Kultura

Czujnik dymu nad głową. O człowieku między Bogiem a algorytmem

W jednej z najbardziej przejmujących scen powieści „Uległość” Houellebecqa bohater szuka Boga, ale nad głową znajduje jedynie czujnik dymu. Ten obraz mówi więcej o współczesności niż niejeden traktat filozoficzny. Od zmarłego w ostatnich dniach Jürgena Habermasa aż po prowokacje Slavoja Žižka powraca jedno pytanie: czy w świecie zdominowanym przez technikę człowiek potrafi jeszcze odnaleźć sens?

Marcin Darmas
Felieton autorstwa: Marcin Darmas
18 marca
10 minut
Nowoczesny człowiek pragnie sensu, ale nie chce rezygnować z komfortu. (fot. Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA
  • Nowoczesny człowiek – jak bohater Houellebecqa – pragnie sensu, ale nie chce rezygnować z komfortu. Dlatego technologie – zamiast pomagać – zaczynają regulować życie i ograniczać wolność.
  • Czujnik dymu staje się symbolem nowoczesnej kontroli, technologicznym odpowiednikiem tego, co Foucault nazwał „bezosobową formą przymusu”.
  • Nawet świeccy myśliciele coraz częściej przyznają: bez religii lub silnej etyki nie da się zatrzymać „Boga techniki”. Powstaje pytanie: czy to my wciąż kontrolujemy maszyny, czy raczej one zaczynają kontrolować nas, wyznaczając normy „zdrowego”, „właściwego” i „efektywnego” życia?

Reklama

W „Uległości” Michela Houellebecqa jest kapitalna scena, która, co prawda, w krzywym zwierciadle i z charakterystyczną dla autora ironią, oddaje kondycję współczesnego człowieka. Główny bohater zmęczony jest ogłupiającym dreptaniem w kole, dosyć ma sztucznego świata upaćkanego tuszem do rzęs i wspomaganego syntetycznym hormonem szczęścia. Dlatego François postanawia uciec. Pozostawia za swoimi plecami zgiełk miasta, uwierający go myślowy konformizm cywilizacji pozorów, a także, jak to u Houellebecqa, seksualną mizerię, której nic nie potrafi już zaspokoić.

François w poszukiwaniu utraconego sensu udaje się do opactwa Ligugé, gdzie sto lat wcześniej Joris-Karl Huysmans przeżył nawrócenie tak silne, że postanowił zostać benedyktyńskim oblatem. Bohater „Uległości” pragnie tego samego. Lecz swojemu upragnionemu nawróceniu stawia warunki. Spodziewa się mnisiej celi z wszelkimi wygodami, z lodówką i klimatyzacją na czele. Nie narzekałby również na inne dogodności, jak dostęp do szybkiego internetu z możliwością korzystania z platform pornograficznych albo butelkę dobrego wina.

W pewnym momencie François wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów i spogląda na sufit. Zamiast upragnionego horyzontu wiary dostrzega nad swoją głową czujnik dymu. Szybko rozumie, że w takich warunkach prawdziwe i szczere nawrócenie okazuje się niemożliwe.


Reklama

Bohater „Uległości” jest bardzo podobny do człowieka nowoczesnego. Cierpi z powodu wewnętrznej pustki i grozy wiekuistej ciszy kosmosu, ale w drodze do Boga, nie potrafi zrezygnować z własnej wygody. A proza życia leczy go z egzaltacji wiary.


Reklama

François czeka na znak. Szuka go poza sobą, spogląda na niebo i dalej dostrzega plastik, bezduszną maszynę, ograniczenia i nawoływania do zdrowego życia. Czujnik dymu jest przecież tym wszystkim po kolei. Jest tym, co filozof Michel Foucault widział jako „bezosobową formę przymusu”. Czujnik to przecież maszyna, która bezpośrednio wpływa na nasze ludzkie zachowania, nie tylko poddajemy się jej obecności, ale i cichemu przymusowi.

Nowoczesny technologiczny bożek coraz mniej służy naszej wygodzie, a poszerza zakres swoich kompetencji. Mierzy nam kalorie i puls serca, ale także staje się ekspertem w ludzkich miłostkach, potrafi nawet dokładnie parametryzować „godne” i, co ważniejsze, „zdrowe” życie.

Coraz częściej zasadne staje się pytanie: czy to my jeszcze rządzimy maszynami, czy maszyna zaczyna nami rządzić?


Reklama

Bohater „Uległości” cierpi z powodu wewnętrznej pustki i grozy wiekuistej ciszy kosmosu, ale w drodze do Boga, nie potrafi zrezygnować z własnej wygody. (fot. Shutterstock)


Reklama

Ciasne, ale własne. Jak deweloperzy przejęli metody fliperów i oszukują na młode małżeństwo?

Szkoła frankfurcka: kiedy rozum zawodzi

Pytania o przyszłość ludzkości w szponach rozrastającego się królestwa technologii i myślenia racjonalnego karmiły myśl zmarłego w ostatnich dniach w wieku 96 lat Jürgena Habermasa. Filozofa i socjologa były minister spraw zagranicznych Joschka Fischer nazywał, bagatela!, „państwowym myślicielem demokratycznych Niemiec”.    

Habermas swoje intelektualne boje zaczął u boku najznamienitszego przedstawiciela „szkoły frankfurckiej” Theodora W. Adorna i przez wiele lat był jego najbliższym asystentem.


Reklama

„Szkoły frankfurcka” wyrosła z kryzysu myśli po drugiej wojnie światowej. Według jej przedstawicieli niemiecki nazizm, czyli powszechne zniewolenie umysłów, „banalność zła” i zautomatyzowane komory gazowe nie wzięły się z rozrostu barbarzyńskich sił. Paradoksalnie, Niemcy Hitlera były szczytem osiągnięć Oświecenia, tryumfu mocy umysłu, który reguluje ludzkie zachowania.


Reklama

Zadawali więc pytanie: dlaczego świat, który miał być bardziej racjonalny i wolny, wciąż produkuje nowe formy zniewolenia? Ich odpowiedź była zaskakująca: problem nie leży tylko w polityce czy gospodarce, ale w samym sposobie, w jaki rozumiemy rozum.

Rozum, który miał wyzwalać ludzi z przesądów, zaczął działać jak narzędzie kontroli – nastawione na efektywność, zarządzanie i przewidywanie, a nie na swobodną refleksję czy wolność. W efekcie zamiast bardziej świadomego społeczeństwa pojawił się świat, w którym ludzie łatwiej poddają się schematom, masowej kulturze, systemom władzy czy… czujnikom dymu.

Po śmierci dawnych bogów, Boga religii, Boga tradycji, Boga metafizyki, XXI wiek stworzył własnego: Boga techniki. To on doprowadza rozum do jego skrajnej, czysto instrumentalnej postaci. Zamiast pomagać rozumieć świat, zostaje zredukowany do algorytmicznej optymalizacji. Na mocy nowego rozumu nie chodzi ani o lepsze życie, nie chodzi również o sens istnienia, czy o cel, do którego dążymy. Chodzi o coraz lepsze wyniki, wydajność i kalkulację.


Reklama

Habermas i ratunek w dialogu

Habermas nie podzielał sceptycyzmu swoich mistrzów. Przez większość swojego namysłu, starał się wyzwolić z rapsodycznych wizji świata owładniętego przymusem i zaciśnianiem technologicznego kokonu. Pragnął człowieka wyzwolić, otworzyć na dialog z drugim człowiekiem. Z „działania komunikacyjnego” uczynił przecież główne przesłanie z swojej refleksji o świecie.


Reklama

Na jakich wartościach mogą dziś opierać się nasze społeczeństwa, pytał Habermas. Już nie na jakiejś nadrzędnej, transcendentnej i niewidocznej instancji, lecz właśnie na samym dialogu. Habermasa mniej interesował cel dialogu z drugim człowiekiem, ile jego istota i przetrwanie. W jego wizji to proces podstawowy, nieustannie odnawiany, toczący się według własnych reguł.

W dialogu jest zawarta gotowość nie tylko do podawania argumentów. Ale przede wszystkim, uważał niemiecki myśliciel, w dialogu zaszyte jest uznanie drugiego za równoprawnego rozmówcę. Bez względu na jego pochodzenie, zarobki, potencjał intelektualny, zasługi czy doświadczenia. Tak widział sens demokracji, której był gorącym orędownikiem w jej najbardziej deliberatywnej odmianie.

 


Reklama

Co ciekawe, Habermas nie zadowalał się słowami-zaklęciami. Jego wizja nie była pustą, naukową, nomen omen, gadaniną. Zdeklarowany marksista Habermas rozmawiał z każdym. Niezwykle ciekawy okazał się jego dialog z 2004 r. z ówczesnym kardynałem Józefem Ratzingerem, przyszłym papieżem Benedyktem XVI. Mimo wielu rozbieżności, zaskakująco zgodzili się, że religia powinna zostać ważnym punktem demokratycznej debaty.


Reklama

Natomiast najbardziej zadziwiająca rewelacja przyszła pod koniec życia Habermasa. W książce „Między naturalizmem a religią. Rozprawy filozoficzne” otwarcie twierdził, że galopujący technologiczny terror może zatrzymać powrót do kanonu moralności chrześcijańskiej. Zbyt daleko idącym wnioskiem byłoby stwierdzić, że Habermas dostąpił łaski wiary. Natomiast na płaszczyźnie intelektualnej uzmysłowił sobie, że chrześcijaństwo okazało się czymś w rodzaju brakującego elementu układanki, gdzie postępowanie rozumowe albo racjonalne powinno być uzupełnione religijną moralnością. Bez etyki bazowanej na chrześcijaństwie, twierdził Habermas, przestaje być możliwe „dobre życie”.

Niemiecki filozof pragnął na stronach „Między naturalizmem a religią” abyśmy nie zapomnieli ani o solidarności, ani o współczuciu dla skrzywdzonych i poniżonych. Dla tych, którzy nie potrafią nadążać i dlatego są narażeni na wykluczenie albo wprost – wyrzucenie za burtę. Albowiem współczesność w pędzie „ku lepszemu” i bardziej „wydajnemu” światu będzie dążyć, uważa Habermas, do likwidacji najdelikatniejszych członków wspólnoty.

Czy chrześcijaństwo wraca do debaty publicznej?

Co ciekawe, dotychczasowe legiony przeciwników chrześcijaństwa, niespodziewanie zmieniają front. Zaskakuje filozoficzny testament Habermasa. Ale nie tylko. Do chóru neofitów, dołączają inni. Żałuje odwrotu od kultury chrześcijańskiej nie kto inny, jak Michel Onfray, autor głośnego eseju o wymownej nazwie „Traktat ateologiczny”. To nie koniec.


Reklama

Niespodziewanym sojusznikiem wiary okazał się od lat funkcjonujący jako intelektualny sabotażysta Slavoj Žižek. Jedni widzą w nim błazna, inni proroka. Marksista z Lublany nie tyle komentuje rzeczywistość, co ją podminowuje, podrzucając idee niewygodne, zgrzytliwe, niemożliwe do zaszufladkowania. Tym razem uderzył w jedno z ostatnich tabu oświeconego salonu: każe ateistom przemyśleć… chrześcijaństwo.


Reklama

W swojej książce „Chrześcijański ateizm. Jak być prawdziwym materialistą” Žižek bierze na celownik dobrze znany, liberalny banał: religia jako sympatyczna bajka dla tych, którzy „nie dorastają” do abstrakcyjnej moralności. Žižek rozjeżdża się tu również ze swoim mistrzem Karolem Maksem i jego wyświechtaną formułą o religii jako „opium dla ludu”. Bo jeśli religia jest tylko środkiem znieczulającym, to dlaczego jej rdzeń pełen jest cierpienia, sprzeczności i radykalnych żądań?

Prawda nie jest ekskluzywnym towarem elit, lecz czymś potencjalnie dostępnym dla wszystkich – choć wymagającym wysiłku, którego wielu nie podejmie. Žižek z lubością rozbija paternalistyczne przekonanie, że „masy” trzeba karmić uproszczoną narracją. Chrześcijaństwo nie jest przecież cukierkową opowieścią. Wystarczy otworzyć pełną bólu i zawodzeń Księgę Hioba, przejść przez mroki Starego Testamentu, by dotrzeć do największego skandalu – Ukrzyżowania.

Žižek widzi siłę chrześcijaństwa gdzie indziej: w jego bezwstydnej gotowości do stawiania pytań o sens cierpienia, o sprawiedliwość, o absurd istnienia. (fot. Shutterstock / Shutterstock)


Reklama

W wywiadzie dla „Spectatora” filozof idzie jeszcze dalej, punktując współczesne próby rozmiękczenia chrześcijaństwa do poziomu moralnej papki: „bądź miły, nie oceniaj, konsumuj spokojnie”. Tak spreparowana religia staje się idealnym dodatkiem do liberalnego konsumpcjonizmu – nieszkodliwym, lekkostrawnym, a przez to martwym. Žižek widzi siłę chrześcijaństwa gdzie indziej: w jego bezwstydnej gotowości do stawiania pytań o sens cierpienia, o sprawiedliwość, o absurd istnienia.


Reklama

Žižek docenia w chrześcijaństwo, bo właśnie w tej niewygodnej formule kryje się sedno: Bóg, który nie jest opiekunem od komfortu, lecz dopuszcza próbę, ryzyko, upadek.

To prowadzi go do jednego z najbardziej paradoksalnych pojęć chrześcijaństwa. Bez upadku nie byłoby odkupienia, bez grzechu – wolności, bez ryzyka – sensu wyboru.

Od literackiej ironii Michela Houellebecqa, przez pesymizm Theodora Adorno, aż po bardziej pojednawczą wizję Jürgena Habermasa rozciąga się jedna wspólna intuicja: człowiek nowoczesny utracił równowagę między rozumem a sensem. Gdy rozum redukuje się do algorytmu, a życie do optymalizacji, pojawia się pustka, której nie wypełnią ani technologie, ani komfort.


Reklama

Zamiast prawa moralnego w sobie i gwiazd na niebie, zachwyt będą wzbudzać suflowane przez sztuczną inteligencję rozwiązania i czujniki dymu na suficie.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz