Reklama
Kraj

Polska wojna o wodę. Kto zarabia miliony na suszy?

Klimat w Polsce zmienia się na naszych oczach. Zmienia się na gorsze. Po ostatniej fali 40-stopniowych upałów być może rozumiemy to lepiej. Ale mało kto mówi o tym, że po cichu trwa u nas wojna domowa o zasób, który coraz szybciej się kurczy: o wodę.

Jan Mencwel
Opinia autorstwa: Jan Mencwel
Dzisiaj 05:59
9 min
Polska sieć rowów odwadniających ma już 300 tysięcy kilometrów długości – to aż osiem razy więcej niż obwód równika. Przez dekady uczono nas, że nadmiar wody to zacofanie, dziś płacimy za to katastrofalną suszą. (fot. Pixabay)
TYLKO NA
  • Polska od 100 lat skutecznie realizuje program „antyretencji”, czego efektem jest sieć rowów odwadniających dwukrotnie dłuższa niż naturalne rzeki. Walcząc z dawnym kompleksem „kraju z błota”, bezmyślnie wybetonowaliśmy naturę, za co dziś płacimy dramatyczną suszą.
  • Choć zmiany klimatyczne są faktem, to dla wielkiego biznesu i patodeweloperów stanowią one jedynie wygodną wymówkę. Prywatne fortuny i nowe osiedla powstają kosztem osuszania kolejnych regionów.
  • W Polsce toczy się cicha wojna domowa o wodę, w której winą za znikające rzeki obarcza się wyłącznie siły wyższe. Przemysł i deweloperzy bezkarnie niszczą zasoby środowiska, ukrywając swoje zyski za parawanem globalnej katastrofy naturalnej.

„Jak się nie będziesz uczyć, to będziesz kopać rowy” – chyba każdy usłyszał kiedyś to zdanie od nauczyciela. Ale czy ktoś z was zastanowił się, o jakie rowy chodziło? I czemu niby miałoby służyć ich kopanie? Odpowiedź, wbrew pozorom, ma dużo wspólnego z naszymi dzisiejszymi kłopotami z wodą. I z powtarzającą się już co roku suszą.

Przeczytaj również: „Zdychaj, chłopie!” Na wsi trwa kryzys, który miasto ma gdzieś

Osiem razy dookoła świata

W Polsce jakieś 100 lat temu zaczęliśmy na potęgę kopać rowy melioracyjne. Robiliśmy to po to, żeby odprowadzić nadmiar wody z różnych terenów bogatych w ten zasób – łąk, mokradeł, lasów, pól. Zaczął się w Polsce wielki program „antyretencji” wody. Był niezwykle skuteczny: wykopana przez te ponad sto lat sieć odwadniających kraj rowów melioracyjnych jest dwa razy dłuższa niż sieć naturalnych rzek i cieków wodnych. Wynosi 300 tys. km. To osiem razy tyle, ile ma… równik.

Reklama
Reklama

Do kopania rowów dołożyliśmy jeszcze kilka elementów. Zaczęliśmy prostować i betonować rzeki, osuszać mokradła i bagna, niszczyć i zabudowywać naturalne tereny zalewowe. Wszystko w imię rozwoju. Faktycznie, w tamtych czasach naszym realnym problemem rozwojowym był nadmiar wody. Brakowało terenów pod budowę nowych miast i wsi, brakowało terenów pod nowe obszary rolnicze, drogi, linie kolejowe.

Polska była krajem podmokłym i cierpiała z tego powodu. Dobrze to opisał Stefan Żeromski w książce „Przedwiośnie”, w której to wszechobecne błoto stanowi symbol polskiego zacofania. A cały koncept „szklanych domów”, symbol wymarzonej nowoczesności, zaczyna się od… osuszenia wielkiego mokradła.

Epoka Wielkiego Osuszania trwała w najlepsze przez cały PRL. W okresie rządów Gierka do betonowania rzek i kopania rowów dołożyliśmy jeszcze gigantyczne zanieczyszczenie wody przez wielki przemysł. To wtedy znad wielu polskich rzek wywiało nie tylko kajakarzy, wczasowiczów i pływaków, ale nawet wędkarzy. Przyczyna była prosta: pływała w nich cała tablica Mendelejewa. Rzeki zaczęły się Polkom i Polakom kojarzyć ze ściekiem.

Reklama
Reklama

Przeczytaj również: Skoro na polskiej wsi jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Strach przed wielką wodą

Czy coś istotnego zmieniło się w podejściu do wody wraz z nastaniem „wolnej Polski”? Trzecia Rzeczpospolita nie przyniosła żadnej zmiany w tym zakresie, a raczej utrwaliła kurs poprzednich epok. Dostała ku temu świetny pretekst: w 1997 r., a więc dokładnie wtedy, kiedy parlament uchwalał nową Konstytucję, nasz kraj nawiedziła wielka powódź.

Tragedia i trauma powodzi, niezależnie od jej prawdziwych przyczyn i przebiegu katastrofy, utrwaliły w Polsce przekonanie, że naszym głównym problemem jest nadmiar wody i „nieujarzmione” rzeki. Nałożyły się na to nasze polskie kompleksy, które znów doszły do głosu w latach 90. Wciąż, tak jak w czasach Cezarego Baryki, bohatera „Przedwiośnia”, żyliśmy w kraju z błota, marzącym o swoich „szklanych domach”. Efekty zmian klimatycznych wciąż nie były u nas jeszcze tak mocno odczuwalne, a już na pewno nikt o nich nie mówił.

Ale jedno z całą pewnością uległo zmianie. Pojawił się nowy gracz: wielki biznes. Szybko odkrył, że woda to uboczny koszt zarobienia wielkich pieniędzy. Ale ten koszt bardzo łatwo można przed społeczeństwem ukryć. W ten sposób Wielkie Osuszanie dostało dopalaczy. Wkroczyliśmy w erę, w której na centralną politykę pozbawiania nas „nadmiaru” wody nałożyła się jej bezwzględna eksploatacja przez prywatne podmioty.

Reklama
Reklama

Zyski płynęły szerokimi strumieniami do kieszeni prezesów, a na koszty zrzucać się musieliśmy wszyscy. Woda stała się nie tylko towarem, ale kryptowalutą. Płacono nią za to, żeby mogły powstać całkiem realne fortuny zbudowane na eksploatacji środowiska naturalnego. Najczęściej płacono pod stołem.

Za jednym z największych lokalnych kryzysów wodnych w Polsce stoi Zygmunt Solorz-Żak. Właściciel telewizji Polsat to niejako symbol sukcesu w polskim biznesie. Od 1992 r. nieprzerwanie notowany jest na listach najbogatszych Polaków, a od 1999 r. nie wypadł z pierwszej piątki tego zestawienia. Mało kto wie, że energetyczna spółka Solorza-Żaka – ZEPAK – wywołała gigantyczny kryzys wodny na granicy Wielkopolski i Kujaw. Wykopana tam kopalnia węgla brunatnego osuszyła kilkanaście jezior i cieków wodnych. Głośno zrobiło się o tym dopiero, gdy zagrożone stało się jezioro Gopło. Tylko aferze medialnej zawdzięczamy to, że na kolejne kopalnie ZEPAK nie dostał zgody.

Przeczytaj także: Prokuratura wszczyna śledztwo ws. fikcyjnej pracy byłego posła PiS

Postępująca betonoza

Ale scenariusz znany z okolic Gopła powtarzał się w mikroskali w wielu innych regionach kraju. Tyle że po cichu, bez obecności telewizyjnych kamer. Wiele strumyków, rzek czy jezior, które nie były bohaterami wierszy i legend, znikało bez świadków. Scenariusz był zwykle podobny: duży biznes i zblatowane z nim władze, koncesje i pozwolenia wydawane mimo braku dopełnienia wszystkich obowiązków, bierność polityków, zapaść lokalnych mediów. Czasem chodziło o bezpośrednią eksploatację wody, np. pobieranie jej dla jakiegoś zakładu. Czasami po prostu o to, by dostać zgodę na osuszenie jakiegoś terenu, postawić swoje inwestycje, wycisnąć z nich zysk, a mieszkańców zostawić z problemami.

Reklama
Reklama

Spójrzmy choćby na podwarszawskie miejscowości, w których co i rusz ogłaszane są alarmy wodne. Mieszkańcy co roku borykają się z zakazami używania wody, z wodą dostępną tylko w określonych godzinach. Jednocześnie miejscowości warszawskiego „obwarzanka” to te miejsca, w których na potęgę panoszy się patodeweloperka. Każda inwestycja w nowe osiedle łanowe wiąże się z koniecznością osuszenia terenu i pogorszenia retencji wody. Myślicie, że ktokolwiek każe deweloperom płacić za te szkody? Jakoś to zrównoważyć? A gdzie tam.

Martwić się będą mieszkańcy, gdy woda zamiast lecieć z kranu zacznie im ciurkać. Albo samorząd, który będzie musiał dowozić im wodę w beczkowozach z sąsiedniej gminy. Albo w panice szukać jej nowych źródeł pod ziemią, bo lokalna rzeka, wyprostowana i wybetonowana, już dawno wyschła.

Przeczytaj także: Gonciarz pozwał Żukowską. Posłanka odpowiada

Mamy w Polsce ten komfort, że raczej nie czeka nas wojna o wodę z innymi krajami. Przyczyna jest prosta: niemal w pełni kontrolujemy swoje zasoby wodne. Tylko 11,4 proc. wody dopływa do nas zza naszych granic. Nasza największa rzeka, Wisła, oraz większość innych rzek ma źródła na terenie Polski.

Reklama
Reklama

Niewidzialna ręka

Tylko co z tego, skoro w Polsce już toczy się wojna o wodę. Tyle że jest to ukryta wojna domowa. Rozmaite jej ogniska wybuchają tu i ówdzie i najczęściej przechodzą niezauważone. Jeśli już je dostrzegamy, to wrzucamy je do kategorii „katastrofy naturalne”. W to tylko graj ludziom, którzy tę wojnę wzniecają. Oni marzą o tym, żeby przypisać tajemnicze znikanie albo zatruwanie wody wyłącznie katastrofie klimatycznej. To na pewno lepsze niż wskazać konkretne jednostki czy podmioty, które pociągają za spust.

I nie, nie piszę tego po to, aby negować wpływ zmian klimatu na naszą sytuację wodną. Bo on jest niezaprzeczalny. Tylko że równolegle dopuszczamy do równie katastrofalnych w skutkach działań konkretnych podmiotów. Państwowych Wód Polskich, którym ciągle się marzy betonowanie rzek, bo zaprzyjaźnione firmy już się palą do publicznych kontraktów. Burmistrzów czy prezydentów miast, którzy wciąż kochają wycinać drzewa i stawiać w ich miejsce „fontanny multimedialne”. Deweloperów, którzy chętnie wysuszą podmokły teren i pogorszą retencję wody, aby zbudować nowe osiedle. Wreszcie wielkiego biznesu, na przykład spółek węglowych, które na potęgę zatruwają największe rzeki, Odrę i Wisłę, zasolonymi zrzutami z kopalni.

Przeczytaj także: Zamach w Monako. „Jeśli to robota służb, byłaby to jakościowa zmiana”

W latach PRL funkcjonowała w Polsce akcja „Niewidzialna Ręka”. Autor programu, Maciej Zimiński, namawiał młodych ludzi, przede wszystkim harcerzy, do bezinteresownego, anonimowego pomagania innym. Dziś to hasło, ale w zupełnie wypaczonym znaczeniu, świetnie pasowałoby do opisu naszej sytuacji w obliczu kryzysu wodnego. Owszem, zmiany klimatyczne są jego główną przyczyną. Ale są też świetną wymówką, żeby nie dostrzegać, jak różne „niewidzialne ręce” przyczyniają się do pogłębienia naszych problemów z wodą. Albo, mówiąc bardziej wprost, po prostu zabierają nam wodę.

Reklama
Reklama

*Tekst jest zredagowanym i uzupełnionym przez autora fragmentem książki „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać”, wydanej w 2023 roku nakładem wydawnictwa Krytyka Polityczna.

 

Źródło: Zero.pl
Jan Mencwel
Jan MencwelAutor książek „Betonoza” i „Hydrozagadka”, współzałożyciel ruchu miejskiego Miasto Jest Nasze, radny w Warszawie - autor zewnętrzny