Maja Ostaszewska to człowiek, który ubogaca naszą rzeczywistość i czyni ją mniej ponurą. To chyba przyzna każdy. A takie jest wszak zadanie artysty. Ma nas wprawić w dobry nastrój, odgrodzić od kosmicznej pustki, która rodzi lęki egzystencjalne. Z tej roli pani Maja wywiązuje się wzorowo.
Ostatnio oderwała nas od eschatologicznych rozważań przednią tezą na temat dzików. Te mądre zwierzęta, jej zdaniem, zorientowały się, że w lasach dybią na nie uzbrojeni myśliwi, więc gremialnie wyemigrowały do miast. Tutaj myśliwych nie ma, więc są bezpieczne.
Czytaj także: Dziki w miastach to bomba z opóźnionym zapłonem? „Nie można ich wiecznie głaskać”
Migracja dzików
Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wypowiedź, gromko się roześmiałem i w dobrym nastroju pozostałem już przez resztę dnia. Ale nie tylko poprawił mi się humor. Pani Maja zmusiła mnie też do refleksji. Bo zacząłem rozmyślać o owej migracji dzików do miast. Inna teoria mówi, że bierze się ona nie ze strachu przed myśliwymi, tylko z obfitości pożywienia, które możemy napotkać w terenach zurbanizowanych.
Tak się składa, że jestem specjalistą w tej dziedzinie. Posiadam bowiem psa, który za młodu, bo ostatnio na szczęście stał się wybredny i byle czego do pyska nie bierze, traktował miejskie trawniki jako coś w rodzaju bufetu. Gdyby nie on, nie miałbym pojęcia, co ludzie wyrzucają przez okna swoich domów. Ilość i różnorodność żarcia, jakie warszawiacy wywalają na ziemię, budzi coś w rodzaju podziwu. Biedy tu nie ma.
Zacznijmy od chleba. Chleb, bułki, pieczywo tostowe – to wszystko zalega na skwerach, ale jest jedynie nędzną przystawką dla kanapek, rogalików czy kruchego ciasta z owocami. Wygląda to tak, jakby w okolicach piekarni ludzie doznawali amnezji i porzucali dopiero co nabyte pieczywo, zapomniawszy, do czego było im potrzebne. Starożytny Rzym spokojnie mógłby z naszych trawników sprowadzać chleb dla plebsu. Cesarze mieliby jeden problem z głowy, mogliby się skoncentrować na igrzyskach.
Obiad podano
Ale chleb to pikuś. Dość często, a nawet, co tu dużo gadać, całkiem często znajdujemy w trawie całe obiady. Kotlety, ziemniaczki, surówki, buraczki, brokułki. Ewentualnie naleśniki. Tudzież makaron z sosem bolońskim. Może jestem dziwakiem, ale muszę przyznać, że nurtuje mnie, skąd te obiady biorą się na skwerach. Ludzie podczas awantur rodzinnych rzucają w siebie obiadami, ale nie trafiają i te wylatują przez okno? Ale jeśli tak, co się dzieje z talerzami? Tych nigdy nie ma, sama strawa. Zwłaszcza dużo ziemniaków. Fascynujące zjawisko.
Sprawdź również: Dziki w mieście? Winnych szuka się nie tam, gdzie trzeba
Ale nie tak jak kurze łapki. Mój pies zwęszył raz furę najwstrętniejszych na świecie kurzych łapek. Było ich ze 40 i formowały się elegancko w swego rodzaju górę czy też kupę. Leżały ot tak, na chodniku. Nie mówcie, że was też nie frapuje, skąd tam się wzięły. Uciekły z kuchni, odnajdując w sobie resztki życia, co się kurom zdarza? Zostały skradzione i złodziej porzucił je podczas pościgu? Nie wiem, a dalibóg chciałbym wiedzieć. To musi być kapitalna historia, skoro doprowadziła do powstania składowiska kurzych łapek w centrum Warszawy. I warto byłoby ją opowiedzieć.
Towary luksusowe
Ale na trawnikach pojawiają się i towary bardziej luksusowe. Oto ledwie kilka dni temu mój pies wytropił solidny kawał łososia (mówiłem, że bardziej luksusowym śmieciem nie pogardzi), który w sklepie musiał kosztować dobre kilkadziesiąt złotych. Czyżby wypadł komuś z kieszeni? Z kolei w okolicach świąt Bożego Narodzenia na pobliskim skwerze ktoś porzucił furę świeżych ryb. Przy czym, mówiąc furę, mam na myśli ze 20 kilogramów. Ani chybi żona znakomitego wędkarza w desperacji wywaliła za okno jego połów. Albo liczna rodzina odwołała swój przyjazd na Wigilię i pani domu wpadła w szał. No z nieba te ryby nie spadły.
Warto przeczytać: Ustawa o asystencji osobistej utknęła w Sejmie. Co trzeba w niej poprawić?
Jakież ludzkie historie, dramaty kryją się za tymi rybami! I drugimi daniami. O kurzych łapkach nawet nie wspominajmy. W każdym razie warszawskie trawniki to jeden wielki szwedzki bufet. Nic dziwnego, że dziki walą tu drzwiami i oknami. Strach pomyśleć, co się wydarzy, jak zaczną dopijać resztki wódki z porzuconych flaszek. Bo tych też jest zatrzęsienie.


