Powieści „sprzedawane” w odcinkach nie były niczym nowym. Publikowany w ten sposób „Klub Pickwicka” przyniósł wielką sławę Charlesowi Dickensowi, a po „Tajemnice Paryża” Eugene'a Sue ustawiały się kilometrowe kolejki. W Polsce podobny model spopularyzował Józef Ignacy Kraszewski, a w ślad za nim poszli m.in. Henryk Sienkiewicz czy Eliza Orzeszkowa. No i Prus.
Opłacało się gazetom – bo wiązali ludzi z konkretnym tytułem, czasem na dwa-trzy lata; opłacało się też samym pisarzom – bo dostawali pieniądze za każdy odcinek. Im bardziej się podobało, im częściej wydawcy błagali o więcej, tym dłuższa w końcowym rozrachunku była książka. To m.in. dlatego „Potop” liczy prawie tysiąc stron. „Lalka” zresztą niewiele mniej.
Swoje wielkie dzieło, opus magnum, Prus publikował od września 1887 r. na łamach „Kuriera Codziennego”. Przesadą byłoby może twierdzenie, że kolejnymi odcinkami żyła cała Warszawa, ale gdy pisarz pozwolił sobie na kilkumiesięczny urlop, do redakcji dobijało się wielu zniecierpliwionych czytelników.
Nie pomylcie „Lalki”! Ekranizacje mogą namieszać uczniom w głowach
Losy Wokulskiego, Łęckiej, Rzeckiego i spółki zmieścił ostatecznie w 129 odcinkach. Gdy w maju 1889 r. ukazał się ten ostatni, w inteligenckiej części stolicy zapanowała konsternacja. Bohater, którego losy śledzono z wypiekami na twarzy przez ponad dwa lata, po prostu zniknął. Bez melodramatycznego pojednania z ukochaną, pogrzebu, listu samobójczego czy pocztówki z Ameryki.
Główny bohater, człowiek, który w pojedynkę rzucił wyzwanie feudalnej apatii, ulubieniec arystokratycznych salonów, nagle rozpłynął się w powietrzu. A pytanie o to, co naprawdę spotkało Stanisława Wokulskiego, wciąż pozostaje jedną z najbardziej fascynujących zagadek polskiej literatury.
Przypomnijmy: po upokorzeniu, jakiego Wokulski zaznał w pociągu do Krakowa, podsłuchując flirtu ukochanej Izabeli z Kazimierzem Starskim, coś w nim pękło. Wysiadł na pierwszej lepszej stacji, położył się na torach i czekał na śmierć. Uratował go, w ostatniej chwili, dróżnik Wysocki. Ale czy na pewno nie było to tylko odłożenie wyroku?
Wiadomo na pewno, że po nieudanej próbie samobójczej Wokulski wrócił do Warszawy. Pozbawiony motywacji, jaką była obsesyjna niemal miłość do Izabeli, zmienił się nie do poznania. Upłynnił majątek, uporządkował testament, po czym udał się do Zasławka. Wysadził w powietrze ruiny zamku, po których chwilę wcześniej spacerował z ukochaną, no i… zniknął. Przepadł.
Na miejscu wybuchu pojawili się mieszkańcy. Przeszukano zwały kamieni, sprawdzono szczeliny i lochy. Nie znaleziono strzępu surduta, zegarka, kapelusza ani choćby kropli krwi. Został dym. I garść domysłów, które na przestrzeni lat obrosły w legendy.
Trzy hipotezy
Czytelnicy „Lalki” podzielili się na trzy obozy, próbując po swojemu zamknąć otwartą przez autora furtkę.
Pierwszy scenariusz to wariant mroczny, romantyczny – samobójstwo idealisty.
Zwolennicy tej tezy przekonują, że Wokulski, mimo swej twardej pozytywistycznej powłoki, w głębi serca pozostał romantykiem „ulepionym” przez Mickiewicza i Słowackiego. Był przecież dawnym powstańcem, który całe swoje gigantyczne przedsięwzięcie finansowe podporządkował jednemu celowi: zdobyciu kobiety z wyższych sfer.
Gdy kurtyna opadła, a Izabela okazała się płytką egoistką, życie Wokulskiego straciło sens. Epizod na torach w Skierniewicach pokazał, że myśl o śmierci była w nim stale obecna. Wybuch w Zasławku miałby być zatem samobójstwem absolutnym, niemal mitycznym – samozagładą w ruinach własnych złudzeń, dokonaną tak, by plotkarska Warszawa nie mogła nawet sączyć kolejnych teorii nad jego martwym ciałem.
Ale czy człowiek przygotowujący się do odebrania sobie życia miesiącami porządkuje księgi rachunkowe, tworzy skomplikowane fundusze powiernicze dla innych i – to kluczowe – sięga po dynamit, by wysadzić własny zamek?
Emmy 2026. Gdzie obejrzeć nagrodzone hity?
Stąd druga hipoteza – ucieczka w ramiona nauki.
To wariant, w który do samego końca święcie wierzył Julian Ochocki. Kilka tygodni po wybuchu w Zasławku młody arystokrata i wynalazca otrzymał ogromny zapis finansowy z dyspozycją natychmiastowego wyjazdu do Paryża. Zdaniem zwolenników tej teorii, Wokulski w ruinach zamku nie odebrał sobie życia, lecz teatralnie zerwał ze swoją przeszłością, wysadzając w powietrze symbol swojego upokorzenia.
Już podczas pobytu w Paryżu Wokulski był zafascynowany profesorem Geistem i jego badaniami nad metalem o gęstości mniejszej od powietrza. Geist potrzebował gigantycznego kapitału, by doprowadzić swoje wynalazki do końca; Wokulski ten kapitał posiadał. W tej wersji Stanisław wybiera ostatecznie triumf pozytywizmu: poświęca resztę sił i fortuny na rzecz cywilizacyjnego skoku, który ma dać ludzkości wolność od grawitacji i wojen.
Hipoteza trzecia: emigracja i wielki kapitał.
Trzeci wariant, lansowany mimochodem przez trzeźwo myślącego doktora Szumana, zakłada ucieczkę poza stary kontynent. Wokulski był człowiekiem o horyzontach nowoczesnego rekina finansjery, który w dusznej, pokongresowej Warszawie zwyczajnie się dusił. Próby porozumienia z polską arystokracją skończyły się fiaskiem, mieszczaństwo patrzyło na niego z zawiścią, a urzędnicy z podejrzeniem. Szuman węszy ucieczkę przez Hamburg za ocean: do Nowego Jorku, gdzie budowano imperia kolejowe, albo na Daleki Wschód – do Indii czy Chin. Wybuch w Zasławku był tylko sprytną mistyfikacją, która miała zapewnić Wokulskiemu święty spokój od warszawskich wierzycieli, znajomych i plotkarzy.
Nieśmiertelny Wokulski
Rozczarowanie wśród czytelników było duże. Do redakcji „Kuriera Codziennego” płynęły listy z pretensjami. Krytycy, z bezwzględnym Aleksandrem Świętochowskim na czele, oskarżali pisarza o partactwo kompozycyjne, brak odwagi twórczej i pozostawienie biednych Warszawiaków „w mętnej mgle”.
Prus musiał zareagować. Kilka miesięcy później opublikował na łamach gazety autorski esej-manifest zatytułowany „Słówko o krytyce pozytywnej”. Tekst ten do dziś stanowi klucz do zrozumienia nie tylko finału „Lalki”, ale i całej metody twórczej autora.
Ostatnie „Kuce z Bronksu”. Koniec kultowej serii
Pisarz wyjaśnił, że zniknięcie Wokulskiego nie było ani wypadkiem przy pracy, ani efektem braku weny, lecz stanowiło bezlitosną diagnozę ówczesnego społeczeństwa.
Głównym zamysłem „Lalki” – tłumaczył Prus – było przedstawienie tragedii polskich idealistów na tle wszechobecnej apatii. Wokulski był tytanem wrzuconym w świat liliputów. Z jednej strony niósł w sobie romantyczny etos powstańczy i potrzebę wielkich porywów ducha, z drugiej – wielką wolę budowania potęgi materialnej. I na obu tych polach poniósł klęskę, ponieważ otoczenie nie było w stanie zaoferować mu niczego poza zawiścią, pogardą i niezrozumieniem.
Prus, bezkompromisowy realista, nie dopisał tradycyjnego zakończenia, by nie spłycać przekazu. Ożenek z Izabelą zamieniłby dzieło w tani romans dla pensjonarek. Samobójcza śmierć zepchnęłaby ją do rangi melodramatu. W ówczesnej Polsce dla kogoś z energią, inteligencją i kapitałem Wokulskiego zwyczajnie nie było miejsca.
Powrót Monty Pythona? Cleese ujawnia kulisy konfliktu
Przez lata wydawało się, że to wyjaśnienie zamyka sprawę. Po śmierci Bolesława Prusa, gdy badacze zaczęli przeglądać jego warsztatowe notatki i szuflady, okazało się, że autor „Lalki” zamierzał jednak powrócić do swoich bohaterów.
W papierach pisarza zachowały się konspekty i plany powieści pod roboczym tytułem „Sława”. Utwór ten miał być bezpośrednią, choć autonomiczną kontynuacją wątków zarysowanych w finale Lalki.
Z notatek wynikało jasno: autor wcale nie uśmiercił Wokulskiego pod gruzami Zasławka. Główną osią fabularną „Sławy” miały być losy Juliana Ochockiego, pracującego w laboratoriach we Francji i Szwajcarii nad przełomowym metalem Geista. Co kluczowe, w szkicach pojawia się motyw gigantycznego, tajemniczego mecenatu – nieznana ręka z oddali pompuje fortunę w badania młodych inżynierów, osłaniając ich przed zakusami obcych wywiadów i przemysłowców. Tym cichym finansowym demiurgiem nowego świata miał być oczywiście Wokulski, żyjący gdzieś w cieniu.
Rafał Zawierucha o incydencie z Bradem Pittem. „To było grillowanie”
Rozczarowany epoką Prus pomysł jednak zarzucił. Jak tłumaczą eksperci, w latach 90. XIX wieku jego pozytywistyczny entuzjazm zaczął gwałtownie stygnąć. Pisarz zrozumiał, że postęp technologiczny nie naprawi ludzkiej natury. Co z tego, że Geist da światu machiny latające, skoro ludzie użyją ich do zrzucania bomb na inne narody? Zamiast pisać naiwną ramotę science-fiction o metalu lżejszym od powietrza, Prus wolał cofnąć się w czasie i napisać „Faraona” – genialny, zimny traktat o naturze władzy, państwa i manipulacji masami.
Dziś, z perspektywy ponad stu lat, milczenie Prusa okazuje się jego największym literackim triumfem. A Wokulski, nawet jeśli zginął, tak czy siak pozostał nieśmiertelny.


