Biznes

Trudniej będzie o etat i podwyżkę. "Czarnych chmur jest całkiem sporo"

Na rynku pracy nie jest ani tak źle, jak mówi opozycja, ani tak dobrze, jak przekonuje rząd. Ale po tłustych siedmiu latach rynku pracownika czeka nas… czas niedopasowań. Czytaj: o pracę i podwyżki może być trudniej.

Bartosz Marczuk
Felieton autorstwa: Bartosz Marczuk
25 lutego
8 minut
Liczba osób zgłoszonych w 2025 r. do zwolnień grupowych wyniosła blisko 100 tys. To rekord od czasu kryzysu finansowego z 2009 r. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Trauma. Chyba tak można określić zbiorowe doświadczenie Polaków związane z bezrobociem. Prześladowało nas ono przez ćwierć wieku po upadku PRL i wydawało się, że ok. 10 lat temu skutecznie zakopaliśmy tego demona w grobie. Niestety wciąż podnosi głowę, choć nie ma już mowy o powrocie do dwucyfrowych wskaźników. Ratuje nas tu tym razem… demografia.


Reklama

Czarne chmury nad pracą

Luty 2003 r. To wtedy pada polski rekord bezrobocia. Wskaźnik dobija do niewyobrażalnego dziś poziomu niemal 21 proc. W urzędach pracy zarejestrowanych jest – uwaga! – blisko 3,35 mln osób. Dziś martwimy się, gdy wskaźnik wynosi 6 proc., a w urzędach mamy 0,93 mln bezrobotnych.

Nie ma w tym jednak nic dziwnego. Przed ćwierć wieku – od początku transformacji do mniej więcej 2015 r. – Polacy żyli w czasach permanentnego braku pracy, złych warunków zatrudnienia, byle jakich umów i ochrony. To m.in. dlatego tuż po wejściu do UE, w latach 2004-2006 z kraju wyemigrowało ok. 1,5 mln rodaków. Głównie młodych. Sytuacja zaczęła zmieniać się dopiero w latach 2015-2016, kiedy na trwale pożegnaliśmy dwucyfrowy poziom bezrobocia, a interwencje na rynku pracy – takie jak wdrożenie od 2017 r. stawki godzinowej, ograniczenie czasowych kontraktów czy podwyżki płacy minimalnej, połączone z bardzo dobrą koniunkturą gospodarczą pchającą też w górę płace – sprowadzają wskaźniki bezrobocia do poziomu ok. 5 proc. Także w porównaniach międzynarodowych zajmujemy wtedy miejsca na podium w UE. I zaczynamy mówić o rynku pracownika.

To pokoleniowe doświadczenie każe nam być szczególnie wyczulonym na jakiekolwiek złe informacje z rynku pracy. A w ostatnim czasie mamy ich sporo. Wskaźnik bezrobocia skoczył do poziomu nieoglądanego od czerwca 2021 r., czyli jeszcze okresu pandemicznego. Liczba osób zgłoszonych w 2025 r. do zwolnień grupowych: blisko 100 tys. To rekord od czasu kryzysu finansowego z 2009 r.! I nawet jeśli odejmiemy od tej liczby zwolnienia zgłoszone przez Pocztę to i tak jest ona szczególnie wysoka. Kolejna zła informacja to liczba osób zarejestrowanych w urzędach pracy. Ostatnio oglądaliśmy taki jej poziom we wrześniu 2021 r., gdy gospodarka nie funkcjonowała jeszcze na pełnych obrotach po pandemii. Do tego dochodzą liczne doniesienia o zwolnieniach w wielu firmach i branżach, takich jak outsourcing usług. Doprawdy czarnych chmur jest całkiem sporo.


Reklama

Trzeba więc rozumieć lęki Polaków martwiących się sytuacją na rynku pracy. Są tutaj więcej niż doświadczeni, wręcz pokiereszowani. A rządzący powinni podejść do nich ze zrozumieniem, a nie opowiadać wyłącznie o wspaniałej koniunkturze i propagandzie opozycji.


Reklama

Ratuje nas… demografia

Z drugiej strony, gdy spoglądamy na trendy i inne wskaźniki rynku pracy, możemy poczuć się bezpieczniej. Najważniejszy jest tu długotrwały efekt demograficzny. Gdy spoglądamy na liczbę rodzących się w latach 60. dzieci, widzimy, że było ich wtedy w granicach 550-670 tys. Dlaczego odwołujemy się akurat do nich? Bo z rynku pracy odchodzą właśnie 60-letnie kobiety urodzone w 1966 r. i 65-letni mężczyźni urodzeni w 1961 r. A teraz porównajmy to z rocznikami, które na rynek pracy wchodzą. 20-25 lat temu rodziło się ok. 370 tys. dzieci rocznie. Mamy zatem strukturalny niedobór pracowników, wynoszący rocznie po ok. 200-300 tys. osób. O tyle mniej na rynek pracy osób wchodzi, niż z niego odchodzi. A to oznacza ich braki.

Także w danych najlepszego barometru naszego rynku pracy tj. Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) nie widać niepokojącego trendu likwidacji miejsc pracy. W III kw. 2025 r. pada tutaj absolutny (od 1989 r.) rekord liczby pracujących. Jest ich 17,36 mln. A dane podane w tym tygodniu przez GUS za IV kw. potwierdzają, że firmy nie likwidują etatów. Pracuje 17,35 mln osób, niemal tyle samo co kwartał wcześniej.

Malaje także liczba biernych zawodowo i także tu mamy rekord. Jest ich „zaledwie” 12,45 mln, co świadczy o tym, że rynek „wysysa” wszystkich, których może.


Reklama

Co więcej, BAEL raportuje też bardzo niskie bezrobocie wynoszące 3,2 proc. Choć w stosunku do sytuacji sprzed roku (do IV kwartału 2024 r.) przybyło 72 tys. osób bez pracy i nawet GUS pisze o „wyraźnie wyższej” ich liczbie.


Reklama

W tym miejscu trzeba wyjaśnić, że bezrobocie według BAEL jest wyliczane inną, ankietową, metodą niż tzw. bezrobocie rejestrowane (nazwa pochodzi od liczby zarejestrowanych w urzędach pracy bezrobotnych). Wskaźnik BAEL nieco lepiej odzwierciedla skalę bezrobocia, bo nie jest zniekształcony tymi osobami, które rejestrują się w urzędach tylko po to, by mieć na przykład prawo do leczenia w NFZ. Trzeba też tutaj wspomnieć o uchwalonej w czerwcu 2025 r. noweli ustawy o rynku pracy, która mogła spowodować z jednej strony większą liczbę rejestracji w PUP (można się zgłaszać do urzędu według miejsca zamieszkania, nie – zameldowania), a z drugiej mniejszą liczbę wykreśleń (urzędy straciły część narzędzi „dyscyplinujących” bezrobotnych, przez co ich wykreślanie z rejestrów jest trudniejsze). To mogło zaburzyć odczyty bezrobocia rejestrowanego, ciągnąc wskaźnik w górę. Ale w BAEL też mamy wzrost liczby osób bez pracy.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej uspokaja, że ten styczniowy przyrost bezrobotnych, który wywindował wskaźnik do dawno nieoglądanych 6 proc., jest mniejszy niż w poprzednich latach. Na przykład na początku 2023 r. liczba bezrobotnych wzrosła o 5,6 proc., rok później o 6,2 proc., a w tym roku o 5,3 proc. Spadkowi bezrobocia i dobrej sytuacji na rynku pracy sprzyja też koniunktura gospodarcza. Nasze PKB rozwija się obecnie w tempie 4 proc.


Reklama

Czas niedopasowań

Mamy więc niejednoznaczny obraz, swoistą kakofonię danych i wskaźników. Choć oczywiście politycy wyciągają już krańcowe wnioski. Opozycja mówi o powrocie wielkiego bezrobocia, rząd w duchu: „nic się nie stało, rodacy nic się nie stało”.


Reklama

To, co można na pewno dzisiaj powiedzieć to, że czeka nas na rynku pracy czas… niedopasowań. Sformułowanie to pożyczam od prezesa Instytutu Badań Strukturalnych Piotra Lewandowskiego, z którym długo rozmawiałem o tym, co dzieje się na rynku pracy. Piotr słusznie wskazuje, że nie będzie powrotu do dramatu z początku tego wieku, ale także, że czas dyktowania warunków przez pracowników, do jakiego trochę przywykliśmy w ostatnich latach, będzie się zmieniał.

W wybranych branżach, takich jak na przykład wspomniane centra usług czy przemysł samochodowy, sytuacja może się pogarszać. Ale z drugiej strony w innych, tam, gdzie poszukiwani są wysokiej klasy specjaliści, wciąż będzie sprzyjać zatrudnionym. Stąd czas niedopasowań – w jednych branżach mogą być zwolnienia, a w innych trudności ze znalezieniem ludzi. Studzeniu rynku pracy może też sprzyjać rewolucja związana z rozwojem AI, który coraz dynamiczniej będzie wkraczał w nasze życie i zawodowe obowiązki.

Będzie to wpływać na poprawę sytuacji pracodawców, szukających pracowników. Łatwiej będzie ich znaleźć i utrzymać. Mniejsza będzie rotacja i liczba odejść. Możemy też spodziewać się spowolnienia dynamiki wzrostu płac, lekkiego zwiększenia szarej strefy (łatwiej wymusić na pracowniku płacenie „pod stołem”) i zwiększonej niepewności umów (więcej kontraktów na czas określony).


Reklama

Jedno jest pewne. Trzeba rozumieć lęki ludzi przed powrotem bezrobocia. A widać je choćby w wykresach trendów wyszukiwania słowa: „bezrobocie” – w tygodniu 8-14 lutego tego roku mamy rekordowo wysokie zainteresowanie tym tematem. Zbyt długo wydobywaliśmy się z otchłani braku pracy i jej bylejakości, by teraz pozwolić sobie na lekceważące wzruszenie ramion na wieść, że sytuacja się pogarsza.


Reklama

Link do książki.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Bartosz Marczuk
Bartosz MarczukCzłonek zarządu Instytutu Sobieskiego, wcześniej m.in. wiceminister rodziny, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju, współautor książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” - autor zewnętrzny