Kraj

Pamięci Joli Brzeskiej. Jak Polska zawiodła ofiary dzikiej reprywatyzacji

15 lat temu zginęła Jolanta Brzeska, warszawska działaczka lokatorska. Została spalona, a jej sprawców nie złapano do dziś. Zarazem ci, którzy nie zapobiegli przestępczemu procederowi reprywatyzacyjnemu wymierzonemu w lokatorów, dziś piastują ważne stanowiska w państwie.

Patryk Słowik
Felieton autorstwa: Patryk Słowik
01 marca
11 minut
Działaczka lokatorska Jolanta Brzeska została zamordowana w 2011 r. (fot. Shutterstock/Meo Hav/Creative Commons / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Jolanta Brzeska zasługuje na pamięć. Jeśli można ją oddać tekstem w rocznicę jej zabójstwa, warto zrobić chociaż tyle.


Reklama

Brzeska już za życia była ikoną warszawskiego ruchu lokatorskiego. Walczyła o to, by biedni ludzie nie byli brutalnie wyrzucani z mieszkań. Wtedy niektórym wydawało się, że – przepraszam za wyrażenie – stara wariatka chciałaby chronić patologię przed uczciwymi właścicielami mieszkań. Szkopuł w tym, że po latach okazało się, że patologią wcale nie byli ci lokatorzy, lecz ci ładnie ubrani, dobrze wykształceni, bogaci. Ci, którzy ludzi nazywali „wkładką mięsną”. Ci, którzy tej wkładki chcieli się za wszelką cenę pozbyć, by móc nieuczciwie dorobić się na złodziejskiej prywatyzacji. Ci, których model biznesowy przewidywał zapłacić kilkaset zł za reprywatyzacyjne roszczenia, w układzie z urzędnikami wyłudzić nieruchomość, wyrzucić za wszelką cenę lokatorów i sprzedać drogo mieszkania.

Fiasko śledztwa

Jak to możliwe, że kobieta wychodzi z mieszkania na warszawskim Mokotowie, znika, po czym po kilku dniach szczątki jej ciała zostają znalezione w Lesie Kabackim – i nikt nic nie wie, nikt nie jest w stanie ustalić, jak do tego doszło?


Reklama

Polska prokuratura zawiodła na całej linii. Przez 15 lat usiłowała znaleźć dowody na to, kto w brutalny sposób zabił Brzeską. I nie znalazła.


Reklama

Politycy i prokuratorzy przerzucają się odpowiedzialnością, kto odpowiada za fiasko śledztwa, ale fakt jest taki, że nie ustalono sprawcy okrutnej zbrodni. Jednocześnie niemal nikt nie ma wątpliwości, że doszło do niej w związku z działalnością społeczną Brzeskiej: bo któż inny miałby jakikolwiek powód, aby pozbyć się niezamożnej starszej kobiety?

Brzeska wiedziała więcej

Przed napisaniem tego tekstu chciałem nazwać Jolantę Brzeską wizjonerką. Układałem sobie tekst w głowie i pasowała mi teza, że Brzeska wyprzedziła o kilka lat innych. Ale przecież byłoby to założenie fałszywe. Jolanta Brzeska nie tyle przewidziała dziką reprywatyzacją, co była jej ofiarą. Po prostu inni, tak – ja też, byli ślepi i głusi na wołanie o pomoc.

Łatwo było przyjąć, że „lewactwo gardłuje”, że „nie kwestionujmy prawa własności”, że „po jednej stronie mamy gadającą babkę, a po drugiej decyzje urzędników i wyroki sądów”.


Reklama

Przykładowo gdy Jolanta Brzeska i inni mówili o tzw. rugach lokatorskich, większość uznawała, że przesadzają.


Reklama

Odcinanie prądu, gazu, wody? Pobicia starszych ludzi? Ba, przypadki zamurowywania okien i drzwi? I to wszystko w stolicy dużego europejskiego państwa, w XXI wieku? Nie no, na pewno przesadzają.

Po latach, już po tragicznej śmierci Jolanty Brzeskiej, do wielu z nas dotarło, że nie przesadzali. A liczbę pokrzywdzonych lokatorów szacuje się na od 20 do 40 tys. osób.

Obojętni urzędnicy

W 2015 r., jeszcze jako względnie młody dziennikarz, zacząłem zajmować się reprywatyzacją warszawską. O tym, jak to się zaczęło, pisałem już kiedyś w Wirtualnej Polsce, ale na pewno wielu z Was nie widziało tamtego tekstu.


Reklama

Otóż we wspomnianym 2015 r., wtedy jeszcze jako dziennikarz w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, zajmowałem się m.in. dziennikarstwem interwencyjnym. Któregoś dnia do redakcji przyszła starsza pani, miała zapewne nieznacznie powyżej 70 lat. Opowiadała, że przestępcy chcą ją wyrzucić z mieszkania, że są awantury na klatce schodowej, że coraz częściej w kamienicy są podpalenia. Wreszcie – że sąsiada pobiło dwóch osiłków.


Reklama

Lokatorzy poszli do urzędu miasta, ale nic nie załatwili. Powiedziano im, że mogą iść na policję. A policja – jak opowiadała starsza pani – nic nie robi.

W pewnym momencie pani padła na kolana i zaczęła mnie błagać, bym jej pomógł. By – jak szlochała – mogła umrzeć w spokoju, we własnym rodzinnym mieszkaniu.

Czułem się przeraźliwie głupio. Powiedziałem, że wezmę od niej wszystkie dokumenty i sam załatwię sprawę w urzędzie miasta. Trochę jako dziennikarz, trochę z poczucia obywatelskiego obowiązku.


Reklama

Odezwałem się więc do ratusza, poprosiłem o rozmowę z kimś ważnym – jeśli prezydent nie ma czasu, to może wiceprezydent? Albo dyrektor departamentu? Ewentualnie urzędnik, który zajmuje się tego typu sprawami...


Reklama

Afera reprywatyzacyjna dotknęła w największej mierze stolicę Polski, Warszawę. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Niestety w urzędzie nikt nie miał czasu. Przekazano mi w wydziale prasowym, że urzędnicy nie chcą oceniać, kto ma rację w reprywatyzacyjnym sporze. Nikt nie wypowie się, czy starsza zastraszana kobieta jest zastraszana w majestacie prawa, czy też niezgodnie z obowiązującymi przepisami.

Kilka miesięcy później, po zapoznaniu się lepiej ze sprawą, wróciłem do urzędników ratusza z pytaniem już bardziej bezczelnym: dlaczego miasto bez wyraźnego oporu przekazuje majątki hochsztaplerom? Stołeczny urzędnik odpowiedział mi: „A to pana, że się pan tak troszczy?”.


Reklama

Wtedy mnie zatkało. Dziś wiem, że powinienem był odpowiedzieć, że trochę moje.


Reklama

Kamienica za 50 zł

Mam apel: nie mieszajmy reprywatyzacyjnych patologii z prawem własności, dla niektórych „świętym”. W całej tej dyskusji w ogóle – wbrew propagandzie różnej maści krętaczy i pospolitych bandytów – nie chodziło o to, czy należy oddać komuś coś, co wiele lat temu państwo odebrało.

Wokół reprywatyzacji warszawskiej powstał cały przemysł, wręcz można rzec – reprywatyzacyjna taśma.

W 2022 r. dokładnie to policzyłem. Okazało się, że od 2002 r. do 2022 r. na rzecz osób, które kupiły roszczenia reprywatyzacyjne, wydano co najmniej 315 decyzji zwrotowych. „Co najmniej” oznacza, że na pewno było ich więcej, bo część postępowań nie była odpowiednio ewidencjonowana w księgach stołecznego ratusza, a w latach 90. XX wieku też zwracano nieruchomości kupcom roszczeń, ale nie zachowały się na to dowody w rejestrach zwrotów.


Reklama

Kupcy dostali od miasta majątek o wartości co najmniej pięciu mld zł, przy czym mowa o wartości sprzed lat – dziś nieruchomości te zapewne są warte dwa, trzy, a może i cztery razy więcej.


Reklama

Rekordowy był 2014 r., kiedy to kupcy roszczeń stanowili ponad 25 proc. wszystkich osób, którym urzędnicy postanowili oddać nieruchomość w ramach odszkodowania za krzywdy sprzed lat.

Warto tu jednak postawić pytanie: jakie krzywdy poniósł ktoś, kto masowo skupował roszczenia? Czasem kupowano drogo, ale niekiedy po kilkaset zł. Rekordowy przypadek to była transakcja za 50 zł.

I ktoś może teraz spytać: dlaczego ktoś sprzedawał swoje roszczenie tak tanio, skoro chwilę później ktoś w zamian za roszczenie dostawał kamienicę w Warszawie? Odpowiedź jest prozaiczna: wielu uczciwych ludzi starało się o zwroty przez dziesięciolecia. Bez skutku. A kombinatorzy potrafili otrzymać nieruchomość od urzędników w kilkadziesiąt – ale nie lat, tylko dni.


Reklama

Śrubki i przecinek

W warszawskim ratuszu działała zorganizowana grupa przestępcza. Przy czym to nie moje słowa (choć się z nimi zgadzam), lecz Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wypowiedziała je w 2017 r. jako prezydent Warszawy.


Reklama

Jako dziennikarze byliśmy zszokowani. Oto bowiem szefowa magistratu przyznaje, że pod jej nosem działali bandyci. Pytaliśmy więc o odpowiedzialność prezydent miasta, która formalnie przez długi czas osobiście nadzorowała biuro odpowiedzialne za kwestie reprywatyzacyjne.

Hanna Gronkiewicz-Waltz była prezydentem Warszawy od 2006 do 2018 r. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Czy jeśli w fabryce dużego koncernu rozsypią się śrubki na podłodze, to kieruje się skargę do prezesa koncernu? – odpowiedział pytaniem Piotr Rodkiewicz, dyrektor biura spraw dekretowych, bliski współpracownik Gronkiewicz-Waltz.


Reklama

Powiedziałem, że nie należy używać takich porównań. Bądź co bądź mówimy o krzywdzie tysięcy ludzi. Rodkiewiczowi jednak porównanie się podobało.


Reklama

Jeszcze bardziej niż porównaniem do śrubek zasłynął jednak odkrytą przez warszawskich aktywistów i przeze mnie sprawą „jednego przecinka”.

Okazało się bowiem, że z urzędniczej ściągi, którą posługiwano się w magistracie przy zwracaniu nieruchomości, usunięto jeden znak interpunkcyjny, znajdujący się w dekrecie Bieruta (który wciąż był podstawą prawną zwrotów). Tym samym stołeczni urzędnicy mogli nie zwrócić wielu nieruchomości, ale to zrobili – bo ten jeden przecinek wypaczył sens istniejącego od kilkudziesięciu lat przepisu. Akurat, tak się przypadkowo złożyło, że wypaczył na korzyść kombinatorów, a nie urzędu.

– W tej sprawie mogło być tak, że ktoś popełnił raz błąd, którego nikt nie zauważył, a potem metodą kopiuj-wklej ten błąd powielany był bezwiednie – powiedział mi Rodkiewicz w 2017 r. Ot, zwykły błąd. Kosztował miasto najskromniej kilkaset mln zł.


Reklama

Jest przyszłość po aferze

Wydawało się, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, ponosząca co najmniej polityczną odpowiedzialność za aferę reprywatyzacyjną, zniknie z życia publicznego. Nie dość, że nie zniknęła, to dostała w prezencie „emeryturę” w Parlamencie Europejskim. Koalicja Obywatelska wystawiła ją na dobrym miejscu w wyborach. Ludzie co prawda Gronkiewicz-Waltz i tak nie wybrali, ale szybko z europarlamentarnego stanowiska zrezygnował Marcin Kierwiński i na jego miejsce weszła była prezydent stolicy.


Reklama

Piotr Rodkiewicz, specjalista od śrubek i kopiowania, jest dziś wiceprzewodniczącym rady nadzorczej Krajowej Grupy Spożywczej. Aktywnie wypowiada się w mediach społecznościowych, gdzie na swojej tablicy udostępnia najpodlejsze treści umieszczane przez anonimowe konta. Przykładowo w 2023 r. za stosowne uznał określenie nieżyjącego Lecha Kaczyńskiego mianem „żula z Żoliboża” (pisownia oryginalna).

Cztery winy państwa

Polskie państwo zawiodło czterokrotnie. Najpierw, po raz pierwszy, zawiodło Jolantę Brzeską. Kobieta przez lata zwracała uwagę na patologię, ale nikt, kto był w stanie jej pomóc, nie słuchał. Traktowano działaczkę społeczną z góry. Uznawano, w najlepszym razie, że na pewno nie ma racji. W gorszym – urzędnicy wiedzieli, że ma rację, ale celowo wspierali oprawców, a nie ofiary.

Drugi zawód to śledztwo w sprawie zabójstwa Jolanty Brzeskiej. Takie zbrodnie muszą być wyjaśniane, a sprawcy muszą być znalezieni i ukarani.


Reklama

Trzeci zawód to cała afera reprywatyzacyjna (jej wybuch związany był z tekstem „Gazety Wyborczej” pt. „Komu działkę”, w którym dziennikarki powiązały warszawskich urzędników z osobami otrzymującymi zwroty nieruchomości) i wszystko, co się wokół niej działo. Do dziś pozostała w dużej mierze kwestią medialną. Wielu oszustów nigdy nie trafiło na ławę oskarżonych. Niektórzy spośród tych, którzy trafili, wybronili się jakoś, bo śledczy dużo opowiadali w mediach, ale kiepsko im szło z gromadzeniem materiału dowodowego. Ewentualnie usłyszeli śmiesznie niskie wyroki. Rozkradziony publiczny majątek zaś w przytłaczającej większości do miasta nie wrócił.


Reklama

Po czwarte wreszcie – nie istnieje u nas w ogóle odpowiedzialność polityczna i urzędnicza. Kierująca ratuszem, w którym przez lata działała zorganizowana grupa przestępcza, dostała stołek w europarlamencie i opowiada nam wszystkim o praworządności.

Urzędnik, który bronił patologii reprywatyzacyjnych, jest dziś w państwowej spółce, gdzie znów dogląda dbania o publiczny majątek.

Tyle zostało z dzieła Jolanty Brzeskiej.