- Lekarze zarabiający rekordowe kwoty czy łączący kilka etatów to efekt systemu wyceny świadczeń przez NFZ, który od lat premiuje maksymalizację liczby procedur, a nie jakość leczenia.
- Premier Donald Tusk zapowiedział pakiet zmian – limity czasu pracy, zakaz łączenia etatów i maksymalną stawkę 250 zł za godzinę – ale bez reformy systemowych przyczyn problemu.
- Chaotyczna struktura właścicielska szpitali, nierówny system podatkowy i przewaga sektora prywatnego to problemy, które rządowy pakiet zmian całkowicie pomija.
Jeśli jest w Polsce grupa zawodowa, która do perfekcji przyswoiła wiedzę ze szkolnych lekcji podstaw przedsiębiorczości, są nią lekarze. Obecny model pracy medyka jako biznesmena maksymalizującego zyski, optymalizującego czas, dojazdy i wykonywane procedury nie wziął się znikąd. W systemie, który stworzyliśmy, inne zachowanie byłoby dziwne.
Ten tryb działania można nazwać zbieracko-łowieckim. Tu szpital, tam poradnia specjalistyczna, kawałek dalej drugi szpital (ale tylko na dyżury na SOR-ze), a w międzyczasie prywatna praktyka.
Produkcja świadczeń
Lekarze robią dokładnie to, czego wymaga od nich system: produkują jak najwięcej świadczeń. To, że niektórzy zarabiają ponad milion złotych rocznie, jest efektem ich biznesowej operatywności, kursów przedsiębiorczości oraz wyboru specjalizacji, takich jak ortopedia czy neurochirurgia, w których procedury są dla szpitali wyjątkowo opłacalne.
Z punktu widzenia lekarza-przedsiębiorcy nie ma w tym nic niemoralnego. Pracuje ciężko, obsługuje wielu pacjentów, a skoro od procedury dostaje procent, motywacja do podkręcania tempa jest ogromna. Mieszany model daje też lekarzowi poczucie wolności. Praca w publicznym szpitalu pod presją ordynatora i dyrektora oraz zmaganie się z patologiami organizacyjnymi są łatwiejsze do zniesienia, gdy obok ma się prywatną praktykę, w której o wszystkim decyduje się samemu.
Specjaliści chcą po prostu wykorzystywać swoją wiedzę i lata edukacji. Czy od „normalnych" przedsiębiorców oczekujemy czegokolwiek innego niż przestrzegania prawa i generowania zysku? W końcu w tym systemie lekarzy, tak samo jak innych, dotyczy wolność prowadzenia działalności gospodarczej. Problem w tym, że w tej rynkowej grze potrzeby obywateli schodzą na dalszy plan. Dla dyrektora szpitala neurochirurg generujący miliony jest znacznie bardziej opłacalny niż słabo wyceniany internista, mimo że społeczna przydatność tego drugiego jest zwykle większa.
Gra kształtuje graczy. Lekarze nie wymyślili tego systemu sami; zostali do niego wciągnięci przez menedżerów ochrony zdrowia i zasady wyceny świadczeń przez NFZ. I mimo że wielu czuje się w nim jak ryba w wodzie, model ten nie jest zdrowy. Tworzy ludzi wiecznie przepracowanych i wypalonych. Ktoś mógłby powiedzieć: robią to na własne życzenie. I owszem, są tacy, którym pieniądze uderzyły do głowy. Ale czy milczącej większości, czującej odpowiedzialność za chorych, łatwo jest po prostu wyjść z pracy o 15:00 i odmówić pomocy czekającym pacjentom?
Nowe porządki
Premier Donald Tusk zapowiedział 21 lipca pakiet zmian, m.in.: limity czasu pracy, zakaz łączenia etatów, koniec z pracą na akord czy maksymalną stawkę 250 zł za godzinę. Są to zmiany wyraźnie podyktowane ostatnimi aferami z udziałem lekarzy i chęcią wpisania się w oczekiwania wyborców, którzy, zresztą słusznie, obawiają się, że ich ciężko zarobione pieniądze idą na milionowe zarobki części lekarzy. I tak jak uważam, że w interesie całego środowiska lekarskiego jest ukrócenie kominów płacowych, bo inaczej stracimy jako grupa zawodowa zaufanie pacjentów, tak do części propozycji rządu podchodzę sceptycznie.
Rygorystyczna kontrola kolejek i zakaz elastycznego przesuwania pacjentów mogą wywołać efekt mrożący, którego już zaczynają doświadczać poradnie: gdy lekarz nie będzie mógł „wcisnąć" pilnego pacjenta na wcześniejszy termin, z czystej asekuracji zacznie wpisywać wszystkich na oficjalne listy, a to tylko wydłuży grafik.
Z kolei zakaz łączenia miejsc pracy może wykończyć małe poradnie, POZ-y i oddziały dzienne, które nie będą w stanie zapewnić kontraktu na wymagane pół etatu. Afera z weekendowo wykonywanymi zabiegami neurochirurgicznymi w Miastku słusznie oburza, ale zamknięcie podobnych „biznesów" bez zaoferowania czegokolwiek w zamian oznacza, że kolejki będą dłuższe, a szpitale powiatowe jeszcze bardziej zadłużone.
Przeczytaj także: 26 tys. zł za godzinę pracy? Nowe ustalenia w sprawie spółki neurochirurgów
Politycy cierpią na naiwne przekonanie, że rzeczywistość pokojowo podporządkuje się ich założeniom. Mimo że trudno nie zgodzić się z większością propozycji rządu, nieskoordynowane, punktowe zmiany, bez zaplanowania całościowej i głębokiej reformy, często wywołują efekt domina. Na pełną ocenę będzie trzeba poczekać do przyszłego roku. W końcu przepis i jego interpretacja to dwie zupełnie różne rzeczy.
W planach zupełnie pominięto systemowe problemy, z którymi się zmagamy, takie jak:
- chaotyczna struktura właścicielska szpitali, uniemożliwiająca sensowne zarządzanie;
- zadłużone szpitale licytujące się stawkami dla lekarzy i wzajemnie podbierające sobie personel;
- system podatkowy nierówno obciążający składką zdrowotną etatowców, przedsiębiorców i rolników;
- nieuczciwa przewaga sektora prywatnego, który drenuje kadry, prywatyzuje zyski z wysokomarżowych zabiegów, a trudne, nieopłacalne przypadki podrzuca do państwowych szpitali;
- oddziały powstające i znikające bez ładu i składu (prof. Piotr Czauderna zwracał uwagę, że w samym województwie lubelskim działa aż 15 oddziałów neurologii przyjmujących w trybie ostrym, co jest gigantycznym marnotrawstwem);
- rosnąca liczba osób w wieku podeszłym, dla których nie ma dobrze zorganizowanej opieki socjalnej ani miejsc w ośrodkach opieki długoterminowej;
- rozliczanie szpitali jedynie z wyników finansowych, a nie z jakości leczenia.
Czas na samooczyszczenie środowiska
Najbardziej bolesna po ostatnich aferach jest reakcja części środowiska lekarskiego. Jąkanie się w telewizji przy pytaniach o zarobki, przyjmowanie pozycji oblężonej twierdzy w mediach społecznościowych czy automatyczny sprzeciw izb lekarskich wobec każdej propozycji zmian to ślepa uliczka.
Protestujmy wtedy, gdy władza uderza personalnie w lekarzy, jak przy niedawnych propozycjach krzywdzących zmian w rezydenturach, na co słusznie zwracała uwagę Fundacja Matki Lekarki. Mówmy głośno o przepełnionych oddziałach i braku środków na leczenie, jak w niedawnym przypadku szpitala uniwersyteckiego w Łodzi, gdzie zabrakło pieniędzy na terapie onkologiczne. Przypominajmy, że afery takie jak ta ze Szpitala Południowego mają charakter głównie polityczny i partyjny, a nie medyczny. Ale nie brońmy patologii.
Zobacz również: Afera w Szpitalu Południowym. NIK wylicza nieprawidłowości
Czas na ostracyzm wobec aferzystów i promocję pozytywnych przykładów specjalistów, którzy na co dzień ratują życie w publicznym systemie. Na obecnej nagonce najbardziej cierpią uczciwi lekarze, na których bezpodstawnie spada społeczna niechęć. Polacy, jak wciąż się wydaje, szanują medyków; oburza ich jedynie kombinatorstwo, pogarda i pogoń za milionami.
Jeśli refleksja wewnątrz środowiska nie przyjdzie, stracimy na tym wszyscy. A najwięcej pacjenci.


