Świat płonie od miesięcy, więc siłą rzeczy języki ognia dosięgają też zbliżający się mundial. Czy Iran w ogóle pojedzie na ten turniej? Jak zapewnić bezpieczeństwo kibicom, którzy wybiorą się do miasta grzechu? Skąd amerykańskie komitety organizacyjne wytrzasną rzekomo brakujące ćwierć miliarda dolarów? Im bliżej do mistrzostw, tym więcej pojawia się wokół nich trudnych pytań.

Zagrają w Seattle i Los Angeles, czy nie ma na to najmniejszych szans? A jeśli ostatecznie nie wystąpią w Stanach Zjednoczonych, która reprezentacja może ich zastąpić? Piłkarskie środowisko zastanawiało się nad tymi kwestiami właściwie od pierwszego dnia, po amerykańsko-izraelskich atakach na Iran.
Iran chce grać na mundialu, ale nie w USA
Teraz okazuje się, że w grę wchodzi mniej oczywisty z początku scenariusz: Iran na mundial pojedzie, ale… bez pojawiania się w USA. Na koncie ambasady tego kraju w Meksyku pojawił się wpis cytujący Mehdiego Taja, prezesa Irańskiej Federacji Piłkarskiej:
„Skoro Trump jasno oświadczył, że nie może zapewnić bezpieczeństwa irańskiej reprezentacji, na pewno nie pojedziemy do Stanów Zjednoczonych. Negocjujemy z FIFA, aby irańskie mecze Mistrzostw Świata odbyły się w Meksyku.”
Przypomnijmy: amerykański prezydent wypalił na platformie Truth Social, że nie uważa za „właściwe”, aby reprezentacja Iranu uczestniczyła w mistrzostwach świata, ostrzegając, że „może to stanowić zagrożenie dla ich życia i bezpieczeństwa”.
Zrobił to mniej więcej dwie doby po tym, jak prezydent FIFA Gianni Infantino napisał na Instagramie, że rozmawiał z Trumpem, który powiedział, że „Iran jest mile widziany na turnieju”.
Pomieszanie z poplątaniem, wiem, ale czy w przypadku Trumpa taka zmienność może nas jeszcze dziwić? Gdy o niej słyszymy, to raczej nie podnosimy brwi ze zdziwienia, tylko wzruszamy ramionami ze znużenia.
Czy Iran ma szansę na postawienie na swoim w negocjacjach z FIFĄ? Moim zdaniem tylko w jednym przypadku: jeśli Trump powie Infantino, że nie ma nic przeciwko temu, aby drużyna z Bliskiego Wschodu zagrała w Meksyku. Jeżeli amerykański prezydent uzna to za głupi pomysł, nie wierzę, że szef FIFA – będący jednym z jego największych wazeliniarzy w ostatnich latach – odważy się na zrobienie czegoś wbrew woli Amerykanina.
Między polityką a logistyką turnieju
Na razie FIFA potwierdziła w rozmowie z portalem „The Athletic”, że faktycznie jest w kontakcie z Iranem, ale że na ten moment mecze mundialu odbędą się zgodnie z harmonogramem ogłoszonym pierwotnie w grudniu. Zdaniem brytyjskiego „Guardiana” wynika to z tego, że nikt w federacji nie chce już grzebać w grafiku turnieju, szczególnie gdy harmonogramy transmisji i umowy sponsorskie są już ustalone.
Oczywiście przy obecnej dynamice globalnych zdarzeń, nie ma się co do tego wszystkiego przywiązywać i nie można zakładać, że Iran w Meksyku jednak zagra. Szczególnie, że prezydent tego kraju Claudia Sheinbaum nie wykluczyła na wczorajszej konferencji prasowej takiej możliwości.
No dobrze, a kto w razie „W” zastąpi Irańczyków? James Kitching, były dyrektor ds. regulacji piłkarskich FIFA, podkreślił w rozmowie z Reutersem, że światowa federacja ma tu totalną dowolność. Może np. uznać, że zamiast drużyny Amira Ghalenoeiego… nie weźmie żadnego innego zespołu i w grupie G zagrają tylko Belgia, Egipt i Nowa Zelandia. Według Kitchinga, FIFA ma też prawo podmienić Iran zespołem z zupełnie innej strefy eliminacyjnej, ale najbardziej realna opcja na teraz, to jednak zaproszenie na mundial Iraku lub Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Trump o Iranie na mistrzostwach świata: "Są mile widziani, ale..."
Ten pierwszy zespół ma grać w rozpoczynających się 26 marca barażach interkontynentalnych o MŚ, więc ewentualną decyzję trzeba podjąć szybko. Choć sprawa może potoczyć się w jeszcze inny sposób: Irak w tej imprezie wystąpi, a FIFA (Trump?) podejmie decyzję co do Iranu i jego ewentualnego następcy dopiero 30 kwietnia, na kongresie w Vancouver.
Zrobili wyjątek dla Infantino. Szef FIFA otrzymał nowe obywatelstwo
Wspomniane baraże odbędą się w Meksyku, a precyzując: w Monterrey i Guadalajarze. I tu płynnie przechodzimy do kolejnego mundialowego problemu, mianowicie sprawy zapewnienia bezpieczeństwa tym kibicom, którzy zawitają do kraju Carlosa Santany i Fridy Kahlo.
Największe wyzwania: bezpieczeństwo i finanse
O Guadalajarze było ostatnio głośno nie z powodu wyśmienitej tequilli czy przepysznego burrito, które rozsławiłoby to miasto na całym świecie, a przez kartel Jalisco New Generation – jedną z najbardziej brutalnych organizacji przestępczych w Meksyku. W operacji wojskowej zginął jej szef, słynny Nemesio Oseguera Cervantes, znany jako „El Mencho”.
Po tym wydarzeniu dochodziło do scen z piekła rodem: uzbrojeni ludzie blokowali drogi, podpalali autobusy, taksówki i sklepy, wymieniali też ogień z wojskiem. Zadyma była tak spektakularna, że na wszelki wypadek odwołano rozgrywany… 200 mil dalej mecz piłkarskiej Ligi MX w Querétaro.
Apokaliptyczne obrazy z Guadalajary pokazywały media na całym świecie — wyobrażamy sobie, że kibice Korei Południowej, Urugwaju, Hiszpanii i Kolumbii, które mają tam zagrać, raczej nie czuli wtedy wielkiego entuzjazmu na myśl o ewentualnej wycieczce…
Meksykańskie władze rozumieją, że przestępcy mogą wykorzystać mundial jako okazję do „promocji” swoich działań, nie tylko w Guadalajarze. Dlatego prezydent Claudia Sheinbaum ogłosiła plan działań mających zapewnić tubylcom i przyjezdnym bezpieczeństwo.
Kraj szykuje się więc na mundial jak na operację wojskową. I to dosłownie. Blisko 100 tysięcy ludzi w mundurach – od policji po armię właśnie – ma pilnować, żeby kibice mogli spokojnie obejrzeć mecz, a nie płonące pojazdy. Mają ich wspomagać tysiące nowych kamer monitoringu, systemy rozpoznawania tablic rejestracyjnych i zaawansowane technologie antydronowe.
To wszystko ma działać głównie tam, gdzie będą kamery telewizyjne – wokół stadionów i stref kibica, na lotniskach i przy głównych węzłach transportowych.
Pytanie za milion: czy te środki wystarczą, aby uniknąć ewentualnej tragedii?
Amerykanie nie mają co prawda takich problemów, jak Meksykanie, ale nie znaczy to, że nic ich nie trapi. Na dziś największym kłopotem są pieniądze, o czym donosił niedawno słynący ze skrupulatności portal „The Athletic”.
Generalnie sytuacja wygląda tak: już dawno temu FIFA odkryła jeden prosty trik, by mundial jej się opłacał – chce na nim zarabiać jak najwięcej, jednocześnie obciążając w jak najwyższym stopniu kosztami organizacji turnieju gospodarzy.
Tegoroczne mistrzostwa przyniosą jej rekordowe 11 mld dol. przychodu przy około 4 mld kosztów. Zysk będzie więc niesamowity, między innymi dlatego, że miasta-gospodarze muszą ze swojego budżetu łożyć na kwestie transportu, infrastruktury czy stref kibica.
Tych ośrodków jest aż jedenaście, szacuje się, że każdy z nich potrzebuje między 100 a 200 mln dolarów, zależnie od wielkości. Część z tej sumy, dokładnie 625 mln na kwestie bezpieczeństwa, gospodarze otrzymają od rządu federalnego.
Pozostałą kwotę metropolie muszą pokryć same, i tu zaczyna się robić wesoło: „The Athletic” przypomina, że znalezienie sponsorów – oficjalnie nazywanych „host city supporters” – jest trudne, ponieważ FIFA nie pozwala miastom podpisywać umów z firmami z branż, w których ma już własnego dobrodzieja. Czyli przykładowo: regionalne sieci gastronomiczne są wykluczone, ponieważ należą do tej samej kategorii co sponsor mundialu – „McDonald’s”.
Portal przypomina również, że „komitety organizacyjne mają także ograniczone możliwości oferowania markom czegoś w zamian za wielomilionowe wsparcie. FIFA monopolizuje niemal wszystkie źródła przychodów i – na stadionach, wokół nich oraz w transmisjach telewizyjnych – chroni wyłączność, za którą płacą jej sponsorzy”.
Takie obostrzenia są zapewne dla przywykłych do przedsiębiorczości Amerykanów nie do zniesienia. W kraju zrobiło się o nich głośno, dlatego nie może dziwić fakt, że 69 kongresmenów zwęszyło okazję zaplusowania u wyborców i podpisało się pod listem otwartym, w którym nawołuję FIFĘ m.in. do dołożenia się do organizacji mundialu. W piśmie stwierdzono, że „komitety organizacyjne mają łącznie 250 milionów dolarów niedoboru w stosunku do potrzebnego finansowania”.
Wystosowali je tylko demokraci, którzy przyznają w rozmowie z „The Athletic”, że namawiali republikanów do dołączenia, ale nie doczekali się odzewu. Możemy się tylko domyślać, że ci drudzy nie chcieli podpadać Trumpowi, mającemu jak wcześniej wspomniałem doskonałe relacje z Infantino.
FIFA odmówiła prezydentowi Zełenskiemu „pokojowego przesłania” przed finałem MŚ
Rzecznik FIFA powiedział z kolei, że ten list był „analizowany”. Czytaj: przeczytaliśmy go, wzruszyliśmy ramionami i się rozeszliśmy, bo wiemy, że amerykańskie miasta, by uniknąć potencjalnej kompromitacji, i tak zasypią ze swoich budżetów ewentualne dziury.
No a poza tym Gianni Infantino może przecież powiedzieć organizatorom (i tu akurat ciężko byłoby się z nim nie zgodzić), że widziały gały co brały – tzw. „host city agreements”, czyli umowy z miastami-gospodarzami, były podpisane w latach 2017–2018, więc narzekanie na nie za trzy dwunasta nie ma teraz sensu, na co zwracał zresztą uwagę republikanin Darin La Hood...
