Żeby nie było – ja doskonale wiedziałem, że to się nie może udać. Nie może udać w tym sensie, że czegokolwiek Włosi nie stworzą, i tak ich internet po prostu zje. Ferrari postanowiło bowiem pojawić się w segmencie, w którym w Europie trendy od lat wybija Mate Rimac ze swoją marką, a generalnie to średnio co półtora tygodnia coś szalonego wypluwają z siebie Chińczycy.
Ferrari, będące przecież na tle chińskich koncernów mimo wszystko niewielką manufakturą (jeśli przyjmujemy jako punkt odniesienia właśnie Chińczyków), po prostu było skazane na pożarcie.
Można więc przyjąć, że pewnie chcieli zrobić coś innego. Wyjść z jakiejś bańki, przebić swój własny szklany sufit itd. I to na pewno się udało. Szkoda, że gdzieś w procesie w Maranello zapomnieli, z jakimi autami dzieci chcą wieszać plakaty na ścianach. Serio, pal licho klientów. Oni i tak pewnie zapłacą za ten wymysł. Albo już zapłacili.





Ferrari Luce to przedziwna hybryda crossovera i sedana
Proporcje tego samochodu są tak nieprawdopodobnie zaburzone (biorę poprawkę na to, że to elektryk), a sam projekt zewnętrzny tak absolutnie generyczny, że równie dobrze na maskę można byłoby przykleić znaczek BYD. Chyba jedyne, co mi się podoba, to światła z tyłu. Ewidentne nawiązanie do klasycznych modeli Ferrari. Chociaż sam tylny pas jest taki sam, jak całe auto – „ciężki”.
A szkoda, bo przecież projekt wnętrza spod ręki Johna Ivy'ego, tego „pana od iPhone'ów”, choć również wzbudził kontrowersje, jest jednak dość nowatorski i po prostu świeży. A na zewnątrz coś nie wyszło.





Chociaż w oficjalnej polskiej informacji prasowej czytamy:
Sir Jony Ive i Marc Newson wraz ze studiem projektowym LoveFrom stworzyli wyjątkowy język wzorniczy, który spaja nadwozie, wnętrze i interfejs użytkownika poprzez klarowność oraz wyrafinowaną prostotę. Sylwetkę definiuje przeszklona kabina o bezkompromisowej formie przypominającej monolityczną bryłę. Przednie i tylne aerodynamiczne skrzydła zdają się unosić nad nadwoziem, wspierając aerodynamikę i maksymalizując osiągi.
Współczuję osobie, która musiała to pisać.
Pod maską jest mimo wszystko całkiem ciekawie
Owszem, na tle chińskich popisów nie wydaje się, że Ferrari Luce jest jakimś przełomowym elektrycznym cudeńkiem, ale trzeba Włochom oddać, że nie pokpili sprawy i nawrzucali tutaj trochę technicznych bajerów.
W telegraficznym skrócie: samochód napędzają cztery silniki elektryczne, po jednym na koło, co nie jest żadnym novum w tym świecie, ale Włosi dorzucili aktywne zawieszenie wywodzące się z Ferrari F80. W połączeniu z nisko położonym środkiem ciężkości (akumulator ma 122 kWh, musi swoje ważyć) i skrętną tylną osią można oczekiwać, że ten pięciometrowy crossover (?) będzie jak na swoją masę i wymiary jeździć kapitalnie.
Każde koło wyposażono w osobny siłownik odpowiadający za napęd i rekuperację, kolejny kontrolujący kąt skrętu oraz trzeci sterujący ruchem pionowym zawieszenia. Możliwość adaptacji rozdziału momentu obrotowego w czasie rzeczywistym, zależnie od warunków drogowych i oczekiwanych osiągów, zapewnia wyjątkową swobodę oraz precyzję prowadzenia.
Informacja prasowa Ferrari
„Trochę układ, trochę bardzo drogi feudalizm”. Zakup supersamochodu w Polsce to droga przez mękę
To też pierwsze Ferrari z elektrycznym napędem na wszystkie koła, więc Włosi wrzucili tutaj nowy system zarządzania momentem obrotowym, a system rekuperacji ma imitować sposób wytrącania prędkości typowy dla samochodu sportowego. Zapewne można spodziewać się charakterystycznych szarpnięć, jak przy wrzuceniu niższego biegu w „Ferrari-jak-kiedyś”.
Do tego przy pomocy łopatki za kierownicą kierowca będzie mógł zwiększać dostępny moment obrotowy. Long story short: prawdopodobnie Włosi postarali się, żeby ten samochód jak najbardziej udawał sportowy samochód spalinowy. A to taki trend w nowych elektrykach.
Aha – nie będzie żadnego V12 z głośników. W Ferrari uznali, że to głupota, i akurat z tym się zgadzam. Dzięki akcelerometrowi oraz kanałom akustycznym naturalne brzmienie silników elektrycznych ma zostać wzmocnione i przeniesione do kabiny.
Bez tego człowieka nie kupisz w Polsce nowego Ferrari. Walizka pieniędzy to za mało
Całość waży ok. 2,3 tony, a cztery silniki dają łącznie 1035 KM. Najważniejsze będą te dwa z tyłu, które wygenerują 844 KM, a dodatkowo możliwe będzie odłączenie tych dwóch z przodu, dzięki czemu samochód zyska wyraźnie tylnonapędowy charakter. Do setki przyspieszymy w 2,5 sekundy, do dwustu km/h w 6,8 sekundy. Przyspieszenia do 300 km/h Włosi nie podają. Ale prędkość maksymalna to 310 km/h.
Nikt nie pytał, ale i chyba nikt nie potrzebował
W środowisku kibiców Formuły 1 jest znane takie określenie: Grande Strategia. Tak prześmiewczo opisuje się wyczyny Scuderii Ferrari, która często podejmuje nieszablonowe (czytaj: złe) decyzje strategiczne podczas wyścigów. Przez te błędy taktyczne Włosi często muszą uznać wyższość innych ekip.
Tutaj mam wrażenie, że historia jest podobna. Włoska marka przez lata broniła się przed elektryfikacją swoich samochodów. A teraz, kiedy wszyscy się już połapali, że elektromobilność to ślepy zaułek, Porsche musi ratować swoją sprzedaż, koncern Stellantis notuje wielomiliardowe straty, nagle Włosi pokazują swoje elektryczne auto.
Ja wiem, że decyzja o produkcji tego auta zapadła już dawno temu i wiele milionów euro wstecz, ale znowu: tak jak w Formule 1, timing jest po prostu istotny. A tutaj go zabrakło.
Ferrari Luce nie jest w żaden sposób przełomowe w świecie elektromobilności. Jest po prostu technicznie naprawdę dobrym autem. Jego zewnętrzna forma natomiast jest po prostu zadziwiająca. Zaburzone proporcje (które oczywiście można tłumaczyć niskim oporem powietrza, jakże potrzebnym autom elektrycznym), masywna bryła, wysoko poprowadzona linia okien – to wszystko wygląda po prostu dziwnie.
To nie jest Ferrari z plakatów na ściany. Ale zresztą, co ja będę się wymądrzał. Zajrzyjcie do social mediów, zobaczcie, co tam się dzieje.

