Informacji o zaogniającym się konflikcie na Bliskim Wschodzie poświęcamy minutę. Dwie, jeśli akurat mamy wolniejszy internet. Potem zajmujemy się problemie influencerów uwięzionych w Dubaju, co w istocie jest dramatem logistycznym, a nie egzystencjalnym, ale kto by się dziś bawił w takie rozróżnienia. Zachowujemy się tak, że rodzi się pytanie: czy dzisiejszego człowieka cokolwiek może jeszcze naprawdę wzruszyć? Czy coś jest w stanie zatrzymać go dłużej niż trwa relacja w social mediach?
Ilu z nas pamięta o trzęsieniu ziemi na Haiti z 2021 roku? Siedem tysięcy ofiar – liczba poważna, niemal biblijna – a jednak już przysypana kurzem kolejnych powiadomień. Kto wspomina dziś w rozmowach wojnę domową w Sudanie, która pochłonęła setki tysięcy istnień i wypędziła miliony ludzi z domów? Te tragedie istnieją w naszej pamięci w sposób czysto teoretyczny. Są jak lektury szkolne – wiemy, że były, ale szczegółów nie kojarzymy, a emocje dawno wyparowały.
Czy przechodzenie do porządku dziennego nad kolejnymi kataklizmami i wojnami oznacza, że stajemy się pozbawieni jakiejkolwiek wrażliwości? Zupełnie wypłukani z resztek empatii, a żeby coś naprawdę na dłużej przykuło naszą uwagę, musiałaby to być rakieta, która – za przeproszeniem – pierdo... w blok obok naszego?
Część mnie każe odpowiedzieć twierdząco i wygłosić w tym miejscu tyradę o moralnym upadku. Byłoby to jednak zbyt proste, dlatego w wewnętrznej walce wygrywa druga część – ta bardziej niepokorna, uciekająca od banału. Podpowiada mi, że problem nie leży w naszej wrażliwości.
Tylko w spadku jej wartości.
Niemal każdego dnia dostajemy porcję bodźców, które jeszcze pół wieku temu wystarczyłyby człowiekowi na lata: wojna, zamach, głód, trzęsienie ziemi, katastrofa lotnicza, dramat dziecka. Wszystko w jakości HD, z komentarzem ekspertów i muzyką w tle. Nasz układ nerwowy, ten staromodny organ zaprojektowany do reagowania na wilka w lesie albo pożar w sąsiedniej wiosce, nagle musi obsłużyć pięć apokalips przed kolacją.
Nasze mózgi odpowiadają na zagrożenie bardzo konkretnie – pojawia się wyrzut kortyzolu, adrenalina, mobilizacja. Organizm wchodzi w tryb „walcz albo uciekaj”. Problem w tym, że tutaj nie możemy robić jednego ani drugiego.
Nie pobiegniemy przecież do Sudanu. Nie zatrzymamy rakiety nad Kijowem. Nie cofniemy pęknięcia ziemi na Haiti. W efekcie ciało się spina, a potem… nie ma gdzie rozładować tego pobudzenia. Pozostaje więc jedyne rozsądne rozwiązanie – oszczędzać. Ograniczyć wydatki emocjonalne. Wprowadzić racjonowanie wzruszeń.
Może więc wcale nie chodzi o to, że nic nas nie wzrusza – może wzrusza nas wszystko, ale tylko na chwilę? Bo emocje, kiedy są podawane w nadmiarze, tracą wartość. Są pieniądzem w czasach hiperinflacji – im więcej dramatów w obiegu, tym mniej znaczy każdy z osobna.
Być może w związku z tym nauczyliśmy się przeżywać tragedie w sposób, który nie niesie za sobą żadnych konsekwencji. Dajemy sobie chwilę na refleksję, klikamy serduszko. Udostępniamy. Przeżywamy mikrożałobę. A potem wracamy do własnego życia z czystym sumieniem, bo przecież nie pozostaliśmy obojętni, prawda? Prawda?
Świat płonie regularnie, a my – z mieszaniną przerażenia i przyzwyczajenia – oglądamy kolejne pożary jak sceny serialu. Dyskutujemy, analizujemy, czasem nawet się oburzamy. A potem przychodzi nowy odcinek. I nagle okazuje się, że poprzedni pamiętamy już tylko z niewyraźnych memów…

