Więziona przez 27 lat, żyjąca w swoich odchodach. Mirella. Krótkie włosy, przyjazna twarz, dziś już po czterdziestce. Została zwrócona oprawcom. Prokurator przez kilka miesięcy nie przesłuchał i nie przeprowadził badań psychiatrycznych rodziców tej biednej kobiety. Nie było czasu, więc na razie – niech „opiekują” się dalej. Z mieszkania dochodzą krzyki, odgłosy bicia, a wzywana policja nie jest wpuszczana do środka.
– Dzień dobry panie Josefie. Znaleźliśmy pańską córkę, błąkała się po okolicy. Ale proszę się nie martwić, właśnie wieziemy ją z powrotem do pana.
– To podjedźcie pod wejście do piwnicy.
Sam sobie zadaję pytanie, czy przesadzam. A może taki komunikat naprawdę mógłby usłyszeć Josef Fritzl, gdyby urzędował nie w Austrii, tylko w Polsce.
– Ma pani swoje mieszkanie?
– Nie, nie mam, byłam zamknięta przez 27 lat.
– Może ma pani znajomych, u których mogłaby się pani zatrzymać?
– Nie znam nikogo, byłam przecież zamknięta przez 27 lat.
– To gdzie się pani podzieje?
– Nie wiem.
– To może odwieziemy panią z powrotem do domu.
Monika Krześniak odwiedziła Mirellę. Zastała koszmar
Można tworzyć fikcyjne dialogi, ale problem polega na tym, że fikcja niebezpiecznie zaczyna się mieszać z rzeczywistością, a to, co niedawno wydawało się niemożliwe, dziś jest stwierdzone. Polskie instytucje zwróciły Mirellę do miejsca, w którym spędziła poprzednie 27 lat. Mam przed sobą zdjęcia ze szpitala. Nogi kobiety wyglądają tak, jakby trzeba je było amputować. Fotografie pościeli, albo raczej posłania, w którym Mirella żyła, aż śmierdzą — można sobie wyobrazić swąd, gdy widzi się te fekalia.
Gdy podczas zebrań redakcyjnych w październiku zgłaszano mi ten temat, zadawałem sobie pytanie: a może jednak to nie z rodzicami jest problem, tylko właśnie z tą Mirellą? Może zrozpaczeni rodzice musieli patrzeć, jak ich córka zatraca się w szaleństwie i świadomie izoluje od świata. Jednak odkąd nasza reporterka Monika Krześniak pojechała odwiedzić tę rodzinę, wydaje mi się to nieprawdopodobne. Przemoc fizyczna i psychiczna, krzyki, groźby karalne, patologia i unoszące się w powietrzu czyste szaleństwo. Wystarczyło raz podejść pod drzwi, nawet nie trzeba było podsłuchiwać. Wystarczyło stanąć na klatce schodowej, by było jasne, że powrót Mirelli do tego domu to decyzja kuriozalna, po prostu niewytłumaczalna, nie do wiary.
Kto pozwolił, by Mirella wróciła do domu?
Niewytłumaczalne jest jednak przede wszystkim, co innego – jak można „zwrócić” Mirellę do domu, do jednego pokoju, w którym spędziła 27 lat, nie sprawdzając uprzednio, czy jest to dom, w którym jest dręczona przez oprawców. Od października, kiedy ujawniono tę szokującą sprawę, do momentu nagrania przez Kanał Zero reportażu, rodzice Mirelli nie zostali przesłuchani. Może ja się naoglądałem za dużo filmów, może mnie się wydaje, że wszystko da się zrobić szybko i sprawnie, może jestem zbyt naiwny i nie znam życia, ale przepraszam bardzo: przesłuchanie rodziców Mirelli wydawało mi się pierwszą czynnością, jaką należy wykonać. A już w głowie mi się nie mieści, że można takiego przesłuchania, a także badania psychiatrycznego, nie przeprowadzić całymi miesiącami i jednocześnie zwrócić więzioną kobietę w to samo miejsce. To jest właśnie scena jak z thrillera: ofiara wymyka się porywaczom, wybiega na drogę prosto pod nadjeżdżające auto, prosi o ratunek, wsiada, a potem okazuje się, że kierowcą jest kolega oprawców.
Albo nie kolega, tylko państwowy idiota.
„Nie stwierdzono, że była więziona” - zaraz odpowie pani prokurator. Jeśli ktoś chce zobaczyć się z Mirellą, grozi się mu śmiercią. Ona sama znowu przebywa w zamknięciu. Słychać przez drzwi, że jest bita. Władzę nad nią mają ewidentnie zaburzeni rodzice – co piszę z pełną świadomością. Nie jest możliwe, by rodzic, który nie jest zaburzony, po prostu zaakceptował fakt, że córka nie wychodzi z domu przez 27 lat, nie jest możliwe, by rodzic nie szukał pomocy u specjalistów, nie zapraszał koleżanek do domu, nie próbował naprawić sytuacji. Ale teraz – dzięki reportażowi Moniki Krześniak – dodatkowo mamy dowody, że ci ludzie znęcają się nad córką, nie wpuszczają policji, grożą sąsiadom. To ich, a nie Mirellę, należy jak najszybciej izolować. Trzeba ich pilnie rozdzielić od córki.
My to wiemy, pani prokurator nie – ponieważ przez kilka miesięcy nie miała czasu ich przesłuchać. Jeszcze mówi do kamery, że wszystko jest pod kontrolą, a Mirelli nic nie zagraża. Może niech się pani wprowadzi do tego mieszkania, chociaż na kilka godzin? Albo, chociaż postoi na klatce schodowej.
Państwo dołączyło do dręczycieli
Wszystko wskazuje na to, że mówimy tu o osobie uwięzionej. Aktualnie prokurator jest współwinny uwięzienia Mirelli. Oprawcami tej biednej kobiety są rodzice i aparat państwowy. Państwo miało obowiązek pomóc, ale zamiast to zrobić – jeszcze bardziej zaszkodziło. Po prostu podłączyło się pod dręczycieli i idzie z nimi ramię w ramię. Mimo zainteresowania mediów, mimo telewizyjnych kamer. Przerażające.
Nasuwa się wiele pytań. Czy pani prokurator jest w stanie cokolwiek zrobić w tempie szybszym niż „za kilka miesięcy”? Czy pani prokurator czuje się odpowiedzialna za konsekwencje swoich decyzji? Czy pani prokurator myśli, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, by uchronić Mirellę? Ale można też zapytać krócej: czy pani prokurator myśli?
Tylko to już są pytania retoryczne.
Najważniejsze pytanie, całkiem praktyczne, jest do ministra Waldemara Żurka: czy ta pani prokurator została już odsunięta od wszelkich powierzonych jej zadań?

