- Europa – zwłaszcza Francja – coraz ostrzej dystansuje się od Stanów Zjednoczonych, ale czy ma realną siłę, by grać samodzielnie?
- Macron mnoży symbole i inscenizacje militarne, próbując podtrzymać wizerunek Francji jako globalnej potęgi – od wizyty na lotniskowcu po starannie reżyserowane orędzia telewizyjne, pełne historycznych i kulturowych odniesień.
- Diagnoza pisarza Céline’a o Europie i Francji jako potęgach schyłkowych okazuje się prorocza: bez „liczby” (demografii) i bez „prestiżu wojny” (realnej siły militarnej) dawne mocarstwa zastępują fakty mitami, gestami i teatralnością polityczną.
- Symboliczne zestawienie Napoleona i Nerudy w wystąpieniach Macrona zdradza próbę budowania alternatywnej narracji o francuskiej roli w świecie. Czy Francja wciąż wierzy w swoją wielkość, której świat już nie uznaje?
Można odnieść wrażenie, że ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie jak w soczewce oddają stan, zarówno polityczny, prawny i, co ciekawe, również mentalny, relacji między nowym, a starym światem. Między potęgą schyłkową (Stany Zjednoczone) a potęgą już minioną (Europa).
Narasta nastrój coraz mniej zakamuflowanych rozbieżności i priorytetów. Mnożą się niesmaczne i wydrowate uwagi i persyflaże. Przywódcy najpoważniejszych stron na geopolitycznej szachownicy, pomimo istotnych różnic, do tej pory szli ręka w rękę. Obecnie jednak rozdzierają się z odrazą godną nie sojuszników, lecz egzystencjalnych i rozgoryczonych adwersarzy. Zazwyczaj powściągliwa w ocenach Europa burzy się na każdą zaczepkę amerykańskiego prezydenta.
W krytyce Donalda Trumpa prym wiedzie Francja. Warto odnotować, że im bardziej wątła jest sytuacja Francji – ekonomicznie, społecznie i politycznie – tym częściej przemawia jak mocarstwo. Niemniej, problem polega na tym, że Francja już potęgą nie jest. A pomimo tego, utrzymuje dyskurs, posturę oraz frazeologię globalnego gracza. Im mniej Francja może, tym więcej stosuje zacietrzewionej donkiszoterii i symboli minionej potęgi.
Nowa francuska doktryna nuklearna – i jej polska, prowincjonalna recepcja
Emmanuel Macron i polityka symboli: teatr siły na pokładzie lotniskowca
Szczególnie było można to odczuć przy okazji wizyty prezydenta Emmanuela Macrona na lotniskowcu Charles de Gaulle, operującego obecnie na Morzu Śródziemnym. Na pokładzie flagowej jednostki francuskiej marynarki Macron zwrócił się do załogi, która jeszcze kilkanaście dni temu przygotowywała się do ćwiczeń wojskowych u wybrzeży Norwegii. Podkreślił, że Francja nie bierze bezpośredniego udziału w trwającym konflikcie. Jednocześnie przyznał, że działania zbrojne mogą potrwać „kilka dni lub nawet tygodni”. Macron mnożył symbole: on samotnie przemawiający prezydent na pokładzie lotniskowca oraz rząd marynarzy przysłuchujący się o sile francuskiego oręża.
Jak podkreślają przedstawiciele francuskiego resortu obrony, nowe rozmieszczenie lotniskowca nie jest jedynie demonstracją siły. Ma ono umożliwić Francji oraz państwom europejskim aktywniejszą rolę w regionie. Były szef sztabu marynarki, admirał Bernard Rogel, zaznaczył, że obecność wojskowa jest kluczowa, jeśli państwo chce realnie wpływać na rozwój wydarzeń.Początek formularza
Czyżby obserwacja podjętych przez Stany Zjednoczone i Izrael działań militarnych podkreślały europejską, a w szczególności, francuską potęgę? Można mieć, delikatnie rzecz ujmując, wątpliwość.

Rozmieszczenie lotniskowca de Gaulle nie jest jedynie demonstracją siły. Ma ono umożliwić Francji oraz państwom europejskim aktywniejszą rolę w regionie. (fot. YT/Elysee)
Louis-Ferdinand Céline i gorzka diagnoza upadku Europy
Warto na chwilę zatrzymać się przy kilku fragmentach wywiadu udzielonego w 1957 r. przez największego pariasa literatury francuskiej XX wieku, Louis-Ferdinanda Céline’a. Do jego pustelni w Meudon dotarł z Szwajcarii Louis-Albert Zbinden, aby porozmawiać o jego ostatnich powieściach.
Sceneria oraz okoliczności spotkania miały znaczenie niemal symboliczne. Chaotyczne przedmieścia francuskiej stolicy, wątłe i cherlawe zabudowania, zdezelowana willa wybudowana w stylu Louis-Philippe’a, a w niej udręczony autor „Podróży do kresu nocy”. Podstarzały Céline tonął wówczas w długach. Był już po dwuletniej odsiadce w Danii za kolaborację z Niemcami podczas okupacji. Ledwo chodził i z trudem się wypowiadał. Coraz bardziej przypominał bohaterów własnych powieści – złamanych przez dzieje i zawiść swoich bliźnich.
Rozgoryczony, zmęczony i niezrozumiany Céline formułował jednak, bądź co bądź, niezwykle przenikliwą analizę sytuacji politycznej Francji i całej Europy. Jego słowa są nie tylko aktualne, ale w pewnej mierze również prorocze.
„Oczywistym jest, że Francja była pierwszym narodem świata, kiedy miała 25 mln mieszkańców. Za Ludwika XIV Francja dyktowała swoje prawa całemu światu. Gdy Ludwik XIV chorował na niestrawność, cały świat się niepokoił. A jak jest teraz? W dzietności, w liczbie ludności, Francja stała się niczym. Czterdzieści milionów Francuzów to jest nic, naprzeciw bloków, które mają obecnie miliardy. Bo przecież teraz mówi się o miliardowych populacjach.” – diagnozował już pod koniec lat pięćdziesiątych autor „Śmierci na kredyt”.
Céline redukował potęgę narodów nie tylko do potencjału demograficznego, lecz także do tego, co nazywał „prestiżem wojny”. Do przeprowadzającego z nim wywiad Zbindena mówił lapidarnie: „Wie pan, żeby prowadzić narody, od początku świata miało się właściwie tylko dwie rzeczy: prestiż wojny, którą się właśnie wygrało, i prestiż tej, którą ma się wygrać”.
W dziejach – twierdził autor „Od zamku do zamku” – fawory i wpływy rozdzielano wedle tych dwóch wektorów: potencjału demograficznego oraz „prestiżu wojny”. Reszta okazywała się jedynie bajaniem i odgrywaniem teatralnych ról. Już wtedy Céline widział swój kraj owładnięty historycznym kabotyństwem. Francja stawała się w jego oczach Guliwerem, który zapomniawszy, że przestał być kolosem, nadal biega po ulicach Londynu i krzyczy do przechodniów: zejdźcie z mojej drogi, bo was rozdepczę!
„Wszystko redukuje się do liczby. Nie macie liczby, więc milczcie. W tej chwili mała Europa, rości sobie prawo do mówienia o tym lub owym. A Francja znaczy tyle, co departament Deux-Sèvres. Francja waży tyle, co departamenty Drôme czy Ariège (…) Francja myśli, że ma coś do powiedzenia, jak za Ludwika XIV, a reprezentuje numerycznie Deux-Sèvres. To, co prawi Francja już nie ma żadnego znaczenia. Utraciła swoją suwerenność. Szuka swojej suwerenności w Stanach Zjednoczonych albo w Rosji. Sama z siebie, nie może już nic powiedzieć”.
Gdy zmniejsza się potencjał narodów, władza zaczyna coraz wyżej szybować w przestrzeni marzeń, mitów i dekoracji wielkości. Idąc za Célinem, należałoby stwierdzić, że Francja utraciła swoją niegdysiejszą potęgę i – co ciekawe – nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Wciąż jednak używa gestów, postur i frazeologii charakterystycznych dla wielkich mocarstw.
Iran zagra na MŚ, ale... poza USA? Stutysięczna armia na ratunek Meksykowi
Polityka jako spektakl: czy symbole zastępują realną władzę?
Migawkowe, a zarazem symbolicznie gęste orędzie Emmanuela Macrona wygłoszone na początku marca okazuje się kolejnym, dobitnym przykładem takiego właśnie zjawiska. Prezydent Francji, swoim zwyczajem, starannie wyreżyserował telewizyjne wystąpienie, naszpikowując swój gabinet labiryntem podprogowych znaczeń i symboli.
Podczas wystąpienia uwagę przykuwała starannie wyreżyserowana scenografia. Żaden z bibelotów znajdujących się na biurku prezydenta Francji nie znalazł się tam przypadkowo. Mieliśmy do czynienia z symboliczną obfitością zawierającą niemały fragment przebrzmiałej francuskiej potęgi. Mówiąc wprost – z Célinowską opowieścią o departamencie Deux-Sèvres, któremu wciąż wydaje się, że przemawia językiem Ludwika XIV, „króla słońce”.
Od Napoleona do Macrona: ewolucja francuskiej siły militarnej
Zacznijmy od ołowianego żołnierzyka stojącego na skraju stołu. Przyglądamy się figurynce uważnie. Jej granatowy mundur, białe drelichy, a przede wszystkim wysoka wełniana czapka, świadczą o tym, że to ołowiana replika grenadiera gwardii cesarskiej doby napoleońskiej.
Co ciekawe, Macron nie zdecydował się umieścić w kadrze podobizny „Boga wojny”. Napoleon, w odróżnienie od polskich wizji „męża opatrznościowego”, pozostaje we Francji postacią kontrowersyjną. Z jednej strony stanowi ostatni akord francuskiej wielkości, a po nim francuski błysk zaczął wyraźnie słabnąć. Z drugiej, Korsykanin pozostawił po sobie kraj osłabiony wojnami, zarówno demograficznie jak i politycznie.
Zaproponowana w scenografii fuzja przeszłości i przyszłości w napoleońskim symbolu może więc budzić zdziwienie. Albowiem o tym, że Macron jest zwierzchnikiem francuskich sił zbrojnych, zaświadcza w gruncie rzeczy dziecięca zabawka. A przecież mit – zwłaszcza ten napoleoński – prezentuje dramatyczną wizję ludzkiego losu, odwołując się do obrazu walki i przedstawiając nieuchronność zmagań na polach bitewnych właściwie wszystkich kontynentów.
Natomiast Macron zdaje się czynić z wojny ludyczną zabawkę dla chłopców na przerwie między lekcjami. Zresztą oglądając reportaż filmowy „Prezydent, Europa i wojna” w reżyserii Guy Lagache’a, zrealizowanym w przededniu rozpoczęcia rosyjskiej ofensywy na Ukrainie, odnosi się wrażenie, że dla Macrona wojna jest czymś nie tyle odległym, ile wręcz wirtualnym. Mnożą się odrealnione inscenizacje. Publikowane są zdjęcia z narad wojennych. Macron występuje w bluzie z kapturem, z kilkudniowym zarostem, a na fotografie nałożono, dla większego efektu autentyczności, ziarnisty filtr.

Prezydent Francji, swoim zwyczajem, starannie wyreżyserował telewizyjne wystąpienie, naszpikowując swój gabinet labiryntem podprogowych znaczeń i symboli. (fot. YT/Elysee)
Pablo Neruda: ukryty przekaz dla Donalda Trumpa
Drugim elementem przykuwającym uwagę podczas orędzia Macrona była książka. Grube tomiszcze z włożoną pośrodku zakładką nonszalancko leżało przed obliczem prezydenta. Były to zebrane trzy części „Pobytu na ziemi” chilijskiego poety Pabla Nerudy. Czyżby Macron uczynił z poety punkt odniesienia w kontekście współczesnych napięć geopolitycznych? Przywołanie jego dorobku nie wydaje się bynajmniej przypadkowe. Zarówno ze względu na historyczne doświadczenia autora, jak i jego wyraźnie zaangażowaną postawę polityczną.
W latach 30. XX wieku, pełniąc funkcję konsula pod różnymi szerokościami geograficznymi, Neruda był bezpośrednim świadkiem narastających napięć w Europie i Ameryce Łacińskiej. Okres ten naznaczony był wzrostem znaczenia ruchów totalitarnych oraz wydarzeniami poprzedzającymi hiszpańską wojnę domową. Wpływ tych wydarzeń wyraźnie odbił się na twórczości Nerudy. Poeta stopniowo odchodził od bardziej przystępnej, wczesnej poezji na rzecz stylu hermetycznego i inspirowanego surrealizmem, który miał oddawać dramatyzm i chaos epoki.
Otwarcie komunizujący poeta (laureat stalinowskiej Międzynarodowej Nagrody Pokoju w 1953 r.) był aktywnym uczestnikiem życia publicznego i ostro krytykował działania Stanów Zjednoczonych w Ameryce Łacińskiej. Oskarżał Waszyngton o wspieranie autorytarnych reżimów oraz udział w zamachach stanu, które, w mniemaniu Nerudy, stanowiły przejaw ekonomicznego i politycznego neokolonializmu.
Chilijski intelektualista otwarcie solidaryzował się z ruchami antyimperialistycznymi oraz obrońcami suwerenności państw Ameryki Łacińskiej. Jednym z najbardziej znanych przykładów jego zaangażowania było wsparcie dla kampanii wyborczej Salvador Allende w Chile.
Nie trzeba wielkich zdolności interpretacyjnych, aby rozplątać myślowy supeł Macrona. Adresatem twórczości Nerudy zdaje się być Donald Trump. Szczegóły gryzą po kostkach. Neruda był przecież zarówno gorącym orędownikiem pokoju, jak i ostrym krytykiem zbezczeszczeń oraz zatruć amerykańskiego neokolonializmu.
Człowiek obracający się w mitycznych symbolach to człowiek, którego nie zadowala świat istniejący. Interesuje go on, można rzec, przede wszystkim o tyle, że dostarcza mu znaków, z których stwarza sobie inny świat, świat, który – po to, by przekonać skutecznie samego siebie o jego istnieniu – opowiada samemu sobie. Tak właśnie rodzi się mit. Czyli pragnienie zmiany.
W tym konkretnym przypadku Macron marzy o przeobrażeniu na nowo departamentu Deux-Sèvres w imperium Ludwika XIV…

