Reklama
Reklama

45 lat od zamachu na Jana Pawła II. Kto chciał zabić papieża?

TYLKO NA

Mija dokładnie 45 lat, odkąd radosny gwar na Placu św. Piotra w Rzymie zdusił huk wystrzeliwanych kul. Niedoszły zabójca papieża, Mehmet Ali Agca, na pewno nie działał sam. KGB? Iran? Turecka mafia? Nigdy nie udało się ze stuprocentową pewnością ustalić, kto chciał porwać się na życie Jana Pawła II.

13 maja 1981 roku zamachowcy oddali w kierunku Jana Pawła II kilka strzałów.
13 maja 1981 roku zamachowcy oddali w kierunku Jana Pawła II kilka strzałów. (fot. API / Getty Images)
  • 13 maja 1981 roku Mehmet Ali Agca oddał w kierunku Jana Pawła II dwa, może trzy strzały. Na szczęście nie śmiercionośne.
  • Papież, po trwającej pięć i pół godziny operacji, został cudownie odratowany. Sprawcy wybaczył, dwa lata później spotkał się z nim nawet w więzieniu. 
  • Wiadomo, że Agca nie działał sam. Za współudział w zamachu nikt, poza nim, nigdy nie został jednak skazany.
  • Wyliczono, że Turek zmieniał zdanie i przekręcał zeznania łącznie... 128 razy. W sądzie zdarzało mu się przekonywać, że jest Jezusem Chrystusem. 

Mehmet Ali Agca miał na sobie niebieski sweter z okrągłym dekoltem, dżinsy i niebiesko-białe buty sportowe, z których wyjęto sznurówki. Był nieogolony. Nie przypominał demona z okładek gazet. Ot, młody, zagubiony człowiek. Na powitanie ucałował Jana Pawła II w dłoń. 

„Mówisz po włosku?” – zapytał papież. Agca skinął głową. 

Usiedli w kącie ogołoconej, surowej celi. Łóżko, dwa plastikowe krzesła. Mędrzec pochylony nad grzesznikiem w scenie ikonicznej, spektakularnej, która chwilę później obiegła okładki gazet na całym świecie, a która do dziś najskuteczniej ilustruje wyjątkowość tamtego pontyfikatu. 

Reklama
Reklama

Papież Jan Paweł II spotkał się w celi z Mehmetem Ali Agcą (fot. Getty Images) (fot. Bettmann / Getty Images)

Gdy 27 grudnia 1983 r. papież Jan Paweł II wszedł do więzienia Rebibbia i stanął naprzeciw człowieka, który dwa lata wcześniej chciał go zabić, spodziewał się wszystkiego. Może skruchy, może nerwowego milczenia. Raczej nie agresji.

„Dlaczego ty żyjesz?” – miał zapytać Agca. 

Agca był przekonany, że oddał śmiercionośny strzał. A jednak siedział przed człowiekiem, którego chciał zabić, a który przed śmiercią uciekł. Siedział wyraźnie przerażony faktem, że istnieją siły, które go przerosły.

Reklama
Reklama

Z papieżem rozmawiał przez dokładnie 21 minut. Ani razu nie wydukał prośby o przebaczenie. Jak przekonywał Dziwisz, nie interesowała go skrucha, jedynie „chęć zrozumienia mistycznych przyczyn własnego niepowodzenia”.

Kilka strzałów

Była dokładnie 17:17, gdy Jan Paweł II, stojąc w swoim białym jeepie, jak co środę przejeżdżał obok tłumu wiernych zgromadzonych przed bazyliką. Ściskał dłonie, całował dzieci, błogosławił chorych. Zanim wrócił na podium, z którego miał wygłosić tradycyjną cotygodniową audiencję, rozległy się trzy albo cztery strzały. Papież osunął się, zgięty wpół. Białą sutannę zalały plamy krwi. Towarzyszący mu Stanisław Dziwisz jeszcze ich nie widział.

„Gdzie?” – zapytał. „W brzuch” – odpowiedział papież, przytomny już niemal wyłącznie siłą woli. Mamrotał coś pod nosem, oczy miał zamknięte. Dziwisz w wydanym wiele lat później „Świadectwie” przekonywał, że nie było to tylko bezładne majaczenie. „Modlił się, słyszałem jak się modlił, mówiąc: Jezu, Maryjo, Matko moja”.

Reklama
Reklama

Pierwsza kula rozszarpała okrężnicę i jelita, druga zraniła łokieć i palec papieża, trafiając rykoszetem dwie amerykańskie turystki: Ann Ordre i Rose Hall.

Tłum rzucił się na zamachowca. Agca, ubrany w szarą marynarkę, próbował uciekać w stronę via della Conciliazione, ale drogę zastąpiła mu zakonnica, Lucia Giudici. „Nie ja, nie ja!” – krzyczał Turek, rzucając broń pod przyczepę poczty watykańskiej. Zanim został obezwładniony przez karabinierów, zdążył wykrzyczeć po angielsku: „I only, I only” („tylko ja”), chcąc najwyraźniej zasugerować, że działał w pojedynkę.

Kto pomagał Agcy?

Zamachowiec nie był postacią anonimową. 27 listopada 1979 r., w przeddzień podróży Jana Pawła II do Turcji, dziennik „Milliyet” opublikował list prawicowego terrorysty, Mehmeta Alego Agcy, domniemanego zabójcy redaktora naczelnego tej stambulskiej gazety, który właśnie uciekł z więzienia. Agca groził w nim zabiciem papieża, nazywanego „zamaskowanym dowódcą krucjaty”, jeśli tylko „ta niestosowna i bezpodstawna wizyta nie zostanie odwołana”. Bezskutecznie poszukiwany przez turecką policję, ten sam Agca spełnił swoją groźbę 13 maja 1981 r.

Choć Turek początkowo twierdził, że działał sam, to ani media, ani prowadzący sprawę rzymscy sędziowie niespecjalnie mu wierzyli. W nakazie aresztowania wydanym przez rzymską prokuraturę wymieniono sześć zarzutów dotyczących przestępstw popełnionych „wspólnie z nieznanymi osobami”.

Reklama
Reklama

Trzeba było dużej naiwności, by sądzić, że 24-letni Turek, bez pracy i stałych przychodów, był w stanie samotnie, bez niczyjej pomocy, przemierzać Europę, kilka razy zmieniać lokalizację, a następnie – po długich przygotowaniach – wyjść na plac św. Piotra i oddać kilka strzałów do jednej z najważniejszych osób na świecie. „Kilka”, bo nie sposób ustalić czy były dwa, czy może trzy. A jeśli trzy, to czy na pewno wszystkie oddał Agca? 

Śledztwo, prowadzone m.in. przez prokuratorów Ferdinando Imposimato i Ilario Martellę, zaczęło odsłaniać skomplikowaną pajęczynę łączącą turecką mafię, organizację Szare Wilki i tajne służby bloku wschodniego.

Kluczem do zrozumienia motywów miał być wybór Karola Wojtyły w 1978 r., który wywołał popłoch na Kremlu. Słowiański papież, wspierający narodziny „Solidarności”, stał się dla radzieckiego imperium zagrożeniem egzystencjalnym. Według dokumentów STASI i zeznań zbiegłego agenta KGB Wasilija Mitrochina, Moskwa już w 1979 r. wydała wyrok na papieża, uznając, że jego misja musi zostać przerwana „za wszelką cenę”.

Reklama
Reklama

Agca, zawodowy killer, nie był przypadkowym fanatykiem. W lipcu i sierpniu 1980 r. przebywał w Sofii, mieszkając w luksusowym hotelu Witosza, będącym pod ścisłą kontrolą bułgarskiej bezpieki Darżawna Sigurnost. To tam, według śledczych, zapadły ostateczne decyzje. Bułgarzy mieli pełnić rolę pośredników – „podwykonawców” zlecenia z Moskwy.

Na placu św. Piotra Agca prawdopodobnie nie był sam. Analiza zdjęć i zeznań świadków wskazuje na obecność drugiego strzelca, Orala Celika, który miał rzucić bombę hukową, by ułatwić ucieczkę, a według niektórych wersji również oddać strzał. Ten – potencjalnie – trzeci.

Celikowi niczego nigdy nie udowodniono. Spekuluje się jednak, że to on był „mózgiem” operacji, przygotowywanej zresztą latami. To on zorganizował ucieczkę Agcy z więzienia Kartal, gdzie był osadzony po zabiciu tureckiego dziennikarza. To on w kwietniu 1981 r. kupił w Wiedniu browninga 9 mm, z którego Agca strzelał do papieża. To też on zareklamował Agcę zleceniodawcom jako pewnego strzelca.

Historia miłości Emmanuela Macrona. Jak poznał Brigitte?

Reklama
Reklama

W czasie zamachu stał 20 metrów od Agcy. Ubrany w skórzaną kurtkę, dżinsy i trampki miał przy sobie berettę 7,65 i granat zaczepny. Jeśli z jakiegoś powodu Agca nie mógłby strzelić, miał to zrobić Celik. W przeciwieństwie do nieszczęsnego wspólnika, udało mu się jednak sprawnie wydostać z tłumu. W dniu zamachu, wieczorem, wyjechał z Włoch razem z bułgarską pocztą dyplomatyczną. 

Bułgarski łącznik, Siergiej Antonow, szef biura linii Balkan Air w Rzymie, został aresztowany w 1982 roku. Agca w swoich zeznaniach opisywał mieszkanie Antonowa ze szczegółami, których nie mógł znać z gazet: kolekcję miniaturowych butelek z alkoholami, hobby żony, a nawet specyficzne dolegliwości zdrowotne Bułgara. 

Śledczy zacierali ręce. Sprawa wydawała się bliska finalizacji. 

Decydujące milimetry

Lekarze nie dawali papieżowi wielkich szans. Stracił mnóstwo krwi, z trudem wyczuwano puls. Na stole operacyjnym spędził ponad pięć i pół godziny. „Operowaliśmy go nie wierząc, że ma szansę przeżyć” – wspominali później chirurdzy.

Reklama
Reklama

Trzeba więc było udzielić sakramentu chorych. Udzieliłem go na sali, przed samą operacją. Ale Ojciec Święty był już nieprzytomny. (...) Początkowo byliśmy przerażeni. Potem, z chwili na chwilę, okazywało się, że żaden z ważnych dla życia organów nie został naruszony i że istnieje szansa przeżycia.

Stanisław Dziwisz

Strzał Agcy chybił aortę o milimetr, może dwa. Gdyby trafił, papież wykrwawiłby się jeszcze w jeepie. 

Operacja, przeprowadzona przez najlepszych włoskich specjalistów, się udała. Jan Paweł II odzyskał przytomność już kilkanaście godzin później. „Boli… Pić…” – miał wydukać do Dziwisza, który cały czas czuwał w pobliżu. 

Znamienne, że w tym samym czasie, półtora tysiąca kilometrów na północ od Rzymu, nierówną walkę z nowotworem trzustki toczył mentor i przyjaciel Wojtyły, kardynał Stefan Wyszyński. Zmarł 28 maja, gdy papież był jeszcze w szpitalu. 

Reklama
Reklama

Mało kto wie, że tuż po pierwszym wypisie, Jan Paweł II niedługo później znów otarł się o śmierć. Przetaczana krew, podawana w pośpiechu i w ogromnych ilościach (papież stracił blisko trzy czwarte zasobów ustrojowych), była zakażona groźnym wirusem cytomegalii. Infekcja okazała się na tyle groźna, że konieczny był powrót do szpitala i drugi zabieg. Również, szczęśliwie, udany. 

„Widziałem jego cierpienie, które przyjmował w milczeniu, niemal bez skargi” – pisał Dziwisz.

Poszukiwanie wspólników

Udział Mehmeta Alego Agcy w zamachu na papieża nie był i nie mógł być kwestionowany. Nie ulegało wątpliwości, że strzelał; że chciał zabić. Włoski proces Turka trwał zaledwie… trzy dni. Tyle wystarczyło, by skazać go na najwyższą z możliwych kar: dożywocie w więzieniu.

Poszukiwanie wspólników okazało się jednak znacznie trudniejsze niż pierwotnie przypuszczano. „Bułgarski trop”, na który Agca sam naprowadził śledczych, upadł w 1986 roku z powodu braku dowodów. Zeznania kluczowego świadka, Agcy właśnie, w toku sprawy uznano za niewiarygodne. Turek zmieniał zdanie, odgrywał przedstawienia. Raz oskarżał Bułgarów, innym razem twierdził, że jest Jezusem Chrystusem.

Reklama
Reklama

Viktor Orbán. Jak przejął władzę na Węgrzech?

Wpływ na te zmiany wersji miały prawdopodobnie brutalne groźby. Podczas przesłuchań w Rebibbii w 1983 r., pod nieobecność sędziego, bułgarscy agenci w przebraniu sędziów mieli szepnąć Agcy po turecku, że jeśli nie wycofa oskarżeń, jego matka i rodzeństwo zginą.

Czy to szaleństwo, czy strach, czy jedno i drugie – faktem jest, że na przestrzeni lat Agca niezwykle skutecznie dezinformował prokuraturę i śledczych. Na tyle, że prawie pół wieku później pozostaje jedynym, którego skazano za bezpośredni udział w zamachu. Pośrednio, za przemyt broni i dostarczenie Turkowi feralnego browninga, na trzy i pół roku skazano jeszcze Celika. Ten cały czas upierał się jednak, że nie miał pojęcia, jakie ma być jego przeznaczenie. 

Agca w więzieniu siedział długo. Choć w 2000 roku, na prośbę papieża, został ułaskawiony przez prezydenta Włoch, musiał wrócić do Turcji, gdzie czekała go jeszcze odsiadka za zabójstwo dziennikarza i inne, drobniejsze przewinienia. 

Reklama
Reklama

W 2014 roku, w rocznicę spotkania z papieżem w Rebibbii, Agca nieoczekiwanie pojawił się w Watykanie. Ten sam człowiek, który 33 lata wcześniej trzymał palec na spuście browninga, stanął przed grobem świętego Jana Pawła II w bazylice św. Piotra z bukietem białych róż. „Czułem potrzebę wykonania tego gestu” – mówił dziennikarzom, zanim włoska policja zatrzymała go z powodu braku odpowiedniej wizy i deportowała do Stambułu.

Ali Agca podczas konferencji w Stambule w 2014 roku (fot. Getty Images) (fot. Anadolu / Getty Images)

Papież swoją teorię na temat zamachu przedstawił w książce „Pamięć i tożsamość”, gdzie napisał: „Myślę, że był on jedną z ostatnich konwulsji XX-wiecznych ideologii przemocy. Przemoc propagował faszyzm i hitleryzm, przemoc propagował komunizm”.

Reklama
Reklama