Żaneta Cwalina-Śliwowska została wiceministrem sportu i turystyki. I już pierwszego dnia w nowej roli postanowiła rozbroić system szczerością. Zapytana przez Filipa Baczkurę z Zero.pl, czym będzie się zajmować w resorcie, odpowiedziała: „Jeszcze nie wiem, to będziemy jutro z panem ministrem ustalać”. Trudno odmówić tej wypowiedzi pewnej świeżości. W czasach polityków przekonanych o własnym geniuszu po trzech minutach od odebrania nominacji dostaliśmy kogoś, kto otwarcie przyznaje: nie mam pojęcia, po co tu jestem.
I co ja robię tu, co ty tutaj robisz...
Agata Kornhauser-Duda w ostatnim dniu w Pałacu Prezydenckim tekst piosenki zespołu elektryczne gitary - "to już jest koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść".
Mi przychodzi w tej sytuacji inny przebój wspomnianego zespołu – "i co ja robię tu? Co ty tutaj robisz?".
To właściwie mógłby być nowy slogan polskiej polityki kadrowej. „Nie wiem, czym się będę zajmować, ale już mam stanowisko”.
Można też złośliwie wypomnieć, że nowa pani wiceminister dalej nie wie, ile województw jest w Polsce. Ale na pewno o każde będzie dbać. Jak już będzie znała zakres swoich obowiązków.
Państwo coraz częściej wygląda jak ogromna korporacja, w której dział HR kompletnie skapitulował, a jedynym kryterium zatrudnienia stała się partyjna legitymacja i odpowiednio podniesiona ręka podczas głosowania.
Najpierw nominacja. Potem ustalanie kompetencji. A wiedzę? Wiedzę można przecież „uzupełnić w trakcie”. Tak samo jak tę o liczbie województw. Aj, miałem nie być złośliwy. Trudno, nie wyszło.
Człowiek od zdrowia
To zresztą nie jest odosobniony przypadek. Ostatnio Patryk Słowik opisywał historię Jacka Protasiewicza, który jeszcze do niedawna zasiadał w zarządzie szpitala powiatowego w Lipnie. Człowieka, którego najbardziej medialnym związkiem ze zdrowiem okazały się własne tłumaczenia dotyczące internetowych wpisów. To właśnie Protasiewicz pisał o politycznych przeciwnikach w sposób, który, ujmując to najdelikatniej jak się da, nie licował z powagą zajmowanego stanowiska. W zasadzie jakiegokolwiek. A tym bardziej do byłego posła i wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego.
Żeby nie szukać daleko wybitnej twórczości internetowej pana Protasiewicza, zacytuję tylko jeden z wczorajszych wpisów byłego polityka. Odpowiedział on dziennikarzowi Marcinowi Dobskiemu, który na X skomentował naszą publikację. Komentarz panu Jackowi się nie spodobał, więc odpisał w swoim stylu: „Będzie wisiał, jak niegdyś Mussolini. A i przyjdę się odlać na te truchło”. A to był jeden z tych delikatniejszych wpisów.
Kiedyś były polityk swoją internetową aktywność wytłumaczył problemami zdrowotnymi. „To jedyny związek ze zdrowiem Jacka Protasiewicza, jaki udało się portalowi Zero.pl ustalić. W swojej wieloletniej karierze politycznej skupiał się na innej tematyce” – pisał Patryk Słowik.
To wystarczyło jednak, aby zaleźć się w zarządzie szpitala.
Powtarzający się mechanizm
I po takich właśnie historiach, których jest więcej, przypadek Żanety Cwaliny-Śliwowskiej pokazuje problem, jak w soczewce – mechanizm, który od lat funkcjonuje ponad partyjnymi podziałami. W Polsce stanowiska bardzo często nie są zwieńczeniem kompetencji. Są nagrodą. Formą politycznej premii lojalnościowej. Czasem za kampanię. Czasem za medialną aktywność. Czasem po prostu za bycie „naszym człowiekiem”.
A później zaczyna się groteskowy spektakl dopasowywania rzeczywistości do nominacji. Resort szuka zakresu obowiązków dla nowego wiceministra, a nowy wiceminister próbuje zorientować się, gdzie jest jego gabinet i za co właściwie odpowiada departament, który będzie nadzorować.
Tyle że to nie jest śmieszne. Albo raczej: byłoby śmieszne, gdyby nie kosztowało podatników. Bo wraz z nominacją przychodzą przecież konkretne profity. Wysoka pensja. Gabinet. Kierowca. Służbowa limuzyna. Prestiż. Państwo funduje politycznej klasie komfortowy system awansu, w którym kompetencje bywają opcjonalnym dodatkiem, czymś w rodzaju podgrzewanych foteli w aucie służbowym – miło mieć, ale bez przesady.
Najbardziej uderzające jest jednak co innego. W normalnym świecie człowiek idzie do pracy, bo potrafi coś robić. W polityce coraz częściej wygląda to odwrotnie: człowiek dostaje pracę, a dopiero potem zastanawia się, czego powinien się nauczyć.
I być może właśnie dlatego obywatele coraz częściej patrzą na politykę nie jak na zarządzanie państwem, ale jak na wielki program lojalnościowy dla partyjnych elit. Punkty zbierasz latami. Nagrodą jest stanowisko. Nawet jeśli nie bardzo wiadomo, po co.

