Dziennikarze Zero.pl przeprowadzili wywiad z posłem, który niedawno złożył rezygnację z członkostwa w klubie parlamentarnym Koalicji Obywatelskiej. Cenię szczerość Marcina Józefaciuka. Pokazał bowiem, jak wygląda szara rzeczywistość sejmowa w zderzeniu z pasją. A także, jak ta pierwsza pokonuje drugą. Mogę dodać od siebie: "Panie Pośle, nie jesteś sam".
Miał zbierać głosy, ale się nie dostać
Przypominam sobie, jak poznaliśmy pana posła. Niemal cała Polska zachwycała się nauczycielem z Łodzi, pasjonatem i społecznikiem. Dyrektorem szkoły, który uczył siedmiu przedmiotów, maratończyka opowiadającego o swojej wizji edukacji z własnego doświadczenia.
Nic dziwnego, że polityczne oko Saurona zauważyło go, kalkulując: przyda się w wyborach, może nawet odbierze jeden mandat Prawu i Sprawiedliwości. Miał zdobyć głosy na innych działaczy platformy, a sam się nie dostać – na liście wyborczej dostał dziesiąte miejsce, czyli takie absolutnie niebiorące.
Na złość jednak, do parlamentu się dostał. Nie dość tego, chciał coś robić, czyli stał się – brutalnie mówiąc – wrzodem na tyłku ministerstwa.
Poseł tłumaczy w wywiadzie, że inaczej funkcjonuje się w opozycji, a inaczej w koalicji rządzącej. W tej drugiej inicjatywa w większości należy do ministerstw, a rozwiązania forsowane są jako projekty rządowe, dlatego bez zgody resortu trudno cokolwiek przeprowadzić.
Jako przykład podaje swoje starania o likwidację tzw. godzin czarnkowych, czyli dodatkowej, bezpłatnej godziny konsultacji dla nauczycieli. Jak mówi, od początku zabiegał o ich zniesienie i złożył własny projekt ponad pół roku przed tym, gdy podobne rozwiązanie przedstawił rząd. Jego propozycja nie spotkała się wówczas z zainteresowaniem.
Podobnie, jak relacjonuje, było z edukacją zdrowotną. Choć popiera sam przedmiot, wcześnie dostrzegł, że obowiązkowa forma nie uzyska społecznej akceptacji, dlatego apelował o jego nieobowiązkowy charakter jeszcze przed ogłoszeniem zmiany stanowiska przez ministerstwo.
Po tym wszystkim Józefaciuka pozbawiono miejsca w komisji edukacji, żeby nie denerwował pani minister.
Lojalność podstawową walutą polityki
Dziś Józefaciuk mógłby pogadać sobie z Elżbietą Radziszewską, lekarką i byłą poseł Platformy Obywatelskiej. Radziszewska w kwestiach zdrowotnych przez lata stawała naprzeciw kolejnych ministrów, punktowała ich merytorycznie, nawet w najtrudniejszych tematach, takich jak listy leków refundowanych. Blisko 20 lat temu – jako dziennikarka początkująca jeszcze w tematach zdrowotnych – wolałam wtedy rozmawiać z nią, niż z Ewą Kopacz, inną lekarką i działaczką PO. Ta pierwsza wydawała mi się właśnie bardziej merytoryczna.
Radziszewska często nie zgadzała się z Ewą Kopacz. Jak się potem okazało, na swoje własne nieszczęście. Bo to Kopacz miała ogromne wsparcie premiera Donalda Tuska, który dawał jej fory jak nikomu. Dlaczego, skoro kierownik jest przecież tak pragmatyczny i cyniczny? Według mojej wiedzy miał z jednej strony wobec Ewy pewnego rodzaju dług wdzięczności. Z drugiej, Ewa Kopacz była po prostu jedną z najbardziej lojalnych osób z otoczenia premiera.
Bo w polityce potrzeba wojska. Kierownik musi mieć absolutną pewność, że jego żołnierze nie wystąpiliby przeciwko niemu w kluczowych momentach. Mianując Ewę Kopacz najpierw w 2007 r. ministrem zdrowia, w 2011 r. namaszczając ją na marszałka Sejmu, a potem w 2014 r. – na premiera, Tusk miał tego absolutną pewność. Z punktu widzenia pragmatyki zarządzania, zapewnił sobie kontrolę nad swoim obozem, nawet gdy był daleko kierując Radą Europejską.
To coś, czego ewidentnie nie załapał sejmowy i polityczny debiutant Marcin Józefaciuk. Niestety, tak wygląda rzeczywistość: ważniejsze niż merytoryka są dobry przelot z szefem, umiejętne funkcjonowanie w systemie wzajemnych przysług i lojalność. Choć może załapał, ale sobie tego nie uświadomił. Bo w wywiadzie z dziennikarzami Zero.pl przecież sam mówi: "Sytuacja każdego posła jest trochę inna. Są tacy, których partnerzy czy rodzina są zatrudnieni w partii, spółkach Skarbu Państwa. Są tacy, którzy są szefami jakichś klubów, kół, okręgów. Myślę, że mają dużo do stracenia, nie podporządkowując się. Ja nie mam takich problemów".
Dopuszczanie merytorycznych, ale nielojalnych posłów może skończyć się dla lidera trudnymi sytuacjami w jego otoczeniu. Gdy rządzisz, musisz w pewnym momencie zdecydować: albo Nowacka, albo Józefaciuk, albo Radziszewska, albo Kopacz.
Za ten spór Radziszewska zapłaciła cenę. Najpierw otrzymywała nieistotne stanowiska, jak pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, dziś jest poza wielką polityką. Została szefową klubu sportowego w Piotrkowie Trybunalskim.
Symboliczna egzekucja posła Sterczewskiego
Poseł Józefaciuk mówi w wywiadzie dla Zero.pl o losach Franka Sterczewskiego. To historia równie smutna, co dzieje Elżbiety Radziszewskiej, ale w zupełnie innym wymiarze. Choć można różnie oceniać jego działania, takie jak próba przerzucenia migrantom na granicy z Białorusią jedzenia czy udział we flotylli humanitarnej do Strefy Gazy, nie sposób odmówić mu, że jest pasjonatem tematów, którymi się zajmuje. Jest w nich bardzo szczery. Niektórzy w Koalicji Obywatelskiej pieszczotliwie nazywają go wariatem.
Tylko że w polityce taka postawa jest w partii akceptowana jedynie do pewnego momentu. Kiedy Franek Sterczewski przegiął, jego koledzy dokonali na nim symbolicznej egzekucji, nakładając na niego kary za nieusprawiedliwioną nieobecność w Sejmie, kiedy ten płynął w ręce izraelskiego wojska, żeby zwrócić uwagę na kryzys w Gazie.
Koledzy z Koalicji Obywatelskiej nie udźwignęli jego pasji, która zaprowadziła go do Sejmu. Zblazowane wojsko dostało rozkaz, by go usadzić, bo zaczął szkodzić.
Gdy szef musi tłumaczyć się z działań sympatycznego, ale nieprzewidywalnego posła, zaczyna się problem. Pytanie brzmi, dlaczego Donald Tusk miałby brać odpowiedzialność za barwne akcje Franciszka Sterczewskiego? W jego przypadku zawodowo-polityczna aktywność została uznana za przekroczenie dopuszczalnych ram. To było zbyt wiele, bo zagrażała jego roli trybika w maszynce do głosowania.
Proza polityki jest taka, że od posłów oczekuje się, że – gdy przyjdzie czas próby – ma być 231 głosów. Po to tam jesteś. Masz być jednym z 231. Przy ulicy Wiejskiej nie ma miejsca na pasję. Polityka ją zabija.
Masz być przede wszystkim posłuszny. Chcesz przetrwać, to broń Boże nie bądź sobą. Pointą niech będzie jeszcze jeden fragment z tego poruszającego wywiadu: "Ministerstwo mówi co i w jaki sposób będzie robione, a posłowie się temu poddają".
Polityczna zbrodnia i kara
Sposobów na uciszenie merytorycznych posłów jest więcej. Wspomniana już Radziszewska została przesunięta do sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Inna polityczka, Joanna Kluzik-Rostkowska, po tym, jak była ministrem edukacji skończyła w komisji obrony narodowej.
Kiedyś zadzwoniłam do niej z pytaniem, jak się w tym odnajduje. Odpowiedziała: jestem zadaniowa. I rzeczywiście, nauczyła się swojej działki na tyle, że kiedy w 2024 r. potrzebny był przewodniczący parlamentarnej delegacji do NATO, wygrała z Tomaszem Grodzkim głosowanie 15:0. Grodzkiego forsował szef klubu parlamentarnego KO, więc Kluzik-Rostkowską spotkały za to polityczne represje. Podobnie jak Marcin Bosacki, który zgłosił jej kandydaturę, została odwołana z komisji obrony.
Oboje dostali jednak miejsca w eksponowanej tzw. komisji śledczej ds. Pegasusa. Dlaczego Sterczewski czy Józefaciuk musieli ponieść konsekwencje, a Kluzik-Rostkowska nadal ma szansę pływać na powierzchni?
Kluczowe może być to, jak zachowywała się po jej odwołaniu. W podkaście "Strefa Wpływów" mówiła, że jej zdaniem w tak trudnych czasach "nie powinniśmy zajmować się takimi drobiazgami". – Do nikogo nie poszłam ze skargą w tej sprawie – podsumowała.
Lepiej mieć w ławach poselskich ludzi, którzy po prostu wykonują polecenia. Tyle. Po to tam są. Bez dylematów, bez kręcenia nosem, bez przypominania, że ktoś coś komuś obiecał, że wobec wyborców padły takie czy inne deklaracje. Ani Tusk, ani Kaczyński, ani żaden inny lider partii nie chce mieć z tym kłopotu. Kandydatów bierze się na listy dlatego, że mają dowieźć określoną liczbę głosów. To jest podstawowe kryterium.

