Maj 2022 r., trzy miesiące od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Niebo nad canneńskim pałacem festiwalowym rozcina eskadra myśliwców. Znajoma dziennikarka z Kijowa ma nietęgą minę – w planie jest jeszcze pokaz fajerwerków. Huk próbnych wystrzałów słychać od świtu do zmierzchu, co chwilę ktoś odwraca głowę z niepokojem.
Spokojnie, to tylko promocja. Wojna w Europie może poczekać, skoro Tom Cruise przyjechał na Lazurowe Wybrzeże z filmem „Top Gun: Maverick”. Czy naprawdę, mając na względzie taki poziom wrażliwości organizatorów, kogokolwiek jeszcze dziwi, że od paru lat Cannes nie potrafi zająć klarownego stanowiska w sprawie Rosji?
Andriej Zwiagincew i jego „Minotaur” w konkursie głównym festiwalu Cannes
W kuluarach festiwalu mówi się, że na rosyjskiego „Minotaura” czekali przede wszystkim ukraińscy dziennikarze. Nie wiem, ile w tym prawdy. Wiem natomiast, że jeśli go obejrzeli, muszą czuć się rozczarowani. Myślę, że na emigrantach z Rosji, zwłaszcza tych, którzy przez lata stali się pieszczochami Zachodu, spoczywa dziś pewnego rodzaju moralna obligacja. Albo chwytasz kamerę, wkraczasz na Kreml razem z drzwiami i zostawiasz po sobie zgliszcza, albo przestajesz się wygłupiać.
Zwiagincew się wygłupił. Nakręcił remake francuskiego melodramatu Claude’a Chabrola „Niewierna żona” z 1969 r. Na siłę dosztukował do niego narrację o wojnie.
Sam na prezentowane w Cannes rosyjskie filmy nie chodzę z zasady. Średnio interesuje mnie fakt, że kręcą je w dużej mierze dysydenci, a nawet ofiary putinowskich represji. Po pierwsze – nigdy nie wiesz, kogo ustawili przed kamerą i czy ten ktoś nie odbija karty w moskiewskim teatrze.
Festiwal w Cannes: Czas horroru. Recenzujemy świetny film o Jeanie Moulinie i Klausie Barbie
Nawiasem mówiąc, nie dotyczy to jedynie rosyjskich twórców. Proputinowskie gwiazdy obsadził u siebie choćby Amerykanin Sean Baker. Przypomnę tylko, że jego „Anora” zdobyła i Złotą Palmę, i Oscara.
Po drugie – jeśli, zachęcany opowieściami o szlachetnych Rosjanach na wygnaniu, raz zrobisz wyjątek, to automatycznie poszerzasz sferę szarości; dopuszczasz do dyskusji reżyserów, których losy w kraju urodzenia są tak naprawdę wielką tajemnicą; albo tych, którzy nie opowiedzieli się jasno po stronie Ukrainy.
Po trzecie – nie podoba mi się sposób, w jaki Rosjan traktuje sam festiwal. Po wybuchu pełnoskalowej wojny Cannes odmówiło wstępu zarówno rosyjskim dziennikarzom, jak i filmowcom, co wydawało się ważnym symbolicznym ruchem. Rok później otworzyli drzwi dla dziennikarzy. Tyle, że z teoretycznego obowiązku potępiania Rosji nie mieli ich jak rozliczać.
Z czasem do Cannes wrócili też rosyjscy filmowcy. W tym roku był to, prócz Zwiagincewa, Kantemir Bałagow, czyli uczeń wielkiego mistrza rosyjskiego kina Aleksandra Sokurowa. A także Kiryłł Sriebriennikow, który w 2024 r. podzielił canneńską publiczność kontrowersyjną opowieścią o sowieckim poecie Limonowie.

Rosyjski reżyser Andriej Zwiagincew na premierze filmu „Minotaur”, 79. MFF w Cannes, maj 2026 (fot. Sameer Al-Doumy / East News)
Jedyne, czego tak naprawdę brakuje, to jakiś rodzaj komunikatu ze strony dyrekcji festiwalu; eksplikacji wyrazistej politycznej linii; artystyczno-politycznego przewodnika dla wszystkich – Rosjan, Ukraińcow, Polaków, Francuzów. W końcu dla każdej nacji wojna na Ukrainie oznacza coś zupełnie innego. I wiąże się z odmiennymi symbolicznymi zobowiązaniami.
„Minotaur” to dobre kino, które nie powinno powstać
Poszedłem na „Minotaura” zachęcony plotkami o podekscytowanych Ukraińcach. Żałuję. To dobre kino, ponieważ Zwiagincew jest dobrym reżyserem. Sęk w tym, że w piątym roku wojny nie mam ochoty oglądać dramatu o małżeńskich problemach bogaczy.
Festiwal w Cannes: Widzieliśmy „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego. Lepsza niż „Ida” i „Zimna wojna”?
Kontekst inwazji jest oczywiście istotny o tyle, że Zwiagincew próbuje zamienić go w fabularny zapalnik. Film rozpoczyna się w przededniu wojny. Główny bohater, właściciel dużych zakładów przemysłowych, musi wyznaczyć poborowych spośród swoich pracowników. W domu tymczasem czeka na niego niewierna żona, za którą mężczyzna wysyła prywatnego detektywa. Logika obydwu wątków polega na ciągłej eskalacji napięcia – wokół szyi bohatera zaciska się pętla, czasu jest coraz mniej.
Obraz konfliktu, który wyłania się ze skrawków relacji telewizyjnych, wiadomości w radiu oraz filmików na YouTube, to najgorszym wypadku zestaw „niesprzyjających okoliczności”. Zaś w najlepszym – sedno moralnego dylematu jednostki. Wskazując zbędnych pracowników, mężczyzna wydaje na nich wyrok śmierci. Problem w tym, że sam pozostaje trybikiem w skorumpowanej machinie lokalnej polityki, więc naprawdę trudno mu kibicować.
Gdyby „Minotaur” był filmem wyłącznie o tych rozterkach, łatwo byłoby dostrzec w nim jakiś rodzaj humanistycznej narracji; opowieści o napędzanym wojną, robaczywym systemie. Niestety, wątek erozji małżeństwa jest znacznie ważniejszy, zarówno jeśli chodzi o czas ekranowy, jak i fabularną wagę. I trudno zobaczyć w nim coś więcej niż scenariopisarski unik. No bo przecież nie metaforę rosyjsko-ukraińskich stosunków, której desperacko szukają w swoich relacjach z Cannes dziennikarze.
Festiwal w Cannes: Fantastyczny „The Beloved” walczy o Złotą Palmę. Tak się robi kino!
Jeśli ktoś ma pojęcie o kinie Zwiagincewa, wie doskonale, że trudno przejść do porządku dziennego nad wspomnianą artystyczną strategią. Reżyser uderzał już w Rosję celniej i z większym przekonaniem, choćby w nagrodzonym Oscarem „Lewiatanie” – obrazie państwa jako nieprzeniknionego piekła korupcji. Albo w „Niemiłości” – filmie pełnym zarówno mocnych, symbolicznych obrazów, jak i formułowanych wprost oskarżeń pod adresem Kremla. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że gdyby pokazać te filmy w Cannes dziś, byłyby najmocniejszym głosem w dyskusji o współczesnej Rosji.
Z czym wobec tego zostajemy? Ano z precyzyjnie wyreżyserowanym i świetnie zagranym filmem o zdradzie oraz podszeptach instynktu samozachowawczego. Jestem przekonany, że za 30 lat odkryjemy go na nowo i dojdziemy do wniosku, że jest jednym z najlepszych w twórczości reżysera. Dziś, mówiąc kurtuazyjnie, jest nam niepotrzebny. Zaś najboleśniejszą obelgą pod adresem reżysera wydaje się powtarzane w kuluarach pytanie, czy „Minotaur” miałby szanse na dystrybucję w Rosji. Cóż, miałby.

