„Bezpieczeństwo nie może być przedmiotem sporu politycznego” – mówił prezydent Karol Nawrocki w przemówieniu z dnia 15 sierpnia 2025 r. z okazji święta wojska polskiego.
„Nie możemy narazić Polski na żadne ryzyko. Musimy wykorzystać każdą najmniejszą szansę, aby Polska wyszła bezpieczniejsza z tego zakrętu, a nie bardziej zagrożona. To zależy od nas wszystkich, od wygaszenia niepotrzebnych emocji, od zrozumienia istoty polskiej racji stanu” – to z kolei premier Donald Tusk w Sejmie w dniu 20 lutego 2025 r.
A teraz przejdźmy do ostatnich godzin.
– To jest rodzaj szantażu. To szaleństwo wokół tego SAFE wskazuje na to, że jego funkcje są związane nie tylko ze zbrojeniami, ale także z czymś innym. A są rzeczywiście związane z tym (…), żeby potem można było na nowo przeprowadzić zaplanowany proces jednoczenia Europy, a w szczególności tej części Europy, pod hegemonią Niemiec – powiedział w Sejmie Jarosław Kaczyński
– Antek, świrze, gdzie są caracale, gdzie są mistrale za jedno euro, gdzie są dowody na zamach smoleński? – zwrócił się w Sejmie Radosław Sikorski do Antoniego Macierewicza.
I jeszcze Szymon Hołownia, który namawia Włodzimierza Czarzastego, aby skorzystał z „zamrażarki sejmowej” przy prezydenckim projekcie.
Nie miejmy złudzeń
Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia, że bezpieczeństwo państwa będzie w Polsce choćby na chwilę wyjęte spod logiki partyjnej walki, ostatnie tygodnie rozwiały je bez reszty. Program SAFE miał być instrumentem wzmacniania zdolności obronnych. W praktyce stał się kolejną amunicją w politycznej wojnie. Jedyną, jaka powstała i może powstać przy pomocy SAFE. Bo ta prawdziwa, tak samo, jak reszta uzbrojenia oddala się z każdym krzykiem z mównicy sejmowej.
Mechanizm jest aż nadto dobrze znany. Jedna strona ogłasza, że projekt to jedyna racjonalna droga w obliczu zagrożeń. Druga odpowiada, że to albo kosztowna iluzja, albo polityczny interes przeciwnika. Potem zaczyna się spirala oskarżeń – o niekompetencję, zdradę, działanie na rzecz obcych interesów. A gdzieś w tle ginie pytanie najważniejsze: czy rozwiązanie rzeczywiście zwiększa bezpieczeństwo państwa.
Dobrze znany mechanizm
Problem w tym, że bezpieczeństwo nie działa w rytmie kampanii wyborczej. System obronny buduje się latami – często ponad jedną kadencję parlamentu i jedną ekipę rządzącą. To oznacza konieczność minimalnego choćby konsensusu. Bez niego każdy kolejny rząd zaczyna od poprawiania poprzedników, a strategiczne projekty zamieniają się w polityczne wahadło.
Program SAFE właśnie wpadł w taki mechanizm. Zamiast spokojnej rozmowy o kosztach, terminach i realnych zdolnościach armii mamy festiwal emocji. Jedni straszą katastrofą, drudzy oskarżają o sabotaż. W efekcie debata coraz mniej przypomina rozmowę o bezpieczeństwie, a coraz bardziej – kolejną odsłonę partyjnego sporu o wszystko.
Paradoks polega na tym, że wszyscy deklarują dokładnie to samo. Każda strona zapewnia, że działa w imię polskiej racji stanu. Każda przekonuje, że to ona myśli o bezpieczeństwie państwa w długiej perspektywie. Problem w tym, że gdy przychodzi do konkretów, racja stanu bardzo szybko zaczyna mieć barwy partyjne.
I tak oto wracamy do punktu wyjścia. Bezpieczeństwo miało być poza sporem politycznym. W praktyce stało się polem bitwy, na którym każdy strzał jest polityczną ripostą, a Polska w centrum – jak miasto oblężone, które wciąż czeka, kto wreszcie opanuje chaos, zanim prawdziwe zagrożenie uderzy.

