Reklama
Świat

Ceuta i wojna obrazów. Jak emocje przejęły władzę nad europejską wyobraźnią

Ceuta stała się miejscem zderzenia dwóch obrazów, które definiują nasze myślenie o współczesnych kryzysach. Najpierw był Alan Kurdi, trzyletni chłopiec leżący na plaży, symbol tragedii uchodźców. Teraz są obrazy młodych mężczyzn wychodzących z morza na brzeg hiszpańskiej eksklawy, świętujących przekroczenie granicy. Oba kadry zamazują prawdziwy sens wydarzeń, odwołując się do siły obrazu i emocji.

Marcin Darmas
Opinia autorstwa: Marcin Darmas
Dzisiaj 15:16
7 min
Ceuta to również przestroga przed zastąpieniem myślenia obrazami i emocjami. (fot. REDUAN / PAP)
  • Ceuta pokazała trzeci obraz migracji – nie tylko cierpienie i bezradność, ale także triumf przekroczenia granicy.
  • Od zdjęcia Alana Kurdiego po nagrania z Ceuty: obrazy coraz częściej kształtują politykę silniej niż same fakty.
  • Didi-Huberman i Muray ostrzegali przed epoką, w której emocje mogą zastąpić namysł i ocenę rzeczywistości.

Ceuta, hiszpańska eksklawa na terenie Maroka, od kilku tygodni iskrzy wirem wydarzeń. A korowody obrazów, które do nas docierają, niepokoją i budzą obawy – zwłaszcza u lokalnych mieszkańców, ale również wśród większości społeczeństw i rządów Europy.

Wysyp zdjęć i krótkich filmików krążący w mediach społecznościowych uchwyconych w Ceucie, gęstych ludzkich borowin ciągnących przez plaże, ulice, szosy w eksplozjach niepohamowanej euforii. Widzimy w dużej mierze mężczyzn, często w samych kąpielówkach, krzyczących i uśmiechających się do obiektów oraz pokazujących palcami znak zwycięstwa.

W gazetowej i internetowej percepcji mieliśmy do czynienia z masowym i niepohamowanym „najazdem barbarzyńskich hord”. Migranci nie wydawali się przemęczeni długimi peregrynacjami, nie mieli marsowych i strapionych oblicz, wręcz przeciwnie – kipieli, można rzec, witalnością.

Reklama
Reklama

I właśnie ten rozdźwięk między obrazem a naszymi wcześniejszymi wyobrażeniami okazał się najbardziej uderzający. Europa przyzwyczaiła się do dwóch ikon migracji: cierpiącego uchodźcy i anonimowej masy na granicy. Ceuta przyniosła trzeci obraz – ludzi, którzy w chwili przekroczenia granicy wyglądali bardziej jak „zwycięzcy” niż „ofiary”.

Nie przypominali obrazu ludzi pokonanych przez drogę. Przeciwnie, kiedy wychodzili z morza na brzeg Ceuty, byli uśmiechnięci, rozgorączkowani, niemal świętujący. To byli przede wszystkim bardzo młodzi mężczyźni, wielu z nich wręcz nastolatkowie. Woda spływała im z ubrań, ale w oczach widać było triumf chwili – udało się! Przy sobie zaś trzymali nieodzowne artefakty nowoczesnego życia – telefony schowane w szczelnych etui.

Większość przypływała właściwie z niczym, czasem tylko z plastikową torbą. A jednak pierwszym dźwiękiem, który niósł się po plaży, nie była cisza włóczęgowskiego wyczerpania, lecz krzyk: „Viva España!”. Były śmiechy, gesty radości, spontaniczne tańce…

Obok Marokańczyków, gdzie nie gdzie, migranci z Afryki Subsaharyjskiej. Podkreślmy jednak, że stanowili oni zdecydowaną mniejszość. Wszyscy patrzyli na siebie z poczuciem wspólnego zwycięstwa.

Reklama
Reklama

Abstrahując od rzeczywistych pasm udręczeń, brzemienia „manii włóczęgowskiej”, osobistych historii, od intencji migrantów, obrazy przywołujące skojarzenia z „hordami” napierającymi na zmęczoną i pogodzoną z zagrożeniami Europę.

Ceuta. Mała hiszpańska eksklawa, wielki europejski kryzys migracyjny

Alan Kurdi. Zdjęcie, które zmieniło europejską debatę o uchodźcach

2 września 2015 r. świat obiegło zdjęcie, które w ciągu kilku godzin stało się symbolem europejskiego kryzysu migracyjnego. Przedstawiało ciało trzyletniego chłopca leżące twarzą do piasku. Czerwona koszulka, niebieskie spodenki i bezwładne ciało stworzyły obraz, który na trwałe zapisał się w zbiorowej pamięci jako ikona dramatu uchodźców.

Chłopiec nazywał się Alan Kurdi. Urodził się w syryjskim Kobane w rodzinie kurdyjskiego pochodzenia. Uciekając przed wojną domową, jego rodzina próbowała przedostać się z Turcji do Grecji. Ponton, którym płynęli, zatonął u wybrzeży Bodrum.

Publikacja zdjęcia wywołała natychmiastową reakcję polityków i mediów. Fotoreporter Alain Mingam stwierdził nawet, że fotografia „obnażyła nasze tchórzostwo”. Już następnego dnia prezydent Francji François Hollande i kanclerz Niemiec Angela Merkel w wyniku społecznego poruszenia, opowiedzieli się za obowiązkiem masowego przyjmowania uchodźców.

Reklama
Reklama

W Niemczech dziennik „Bild” rozpoczął szeroko zakrojoną akcję pomocy uchodźcom, a nawet brytyjskie tabloidy, zwykle nieprzychylne migrantom, zmieniły ton relacji pod wpływem jednej fotografii.

Trzaskowski przedstawił wyniki audytu w Szpitalu Południowym. „Rekordowy dyżur to 110 godzin”

Czy obrazy mówią prawdę? Didi-Huberman o sile fotografii

Obraz przestaje być jedynie zapisem wydarzenia. Staje się jego interpretacją. Nie mówi już tylko: „to się wydarzyło”. Coraz częściej podpowiada – „tak należy to rozumieć”. Parafrazując tytuł książki Didiera Didi-Hubermana – obrazy „zajmują stanowisko”. Jak przekonuje, francuski myśliciel obrazy nigdy nie są jedynie biernymi zapisami rzeczywistości. Każda fotografia, film czy nawet dzieło sztuki uczestniczą, chcąc nie chcąc, w sporze o znaczenia, wpływając na sposób, w jaki społeczeństwa rozumieją wydarzenia i podejmują decyzje.

W klasycznym opracowaniu „Strategie obrazów - Oko historii” Didi-Huberman odrzuca przekonanie o neutralności obrazu. Jego zdaniem obrazy „zajmują stanowisko” nie dlatego, że same posiadają intencje, lecz dlatego, że organizują pole widzenia, kierują uwagę odbiorcy i uruchamiają określone emocje. W tym sensie fotografia nie tyle odzwierciedla rzeczywistość, ile współtworzy jej społeczną i polityczną interpretację. Obrazy sączą do naszej podświadomości odpowiednie ścieżki interpretacyjne.

Reklama
Reklama

Nie ulega również wątpliwości, że odpowiednio spreparowane, szarpiące strunę humanitarną, która w nas głęboko drzemie i uruchamiają największą siłę napędową współczesnych czasów - emocje. Dziś, wszystko musi odwoływać się do emocji. Nie tylko obrazy, lecz kampanie, przesłania, reklamy, dziennikarskie teksty…

Fakty stały się jałowe, padają za zwyczaj na skalisty grunt, emocja natomiast zakorzenia się, rośnie, wielki owoc wydaje. Pal licho, mierne zaloty, zaszyte weń, nomen omen, emocjonalne szantaże. Najważniejsze, że lokują nas w kręgu ludzi przyzwoitych, za zwyczaj - słusznie oburzonych.  

Gdy moralność staje się automatycznym odruchem

Przychodzi na myśl niesłusznie zapomniany esej Philippe’a Muraya – „Imperium dobra”. Eseista ze zgrozą konstatuje, że w dzisiejszych czasach panuje dość infantylna, powszechną zgoda, troska i moralna jednomyślność.

„Imperium Dobra” nie zakazuje poprzez przemoc; ono rozbraja poprzez zgodę. Nie ucisza przeciwnika siłą, lecz sprawia, że jego sprzeciw wydaje się czymś niemal nieprzyzwoitym. W tej wizji Muraya nowoczesne społeczeństwo nie tyle pozbyło się konfliktów, ile nauczyło się je estetyzować i neutralizować: wojny stają się kampaniami humanitarnymi, polityka, zarządzaniem emocjami, a krytyka, przejawem braku tolerancji.

Współczesne konflikty toczą się już nie tylko na granicach państw, lecz także na granicach naszej percepcji. Pomiędzy obrazem a rzeczywistością rozciąga się ogromna, często niezauważalna przestrzeń interpretacji. Największym niebezpieczeństwem nie jest dziś to, że patrzymy za mało. Patrzymy bez przerwy. Analogicznie, problemem nie jest brak empatii, lecz jego nadmiar. Nadużyciem byłoby twierdzić, że obrazy i wywołane przezeń emocje kłamią. Bowiem już starożytni ostrzegali, że uczucia są konieczną częścią ludzkiej natury, ale dopiero rozum nadaje im właściwy kierunek.

Reklama
Reklama

Problem naszych czasów polega być może nie na tym, że przestaliśmy czuć, lecz że coraz częściej pozwalamy, aby emocja sama stała się koronnym argumentem i impulsem do  działania...

Źródło: Zero.pl