Sejm pracuje nad ustawą o zmianie niektórych ustaw w celu ochrony rolniczych funkcji produkcyjnych wsi. Inaczej mówiąc, ustawą o ochronie wsi przed miastem. Przydałaby się jeszcze jedna, w obronie grzybów.
Tak, tak, zbieranie grzybków to rozrywka niewinna, poprawia krążenie endorfin w organizmie, ple, ple. Podobnie niewinna jest turystyka. Co złego w podziwianiu architektury w Barcelonie i sławnych krakowskich pizzerii? A jednak kolejne miasta Europy biedzą się z prawodawstwem, które miałoby ograniczyć ruch turystyczny, bo ten wymknął się spod kontroli. A już zupełnie niewinne są promocje! Tyle że niszczą one normalny rynek. Nieco na bakier z gramatyką (ale kto by się tam przejmował gramatyką, kiedy jest promocja?) można powiedzieć, że ogłaszanie promocji bazuje na histerycznej nutce naszej osobowości. Nie przepchasz się do drzwi marketu oferującego kabel do ładowarki za złotówkę? Będziesz przegrywem miesiąca.
Dziki w miastach to bomba z opóźnionym zapłonem? „Nie można ich wiecznie głaskać”
Dzikie grzyby
Nasz stosunek do grzybów w lesie to jakby synergia turystyki i promocji. Jest nas w tych lasach mnóstwo i biegamy po nich przerażeni, że ominie nas promocyjny wysyp dóbr za darmo. (Nie licząc benzyny. No tak, ale w promocji zawsze jest jakiś haczyk). Jesteśmy, jako ogół, bardziej świadomi ekologii i częściej niż kiedyś uznajemy przyrodę za prawdziwy skarb narodowy. Z wyjątkiem grzybów. Te są nasze. Naprzód!
Te, jak się wydaje, już niedługo pójdą śladem dzików. Uciekną do miast. Dziki przed strzelbą. Grzyby przed kozikiem.
Pora odpowiedzieć na zarzut, że chcę zabrać ludziom niewinną rozrywkę, bo jestem chorym z nienawiści do ludzi ekologiem. Na pewno wierzę w energię odnawialną i w ogóle głosuję na Spurek. Gdzie tam! Po prostu z rosnącym przejęciem obserwuję kolonizowanie polskiej wsi przez nas, mieszczuchów.
Dary lasu
Tak, tak, to nic złego przeprowadzić się na wieś. I wmawiać sobie, że jesteśmy nie tylko trendy, ale i ekologiczni, chociaż prawda jest taka, że ekologiczni bylibyśmy, mieszkając w 30-metrowych mieszkaniach w blokach z wodą z kranu i zewnętrzną infrastrukturą. Nasza „wieś” ma być osiedlem domów, do których podstawowe dobra ma dostarczać kurier. Jasne, na tej naszej „wsi” przyda się i chłop, ale Boże broń rolnik. Chłop mówiący gwarą, mający ciekawe powiedzonka i chętnie siadający na przyzbie, aby powspominać dawne czasy.
Dziki problem Warszawy. Niechciani lokatorzy znów wyszli na ulice
Najlepiej, jak okazjonalnie będzie prał pościel w rzece za pomocą kijanki do prania. A propos, ogłoszenie pewnego muzeum etnograficznego: „Pucu! Pucu! Chlastu! Chlastu! – pod takim tytułem odbędzie się ostatni w tym roku wakacyjny warsztat. Uczestnicy spotkania wezmą udział w tradycyjnym praniu wiejskim, tak jak bywało w XIX wieku”. Odciski w pakiecie, będzie się czym chwalić. Bo przecież po tradycyjnym praniu chcemy wrócić do wiejskiego domku z terakotą hiszpańską, winem portugalskim, melonem i suszoną szynką z Parmy. Klima mile widziana.
Kolonizacja lasów to tylko etap w rozprzestrzenianiu się miastowych na tereny bezpańskie przecież, bo państwowe. Ze wsi Nowi próbują wyrugować rolników, producentów żywności, bo hałasują maszynami i smrodzą krowami. Równie bezceremonialnie anektują „dary lasu”, bo nam się te grzyby po prostu należały.
Zaraz, naprawdę dary lasu nie mogą zostać… w lesie?


