Przypomnijmy: we wtorek, po prezentacji auta, kurs Ferrari spadł o niemal 8 proc. I jest to kolejny kamyczek do ogródka inwestorów, ponieważ ogólna wartość włoskiej spółki w ciągu roku spadła o ponad 30 proc. Obawy inwestorów są dość oczywiste: co będzie z globalnym popytem na dobra luksusowe oraz długofalowa strategia Ferrari, które w jakimś stopniu chce zelektryfikować swoją gamę.
Oto pierwsze elektryczne Ferrari. Moja reakcja to młodzieżowe słowo roku 2017
Przy czym uczciwie dodajmy, że włoska marka w ostatnich miesiącach po poprzednim spadku odbudowała się na giełdzie – tylko po to, żeby znowu zanurkować w ciągu jednego dnia.
Tak czy owak – na razie wygląda to źle. Włodarze firmy zastosowali więc pradawną zasadę „jak trwoga, to do Boga” i z nowym Ferrari Luce we wtorek udali się do papieża Leona XIV. Delegacja była całkiem duża, bo poza gromadą inżynierów i firmowych menedżerów do Castel Gandolfo pofatygowali się prezes wykonawczy John Elkann oraz dyrektor generalny Benedetto Vigna.
Po sieci krąży krótki filmik, na którym widać, jak papież wsiada do nowego Luce. Leon XIV zresztą wygląda na zakłopotanego, ponieważ przez dłuższy czas ktoś z delegacji Ferrari tłumaczy mu obsługę auta.
Trudno powiedzieć, czy spotkanie było udane, bo informacja prasowa Ferrari z tego wydarzenia jest wyjątkowo skąpa. Właściwie dowiadujemy się z niej tylko, że ludzie z Ferrari udali się do papieża, a John Elkann powiedział kilka okrągłych zdań o tym, jakie wielkie to dla niego wyróżnienie.
Mocny głos papieża: Algorytmy nie powinny należeć wyłącznie do właścicieli big techów
Żeby było jeszcze śmieszniej, papież tego Luce nawet… nie dostał. Zamiast tego Elkann podarował mu kierownicę. Może powiesi sobie nad kominkiem.
Oczywiście ja wiem, że papieżowi na nic takie Ferrari, ale przecież w 2017 r. Franciszek otrzymał Lamborghini Huracana w papieskich barwach. Po prostu przekazał je na aukcję charytatywną i wszyscy byli zadowoleni.
Tak więc dość dziwna zagrywka.
Nie chciałbym być teraz w skórze włodarzy Ferrari
Żarty na bok, ale na ten moment to po prostu katastrofa. Ferrari za swój nowy projekt jest pod ostrzałem z każdej strony. Włosi dostali cios nawet z tego kierunku, którego prawdopodobnie się nie spodziewali. Oliwy do ognia dolał bowiem Luca Cordero di Montezemolo, były szef włoskiej marki. I to nie taki pierwszy z brzegu, Montezemolo jest osobą, która sterowała firmą od 1991 do aż 2014 r.
W tym czasie wyciągnął Ferrari z zapaści finansowej, zrobił z niego zdrowe przedsiębiorstwo i jednocześnie ikonę luksusu, wprowadził na rynek szereg modeli, wreszcie to za jego rządów Scuderia Ferrari odnosiła gigantyczne sukcesy w Formule 1. Można śmiało powiedzieć, że jest drugą najważniejszą osobą w historii marki – zaraz po jej twórcy, Enzo Ferrarim.
Od wczoraj niesie się po sieci jego niedawna wypowiedź o Luce.
– Ryzykujemy zniszczeniem legendy. Mam nadzieję, że zdejmą logo z tego samochodu. Chociaż tego nie będą chcieli od nas skopiować Chińczycy – stwierdził.
Auć.
I na koniec chyba trzeba oddać chwilę uwagi Jakubowi Wiechowi, który na X zauważył, że „nasz papież” robił to po prostu lepiej.

