Dla jednych było to szokiem, dla innych oczekiwaniem, a pozostałych zupełnie to nie obeszło – ale 26 maja 2026 r. skończyła się w krakowskim magistracie era Aleksandra Miszalskiego. Młody i ambitny polityk wkrótce stracił także władzę w lokalnej Koalicji Obywatelskiej i od tego czasu słuch o nim zaginął (nie licząc popijawy przy Rynku Głównym w wolnym czasie, na politycznej emeryturze).
Blisko trzy miesiące od tego przełomowego wydarzenia – po raz pierwszy w historii polskiej demokracji prezydent tak dużego miasta stracił urząd w połowie kadencji – Gród Kraka wciąż nie ma prezydenta, a kolejka chętnych osiągnęła zawrotnie hazardową liczbę.
21 śmiałków i śmiałkiń chce zmierzyć się z rekordowym długiem, rosnącą frustracją mieszkańców związanych ze Strefą Czystego Transportu, planem ogólnym, korkami w mieście, brakiem metra i – być może sprawą, która umyka – brakiem długofalowej wizji rozwoju miasta jako drugiego po Warszawie wiodącego ośrodka w kraju.
Kraków bez pomysłu
Można zaklinać rzeczywistość, wyśmiewać wszystkie galicyjskie przywary czy inkluzywność nadwiślańskiej osady – ale faktem jest, że Kraków od lat mierzy się z kryzysem tożsamości. W starszych rocznikach dominuje warszawo-sceptycyzm (dyplomatycznie rzecz ujmując), w młodszych panuje obawa o zatrudnienie (ostatnie masowe zwolnienia w międzynarodowych korporacjach szerokim echem obiły się w mediach ogólnokrajowych). Miasto szczycące się byciem niegdysiejszym ośrodkiem kulturalnym – wymienić by tu Teatr Stary w latach 70. będący jedną z 10. najważniejszych scen europejskich – również i w tej materii oddało pole swoim wojewódzkim rywalom.
Przełomową inwestycją wydawałoby się metro – wśród mieszkańców oraz elit zapanowała wyjątkowa zgodność co do budowy szybkiej podziemnej przeprawy, dodatkowo potwierdzonej 12 lat temu w referendum. I do dziś, a mamy czwartek, nie udało się zrobić w zasadzie niczego.
Wyjątkową szczerością w tej materii wykazał się p.o. prezydenta Krakowa, który w przypływie chwili szczerości ocenił, że realny termin rozpoczęcia budowy krakowskiego metra to lata 2040–2045.
– Termin na 2030 r. nie był ściemą. Ale niekoniecznie wynikał ze znajomości twardych realiów, a te realia są, jakie widzicie – przyznał urzędnik. Mimo licznych prób sondowania i podchodów były zastępca Miszalskiego wykluczył start w wyborach (w przeszłości otarł się o drugą turę).
Tym samym reprezentantką Koalicji Obywatelskiej w sojuszu z Polskim Stronnictwem Ludowym została senator Monika Piątkowska. Do kampanii rusza pod szyldem niezależnym „Ponad podziałami”, stosując stary trick obywatelskości kandydata. Tej samej Platformy Obywatelskiej, która podważała sens referendum, zarzucając rozprzestrzenianie fejków w sieci, i namawiała do pozostania w domu w dzień święta demokracji.
– Mieszkańcy są bardzo zmęczeni polityką, brutalną kampanią, nagabywaniem z każdej strony, gazetkami, ulotkami, indoktrynacją, która wylewa się z każdej ulicy – mówiła Piątkowska w niemalże godzinnym wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”, z którego absolutnie nic nie wynikało, może poza poszukiwaniem straconego czasu.
Czas marnuje zresztą sama kandydatka, która w ostatnich tygodniach od namaszczenia przez Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza w ogrodach Kancelarii Premiera nie przejawiała żadnej kampanijnej aktywności. Wynikać to mogło z bierności głównego kandydata do przejęcia fotela prezydenta miasta.
Po raz czwarty sięgnąć po niego będzie chciał Łukasz Gibała – finansowy spiritus movens ostatniego referendum.
– To będzie krótka kadencja, ona będzie też bez jakichś wielkich projektów, bo nie łudźmy się, w dwa lata nie da się nic wielkiego zrobić. Ona będzie raczej polegała na załatwianiu codziennych spraw Krakowian i przywróceniu normalności – przyznał podczas inauguracyjnej konferencji lider „Krakowa dla mieszkańców”. Wydaje się, że jest jedynym kandydatem, który mierzy siły na zamiary. Być może stoi za nim 16 letnie doświadczenie trzykrotnych porażek i świadomość bycia opozycją w Radzie Miasta.
Tym razem Gibała startuje nie z pozycji underdoga, lecz lidera stawki i to ze wszystkimi tego słabościami. W kampanii przypominana będzie mu polityczna przeszłość, rodzinne koligacje, finansowanie ostatniego plebiscytu.
Podzielona lewica walczy o siebie
W stawce liczy się jeszcze Michał Drewnicki, który w ostatnich tygodniach prowadzi kampanię terenową, odwiedza przede wszystkim wschodnie rejony miasta, gdzie ma największe szanse na „urwanie” punktów procentowych koniecznych do wejścia do drugiej tury. Jako jedyny próbuje także narzucić wiodący temat kampanii, choć w licytacji na obietnice w sprawie najmu krótkoterminowego nie jest odosobniony.
Tutaj prym chcą wieść polityczki lewej strony – Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca. Obie jednak startują dla samego startu – dla tej pierwszej będzie to próba sondowania swoich szans w walce o przyszły mandat parlamentarny i – w dłuższej rozgrywce – próba wyrąbania swojego poletka we władzach formacji rządzonej przez Włodzimierza Czarzastego.
Dla Owcy to z kolei pierwszy tak ważny test wyborczy – do tej pory udało się jej zdobyć mandat radnej Krakowa (co ciekawe z list formacji Łukasza Gibały), wcześniej w 2023 r. poległa na liście Lewicy do Sejmu. Dla współprzewodniczącej Partii Razem – podobnie jak dla Gosek-Popiołek, której robiła kampanię wyborczą trzy lata temu – będzie to rozgrzewka przed 2027 r.
Obiecująca stawka kandydatów folkloru
Nawet najnudniejsza kampania wyborcza rządzi się pewnymi prawami, a immanentną jej cechą są tzw. kandydaci folkloru (inni obraźliwie nadają im łatkę planktonu). W Krakowie w tym roku obrodziło ich bez liku: na liście znalazła się Marianna Schreiber – kiedyś żona wpływowego ministra PiS, dziś bijąca się w federacjach freakfighterskich i żądna publicznej atencji. Ostatni jej występ w lokalnym radiu urósł do rangi rolki internetowej, w której zapewniała, że kierowcy „niech jeżdżą czym chcą”, nawet jeśli nie mają ważnych badań technicznych.
Upadłą gwiazdę top-model ścigać próbuje Marta Ratuszyńska. Jej związek z Krakowem jest nad wyraz solidny, gdyż będąc częścią formacji „Dobry Radom” założyła właśnie komitet „Krakowska Bajka”. Wśród jej pomysłów znalazły się budowa nowych basenów, także na Rynku Głównym oraz wspólne przedsięwzięcia z sektorem kosmicznym. Aha – i jeszcze śpiewa krakowiaka połączonego z disco. Sukces na przedostatnie miejsce murowany.
Stawkę przebił jednak były radny Łukasz Wantuch. – Nie będę miał plakatów, okrąglaków ani reklam w telewizji. Mam konkretny program, którym chcę wygrać wybory – zadeklarował. I chwilę później wyciągnął królika z kieszeni: kupon gastronomiczny 20/50 (bynajmniej nie jest to związek z partią Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz).
Pomysł jest prosty – idziesz do knajpy, płacisz 20 złotych a jesz za 50 złotych.
– Kupon może pomóc krakowskiej gastronomii, a nawet więcej — może rozkręcić mechanizm, który później będzie działał sam – przekonywał Wantuch. Milton Friedman nawet go kiedyś opisał – tak się rozkręca inflacja.
Zatem pod Wawelem potwierdza się konserwatywna zasada: Nikt ci tyle nie da, ile polityk jest w stanie obiecać.


