I paradoksalnie, po raz pierwszy od wielu tygodni, odpowiedź prokuratury na jedno z tych pytań brzmi... rozsądnie.
Prokurator Piotr Antoni Skiba tłumaczy, że przesłuchiwanie Kacprzyka już teraz byłoby przedwczesne. Gdyby został wezwany jako świadek, poznałby zakres wiedzy śledczych i kierunek prowadzonego postępowania. To nie jest wymówka. To jest element elementarza postępowania przygotowawczego.
Tak właśnie prowadzi się wiele poważnych śledztw. Osoby, którym ostatecznie mają zostać przedstawione zarzuty, bardzo często przesłuchuje się dopiero wtedy, gdy materiał dowodowy jest już domknięty. Najpierw dokumenty, opinie biegłych, zeznania świadków itd. Dopiero na końcu osoba znajdująca się w centrum zainteresowania śledczych.
Trudno więc oburzać się akurat na tę decyzję. Problem zaczyna się gdzie indziej.
Nie przesłuchanie jest problemem. Problemem jest wszystko wokół
Bo trudno nie odnieść wrażenia, że warszawska prokuratura od początku tej sprawy zachowuje się tak, jakby bardziej bała się popełnić ruch niż przegapić dowody.
Patryk Słowik, który jako pierwszy opisał sprawę Szpitala Południowego, mówił, że wyobrażał sobie zupełnie inny scenariusz.
– Wyobrażałem sobie, że prokuratura, gdy zajmie się sprawą, szybko wyśle odpowiednią służbę. Tak się nie wydarzyło. Ja napisałem, że te dowody tak naprawdę są usuwane – mówił Patryk Słowik w Kanale Zero.
To nie był zarzut dotyczący przesłuchania Kacprzyka. To był zarzut dotyczący tempa działania państwa.
Jeszcze bardziej wymowna była historia z prosektorium Szpitala Południowego. Prokuratura zorganizowała konferencję prasową, przekonując, że nie znalazła dowodów na opisywane nieprawidłowości. Tymczasem kolejne publikacje Zero.pl, a później także materiał Onetu i Telewizji Republika przynosiły następne informacje i relacje świadków. Trudno uznać, że taka sekwencja wydarzeń buduje zaufanie do skuteczności śledczych.
To właśnie ten rozdźwięk najbardziej uderza.
Komunikacja, która sama rodzi pytania
Skiba użył nawet efektownej metafory.
– Zarzuty muszą być skrojone jak dobry garnitur, nigdy bez odpowiedniej miary i nie na wyrost.
To trafne porównanie. Problem polega na tym, że opinia publiczna od ponad miesiąca ma wrażenie, iż krawiec wciąż mierzy klienta, choć ten od dawna stoi już w przymierzalni.
Oczywiście, śledztwo jest rozległe. Prokuratura mówi o blisko 40 przesłuchanych świadkach i planach przesłuchania około 200 kolejnych osób. Analizowane są godziny pracy, dokumentacja medyczna, miejsca zatrudnienia, przepływy dokumentów. To wymaga czasu.
Ale komunikacja wymaga czegoś innego niż czas. Wymaga przekonania obywateli, że państwo działa z odpowiednią determinacją.
I właśnie tego przez ostatnie tygodnie zabrakło.
Państwo nie może wyglądać na spóźnione
Sprawa Szpitala Południowego od początku była czymś więcej niż historią jednego lekarza czy jednego szpitala. To test sprawności instytucji państwa.
Jeżeli dziennikarze publikują kolejne materiały, ujawniają nowe dokumenty i opisują następne nieprawidłowości, naturalnym oczekiwaniem jest przekonanie, że aparat państwa działa co najmniej równie szybko.
Nie dlatego, że domaga się tego opinia publiczna. Dlatego, że dowody nie czekają. Dlatego, że świadkowie zapominają. Dlatego, że dokumenty znikają. Tak samo, jak meble z "saloniku VIP".
Dlatego odpowiedź Piotra Antoniego Skiby na pytanie o brak przesłuchania Dawida Kacprzyka można uznać za przekonującą. Znacznie trudniej jednak uznać za przekonujący obraz całego śledztwa.
Bo nawet najlepiej skrojony garnitur nie zrobi dobrego wrażenia, jeśli krawiec dostarczy go wtedy, gdy uroczystość już dawno się skończyła.

