Zadłużenie miasta, brak audytu i brak realnych działań, żeby to zadłużenie zmniejszyć. A do tego niegodne sprawowanie urzędu, które objawia się m.in. dziwnymi filmami, na których prezydent "w nietypowy sposób się wypina". Między innymi takie zarzuty Aleksandrowi Miszalskiemu stawia Jan Hoffman, który stanął na czele inicjatywy odwołania prezydenta Krakowa.

Paweł Figurski, Zero.pl: Czy przede mną siedzi przyszły prezydent Krakowa?
Jan Hoffman, inicjator referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego: Muszę się odwrócić, ktoś za mną jest?
Tylko ściana.
Może w perspektywie wielu lat? Mimo że nie jestem najmłodszy, to jeszcze nie na tyle stary, żeby móc coś wykluczyć jednoznacznie. Wiem, że pana pytanie dotyczy tego roku, więc odpowiedź brzmi: to jest mało prawdopodobne.
Mamy na razie wspólny cel – odwołać prezydenta Miszalskiego. Jako komitet jesteśmy grupą niejednorodną. Do tego popierają nas osoby z wielu środowisk – od Aleksandry Owcy z Partii Razem po środowiska prawicowe. Ciężko sobie wyobrazić, że na koniec wszystkie te środowiska wystawią wspólnego kandydata.
To po co pan w to się angażuje? W wywiadzie z 2024 r., gdy kandydował pan do rady miasta, powiedział, że robi wszystko na serio, a w sporze o miasto działa na maksa. Odwołanie Miszalskiego i brak walki o prezydenturę to zatrzymanie się w pół drogi.
Jestem aktywną osobą – radcą prawnym i przewodniczącym Rady i Zarządu Dzielnicy I Stare Miasto. I jestem też dość niezadowolony z tego, jak miasto funkcjonuje. Dlatego wyszedłem ze strefy komfortu ponad rok temu, kiedy zacząłem głośno mówić, co mi się nie podoba. Konsekwencją jest inicjatywa referendalna i zbiórka podpisów, którą organizuję.
Liczymy, że w czerwcu dojdzie do referendum, a jakieś dyskusje i scenariusze na dalsze kroki mają sens wtedy, gdy to referendum będzie skuteczne, czyli weźmie w nim udział co najmniej 158 tys. mieszkańców Krakowa.
Właściwie, dlaczego prezydent Miszalski powinien zostać odwołany?
Powodów jest kilka, a wszystkie spina klamra, że on po prostu się nie nadaje do bycia prezydentem.
Szybko pan doszedł do takiego wniosku. Aleksander Miszalski jeszcze nie jest w połowie swoich rządów.
A pewne kwestie już widać.
Kasa się nie zgadza?
Tak, główny argument to zadłużenie miasta, brak audytu i brak realnych działań, żeby to zadłużenie zmniejszyć. Oczywiście pan prezydent chwali się, że ma nadwyżkę operacyjną, czyli mniej wydaje, niż zarabia. Tylko to tak nie jest do końca. Opozycyjni radni mówili prezydentowi: „budżet, który pan proponuje, jest nierealistyczny, będzie trzeba go nowelizować”. Skąd to wiemy? Bo już w zeszłym roku mieliśmy mieć nadwyżkę i nic z tego nie wyszło, skończyło się na kilku nowelizacjach.
Mówi pan, że nie było audytu. Ale przecież w październiku 2024 r. Aleksander Miszalski przedstawił wyniki analizy stanu miasta po 22 latach rządów Jacka Majchrowskiego. Mówił też o planach: zmiana struktury urzędu, likwidacja spółek, połączenie niektórych wydziałów.
To teraz opowiem, jak było. Prezydent przedstawił kilkustronicową prezentację i powiedział, że to jest audyt. Wtedy byłem jedną z pierwszych osób, które powiedziały, że to nie jest audyt. Zapytałem miasto, kto opracował ten dokument. Okazało się, że Wydział Komunikacji Społecznej. W skrócie: rzecznik prasowy i jego pracownicy.
Później prezydent się trochę postarał i powstał stustronicowy dokument. Ale nadal tak naprawdę biorąc pod uwagę liczbę jednostek i wydziałów, wychodziło średnio trzy kartki na jednostkę. Tam konkretów nie było żadnych, same ogólniki, tak się nie robi poważnych audytów.
To, czego wymaga Kraków i co zapowiadał prezydent podczas kampanii, to jest porządny, solidny, zewnętrzny audyt, który kosztowałby kilka milionów zł. Jest kilka firm, które mogłyby go przeprowadzić.
I bez audytu pan powtarza, że stan budżetu miasta jest zły.
Mamy do czynienia z narastającym długiem. Jacek Majchrowski zostawił miasto z zadłużeniem na poziomie ponad 6 mld zł. A rządził 22 lata. Po dwóch latach prezydentury Miszalskiego dług wzrósł o prawie 2 mld zł. Widać to przyspieszenie.

Kraków, 14.02.2026. Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski (C) PAP/Łukasz Gągulski
Miasto musiało wziąć blisko 1 mld zł kredytu, żeby wystarczyło na pensje dla motorniczych i kierowców autobusów.
Nie mogło przecież ogłosić, że bierze kredyt na premie dla urzędników. Łatwiej wytłumaczyć społeczeństwu, że te pieniądze akurat pójdą na pensje motorniczych. Zresztą proponując budżet na 2025 r., prezydent powinien był wiedzieć, o tym, że należy wypłacić pensje dla motorniczych i kierowców, więc to pokazuje, jak nierealistyczny był pierwotny budżet. Po to, żeby w grudniu 2024 r. ktoś mógł się pochwalić polepszeniem wskaźników na kolejny rok.
Faktem jest jednak to, że prezydent Miszalski odziedziczył skarbiec z wielką dziurą, za którą odpowiada były prezydent Jacek Majchrowski.
Niewątpliwie odziedziczył Kraków w sytuacji trudnej i ktokolwiek przyjdzie po nim, będzie musiał zmierzyć się z tym problemem. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem, takim początkiem, jest właśnie zrobienie solidnego zewnętrznego audytu, który pokaże, gdzie sensownie ciąć i czy da się zrobić takie cięcia, które nie będą obciążające dla mieszkańców. Teraz miasto poszło inną drogą: kolejnych podwyżek.
Żeby naprawić bałagan po Jacku Majchrowskim?
Problem w tym, że teraz nie wiemy, czy był bałagan, czy go nie było.
Bez bałaganu po prostu zrobiło się 6 mld zł długu?
Na początku 2020 r. zadłużenie Krakowa wynosiło tylko 3 mld zł. Dlaczego potem dług urósł do 6 mld zł? Bo była pandemia, bo samorządy cierpiały na Polskim Ładzie, który wprowadzał zmiany podatkowe nie kosztem budżetu centralnego, a samorządów. Teraz mamy zupełnie inną sytuację.
A może ta inna sytuacja, w pana ocenie, wynika z tego, że za dziurę, którą dostał w spadku Aleksander Miszalski, obok Jacka Majchrowskiego odpowiada wiceprezydent Andrzej Kulig, którego wspierał pan w wyborach w 2024 r. i z którego komitetu chciał się pan dostać do rady miasta.
Wyjaśniłem różnicę pomiędzy sytuacją z 2020 r. a obecnym stanem. Przypominam, że reforma ministra Domańskiego poprawiła sytuację samorządów w dużych miastach.
Rozumiem, że w pierwszej turze wyborów w 2024 r. głosował pan na Andrzeja Kuliga. A w drugiej na Aleksandra Miszalskiego czy Łukasza Gibałę?
Nie, nie. To jest tego typu sekret, który zostaje w pamiętniku. A że nie prowadzę pamiętnika, to na razie nie ujrzy światła dziennego.
Ale żałuje pan tego głosu?
Pewnie nie zaskoczę pana, nie odpowiadając na to pytanie.
Uznajemy zatem, że jest źle. A jak według Jana Hoffmana ma się stać lepiej? W wywiadzie, który przywoływałem, mówił pan o potrzebie inwestycji, w tym budowie trzech nowych linii tramwajowych. To przepis na zasypywanie dziury budżetowej?
To inwestycje, które byłyby realizowane w cyklu wieloletnim. To nie byłby jednorazowy wydatek. Mówiłem też o kierunku, w którym powinna zmierzać gmina. Teraz miasto wprowadza Strefę Czystego Transportu. Wprowadza zakazy i opłaty. A ludziom trzeba dać alternatywy – parkingi na obrzeżach miast i nowe rozwiązania w obszarze transportu publicznego.
Miasto teraz też prowadzi inwestycje i one nie mogą być całkowicie skasowane.
To może trzeba dać prezydentowi Miszalskiemu porządzić do końca kadencji? Skoro też inwestuje i też chce obniżać dług. Po coś ustawodawca wymyślił pięcioletnie kadencje.
Oczywiście, że kadencje trwają pięć lat, ale z drugiej strony ustawa o referendum lokalnym też nie jest wymysłem grupy obywateli w Krakowie. Jest narzędziem ustawowym, czyli takim samym elementem demokracji jak wybory.
Proszę zwrócić uwagę, że to nie jest tak, że wyjdzie jakiś Hoffman, namówi 20 osób i nagle jest referendum. Te wymogi są bardzo trudne do spełnienia, co pokazał przykład Wrocławia, gdzie próbowano zebrać podpisy, by doprowadzić do referendum i odwołania Jacka Sutryka. My, pomimo tego, że ta akcja na razie przebiega lepiej, niż zakładaliśmy, też nie jesteśmy pewni, czy zbierzemy odpowiednią liczbę podpisów.
Na razie mamy ponad 54 tysiące na de facto 100 tysięcy potrzebnych (stan na 18 lutego 2026 r.). Tu dla wyjaśnienia dodam, że formalnie potrzeba niewiele ponad 58 tys., ale biorąc pod uwagę fakt, że część podpisów może okazać się wadliwa (np. ktoś pomyli się w numerze PESEL), celujemy w 100 tys.
Złożenie podpisu za referendum zapowiedział prezydent Andrzej Duda. Już to zrobił?
Nawet gdybym to wiedział, to bym nie mógł panu powiedzieć.
Załóżmy powodzenie waszego planu i dochodzi do wyborów. O prezydenturę biją się: nowy kandydat KO, wiecznie startujący Łukasz Gibała, ktoś z PiS – może znów poseł Łukasz Kmita oraz jakiś narodowiec. Ma pan pewność, że ktoś z tego grona będzie lepszym prezydentem miasta od Miszalskiego?
Jak słusznie pan przypomniał, w 2024 r. wspierałem kandydaturę prof. Andrzeja Kuliga i miałem okazję przysłuchiwać się debatom kandydatów. Już wtedy widać było pewne zachowania kandydata Miszalskiego, które potem zmaterializowały się w stylu jego prezydentury.
Pamiętam jedną charakterystyczną sytuację, kiedy w trakcie debaty wówczas kandydat Miszalski opowiadał, jaki to ma wspaniały plan na zieleń w mieście. On będzie domagał się, że jak inwestor wycina drzewo pod budowę, to nowe nasadzenia mają odpowiadać obwodowi wyciętego drzewa.
Wiceprezydent Kulig spojrzał na kontrkandydata i powiedział: „Świetnie, że walczy pan o realizację postulatu, który wprowadziliśmy pół roku temu”. I takich sytuacji było więcej i one pokazywały nieprzygotowanie Aleksandra Miszalskiego do przejęcia władzy w mieście.
Jestem przekonany, że kolejne dwa i pół roku prezydentury Aleksandra Mieszalskiego to jest fatalna perspektywa i skoro jest bardzo źle, chcę wierzyć, że może być lepiej.

Kraków, 14.02.2026. Zbiórka podpisów pod wnioskiem o refendum ws. odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. PAP/Łukasz Gągulski
Ile ta cała akcja referendalna kosztuje?
Nie jesteśmy wysokokosztowi. Wynajęcie lokalu kilkaset złotych miesięcznie. Widział pan, w jakich okolicznościach występowałem w Kanale Zero.
Tak, zwróciłem uwagę na liczniki za pana plecami.
Ktoś żartował, że to wygląda jak pomieszczenie gospodarcze, więc jest to dość skromne. Tak naprawdę tutaj nie było dotychczas potrzeby angażowania jakichś większych środków.
Proszę nie mydlić oczu. Miasto pełne jest plakatów promujących referendum i zniechęcających do prezydenta Miszalskiego. Prezydent mówi, że od miesięcy trwa kampania jego oczerniania, co w jego ocenie może kosztować tysiące, o ile nie miliony zł. Osoby zbierające podpisy opłaca Łukasz Gibała?
Łukasz Gibała powiedział publicznie, że wypłaca swoim ludziom jakieś wynagrodzenie.
My, czyli 21-osobowa grupa, która zainicjowała referendum, nie płaci wolontariuszom. I nawet jest mi głupio wobec tych osób, ale niestety nie mamy środków.
Koszt niebieskich kamizelek, w których po mieście chodzą nasi wolontariusze, to kilka złotych, długopisy kosztują grosze i parę złotych na papier. Mogę zbierać te koszty, ale miliona nie doliczę. Choć nie wątpię, że gdyby prezydent Miszalski organizował tę akcję, to patrząc na sposób zarządzania przez niego finansami publicznymi, to by kosztowało może nie miliony, ale setki tysięcy.
Swoją drogą to dość ciekawe, że władza wydaje publiczne pieniądze na własną promocję, a jednocześnie dopytuje się, skąd mieszkańcy mają swoje (prywatne) pieniądze na działalność opozycyjną. Warto przypomnieć w tym kontekście, że teraz, w roku referendalnym wydał ponad 2 mln zł na gazetkę samorządową rozdawaną mieszkańcom.
Ale zamiast nakładu 30 tys. egzemplarzy, wydrukuje 220 tys. i rozda mieszkańców, którzy – według władz miasta – łakną miejskiej gazetki w swoich skrzynkach pocztowych jak kania dżdżu.
Nie wątpię. Miasto powinno pójść za ciosem. Po co nam media lokalne, skoro jest gazetka Miszalskiego i urzędowy przekaz za publiczne pieniądze?
A już zupełnie serio, jeśli komuś brakuje argumentów za odwołaniem prezydenta, to ta decyzja o milionach na miejską propagandę powinna być argumentem samym w sobie.
I zastrzegam, że ja nie jestem przeciwnikiem wydawania takich gazet. Ale w świecie powszechnej informatyzacji, gazety w formie papierowej powinny być dostarczane do precyzyjnie określonej grupy, w odpowiednich miejscach i zawierać informacje, które przydadzą się mieszkańcom, a nie zdjęcia uśmiechniętego prezydenta Miszalskiego walczącego o utrzymanie posady.
Poza problemami finansowymi miasta zarzuca pan prezydentowi, że sprawuje urząd w sposób niegodny.
Tak i nie chodzi mi o krążący po internecie film, który dotyczy jego życia prywatnego. Takie filmy nie powinny być publikowane bez zgody osób w nich „występujących”.
Problem jest jednak taki, że sam prezydent Miszalski publikuje filmy i prezentuje zachowania, którego stawiają go w niekorzystnym świetle. A to wypina się w nietypowy sposób w kierunku studentów, a to tańczy na dachu magistratu do słów wulgarnej piosenki, a to kręci film, w którym wyciera podłogę na urzędowych korytarzach – tak jakby miało to jakikolwiek związek z merytorycznym obliczem władzy.
Jest cała masa filmików i zachowań wskazujących na niedojrzałość i takie influencerskie zachowania prezydenta.
Może lubi tańczyć i pokazuje to w sposób odpowiadający współczesnym oczekiwaniom. Prezydent Nawrocki je z młodzieżą kebaba, a premier Tusk wcina popcorn przed telewizorem.
Nie wyobrażam sobie żadnego z wymienionych wyżej panów zachowujących się w ten sposób co Aleksander Miszalski. Jest granica pomiędzy pewnym luzem a ośmieszaniem siebie i sprawowanego przez siebie urzędu.
W kampanię referendalną zaangażował się Mateusz Jaśko, niedoszły kandydat na prezydenta Krakowa. Przestępca skazany za szantażowanie dziennikarza TVN, który teraz mówi do prezydenta, żeby go nie wkurzał, bo to się dla niego źle skończy. To te upragnione wysokie standardy?
Czym innym jest działalność, powiedzmy, dziennikarska, czy może influencerska, a czym innym sprawowanie urzędu prezydenta. Też sobie nie wyobrażam, żeby prezydent Krakowa wychodził i mówił komuś, że go wkurzył i sugerował, że to się dla niego źle skończy. Nie wyobrażam sobie więc, że Mateusz Jaśko zostanie prezydentem.
Jeśli więc chodzi o standardy, to Aleksander Miszalski mógł pozostać niewybijającym się posłem i to byłoby w porządku. Tak samo Jaśko realizuje się w działalności demaskatorskiej wraz z kolegami z lokalnego portalu i nie podejrzewam, żeby myślał o prezydenturze w Krakowie.
