem fanem spektakularnych rekordów. Obudzony w środku nocy odpowiem, że najlepszy wynik w skoku wzwyż to 2.45 i że od 1993 r. należy do Javiera Sotomayora. Albo że dwa lata później w trójskoku Jonathan Edwards pofrunął na 18.29 i od tej pory nikt tego wyczynu nie pobił (ciekawe, że ten bogobojny facet przez jakiś czas odmawiał skakania w niedzielę, w związku z czym stracił szansę na medal MŚ w Tokio – tego dnia odbywały się tam kwalifikacje). 


Reklama

Kiedy tylko słyszę o jakimś wielkim wyniku, szeroko się uśmiecham myśląc: jak długo się utrzyma? I kim jest kozak, który go zrobił? 

Tu akurat doskonale znam odpowiedź: organizator Półmaratonu Warszawskiego Marek Tronina to były komentator sportowy, który w 1996 r. w Atlancie opowiadał widzom o innym rekordzie: polskich zapaśników. Nasi atleci wtedy oszaleli i zdobyli trzy złota! 

Jak sztuczna inteligencja wymyka się spod kontroli w polskich szpitalach


Reklama

Debiut przed milionami widzów 

Marek już wtedy – jakże by inaczej! – pobił pewien rekord: walka Ryszarda Wolnego o mistrzostwo olimpijskie, którą śledziły w TVP miliony, była jego… pierwszą transmisją na żywo. Jak mawiała Judyta w filmie „Nigdy w życiu”: „Jak kochać, to księcia, jak kraść, to miliony”!


Reklama

Sześć lat po amerykańskiej imprezie Tronina postanowił wziąć się za Maraton Warszawski – poprzedni organizatorzy poinformowali publicznie, że odpuszczają i biegu nie będzie. W wywiadzie dla Weszło opowiadał mi o tym tak:

– Ja byłem wtedy gościem, który wiosną ukończył swój pierwszy maraton, w Krakowie. Uznałem po nim, że jesienią pobiegnę w Warszawie, aż tu nagle czytam, że chyba nie spełnię tego planu, bo bieg się nie odbędzie. Szukałem wówczas pomysłu na siebie, byłem już nieco poza dziennikarskim światkiem, żyłem z tłumaczeń, zarabiałem fajną kasę, ale nie kręciło mnie to. Kiedy więc zobaczyłem jak wygląda sytuacja z biegiem, pomyślałem „to jest to, na to czekałem!”. Skrzyknęliśmy się w kilka osób w internecie i zaczęliśmy działać. 

Jak to w Polsce bywa – pospolite ruszenie przyniosło skutek, a Tronina wspomina:


Reklama

– (...) to był cud, dokładnie. Daliśmy radę, bo wszystko maksymalnie uprościliśmy. Bieg odbył się na jedenastu pętlach, załatwiliśmy od wojska namioty, hotel Europejski udostępnił nam arkady, w których zorganizowaliśmy biuro zawodów, numery startowe drukowałem w domu, żeby było taniej, i jakoś to poszło. Pomogła też Poczta Polska, dali 30 tys. zł – z dzisiejszej perspektywy jest to śmieszna suma – i zostali głównym sponsorem eventu.


Reklama

Wolniejszy od Stuhra  

W kolejnych latach Marek i jego ekipa rozwinęli się w organizowaniu biegowych eventów tak mocno, że w niedzielę na starcie zobaczymy 25 tys. osób. Początkowo plan był taki (bardzo zresztą logiczny): 20 tys. pakietów na 20. rocznicę Półmaratonu Warszawskiego, ale ludzie postanowili z niego zakpić. Wykupili je błyskawicznie, stąd decyzja o zwiększeniu liczby uczestników.

Niesamowity popyt na ten bieg rajcuje mnie na kilku poziomach. 


Reklama

Poziom 1 – Po prostu cieszy szczęście imprezy, w której startowałem kilka razy. W 2013 r. był to mój debiut biegowy, zresztą naprawdę niełatwy. Ja wiem, że to, co teraz napiszę, będzie klasyczną „drogą twojego starego do szkoły”, ale warunki wtedy były koszmarne. 24 marca wiosnę mieliśmy tylko w kalendarzu, na zewnątrz panowała zima totalna. Mróz odbierał ochotę do jakiegokolwiek ruchu, palił w płuca ze straszliwą konsekwencją. Pamiętam, że celowałem w czas poniżej 1:40 i udało się – na mecie Półmaratonu Warszawskiego miałem 1:37:15, co dało mi zaszczytne 1417. miejsce. 


Reklama

Kojarzę też, że szybszy ode mnie był wtedy… Maciej Stuhr, a wolniejszy, o całą sekundę, znajomy dziennikarz Szymon, którego ta minimalna różnica na tym maksymalnie rozciągniętym dystansie załamała na tyle, że kilka godzin później chwiał się na nogach, bynajmniej nie ze zmęczenia. Wiadomo – Polak lubi się napić bez powodu, a co dopiero gdy powód się znajdzie. 

Cztery lata temu udało się natomiast złamać te cholerne półtorej godziny, co do dziś uważam za swój największy sukces w sporcie. Podczas długiej i wyboistej drogi do niego prawie osiwiałem – latami na półmaratonach brakowało mi do tego wyniku tak niedużo, a tak wiele zarazem: czasem 40 sekund, czasem minimalnie więcej. 

Zdradzę Państwu, że przez te frustrujące próby mogłem być nawet stratny finansowo. Podczas jednej z nich, w covidowym roku 2020 w Gdańsku, wściekłość na mecie była tak duża, że zdjąłem z nadgarstka wypasiony, sportowy zegarek i bez zastanowienia cisnąłem nim o ziemię, przypominając sobie przy okazji wszystkie polskie przekleństwa. Napad szału trwał dłuższą chwilę, bo jak wiadomo mamy ich całą dywizję, tu akurat Ameryka nie ma do nas żadnego podjazdu, gdyby siłę armii określać liczbą epitetów, bylibyśmy militarną potęgą.


Reklama

Bez porozumienia w sprawie podwyżek dla pracowników szpitali. Ministerstwo Zdrowia chciało ich opóźnienia


Reklama

Szczęście, że Garmin okazał się wstrząso i bluzgoodporny, a półtora roku później z tym właśnie wysłużonym druhem na nadgarstku zaliczyłem start życia.

Biegacze jak... Mark Twain 

Poziom 2 – Znów będę mógł sobie poczytać – zupełnie za darmo, bez subskrypcji! – moje ulubione utyskiwania ever: kierowców na tych strasznych biegaczy. 

Istnieje w polskim życiu miejskim figura osobna, godna rozważań socjologów i felietonistów właśnie: człowiek w aucie śmiertelnie obrażony obecnością na drodze człowieka w butach. Egzemplarz ten długimi miesiącami jest w stanie znieść w miejskiej dżungli niekończące się korki, remonty, źle ustawione światła lub totalny brak miejsc parkingowych. Czego natomiast znieść nie może, to widok osoby, która z niepojętej dla niego przyczyny porusza się po drodze na swoich nogach. Taki kierowca natychmiast, z oburzeniem właściwym strażnikowi cywilizacji, wysyła biegnącego delikwenta do lasu. I za każdym razem brzmi tak, jakby ten las został przez Opatrzność stworzony dla sportu, a centrum miasta dla spalin, klaksonu i nerwowego przestępowania z gazu na hamulec. 


Reklama

I cała ta pretensja ma w sobie coś nie tylko śmiesznego, ale i fundamentalnie obłudnego: oto bowiem sroży się człowiek, który uznaje za naturalne, że samochód codziennie zawłaszcza ulicę, chodnik, plac, powietrze i ciszę, lecz wpada w moralną panikę, gdy biegacz zrobi to samo na kilka godzin parę razy w roku. Kierowca jest więc definicją hipokryty: nie przeszkadza mu własna, nieustanna okupacja miasta, przeszkadza mu jedynie cudza, chwilowa obecność.


Reklama

Poziom 3 – W 1897 roku amerykański pisarz Mark Twain wypowiedział kultowe zdanie: „Plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone”. To była reakcja na fałszywe doniesienia prasowe o jego rzekomym zgonie. Myślę, że biegowy światek mógłby wysłać w eter podobną wiadomość. 

Ileż to razy w ostatnich latach słyszałem, że teraz to już na pewno nadchodzi koniec polskiego boomu na maratony i na krótsze dystanse. 

Ludziom się przejadło trenowanie! Ludzie nie mają czasu, żeby się ruszać! Ludzie wolą triathlon lub crossfit! Ludzie to, ludzie tamto. Teorii były dziesiątki, wiele z nich sobie zaprzeczało. I co? I na koniec dnia Tronina i jego ekipa rozbijają bank.


Reklama

Ale wiadomo – najsprawniejsza kampania marketingowa i najbardziej okrągły jubileusz nie przyciągnąłby uczestników, gdyby regularnie nie trenowali. Zapisali się, czyli ćwiczą, ćwiczą, czyli chcą startować, startują, czyli zarażają modą kolejnych. Wspaniały jest to efekt domina, nawet jeśli wielu biegaczy po dwóch występach zachowuje się jak olimpijczycy, a do każdego startu podchodzą z takim zaangażowaniem, jakby to była misja humanitarna, a nie sympatyczne hobby.


Reklama

Panie szturmują Warszawę! 

A może przesadzam i ten wynik nakręcili obcokrajowcy? Cóż, dane temu przeczą. Fundacja Maraton Warszawski przesłała mi statystyki, z których wynika, że aż 22 860 uczestników niedzielnego biegu to Polacy. 

Cieszą mnie też inne liczby, już bez rozróżnienia na narodowość: jedna trzecia startujących to panie, a druga najliczniejsza grupa wiekowa, jaka pojawi się na trasie w niedzielę, to ludzie przed trzydziestką. Jest ich ponad 7,3 tys., co oznacza, że Gen Z też złapali treningowego bakcyla.

– Myśmy latami walczyli o to, żeby „odmłodzić” tych biegaczy, bo jednak to pokolenie 40+ było dominujące. Tymczasem w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiło się takie zjawisko, że drugą największą grupą są ludzie między 20. a 30. rokiem życia. To zjawisko ogólnoświatowe – mówił w rozmowie z Łukaszem Kijkiem w „Biznes Klasie” szczęśliwy Marek Tronina.


Reklama

Gizela Jagielska „Superbohaterką” – kontrowersje wokół nagrody i redefinicji bohaterstwa


Reklama

Podzielam ten entuzjazm, bo ten rekord świadczy o czymś więcej niż o modzie na bieganie. Świadczy o Polsce, w której wciąż chce się ludziom chcieć: wstać wcześniej, pomęczyć się bardziej, sprawdzić siebie zamiast tylko sprawdzać innych. O Polsce, w której ponad 20 tys. osób uznało, że lepiej przebiec w niedzielę półmaraton, niż przesiedzieć ten dzień przed Netflixem lub X-em, sącząc nienawiść w niemal każdym wpisie. 

A skoro tylu ludzi chce dziś biegać przez miasto, to może z tym miastem, z tym społeczeństwem i z nami samymi nie jest jeszcze tak źle, jak codziennie próbujemy sobie wmówić?