Dzień dobry, mam ważny komunikat: jesteśmy starzy. A teraz ciekawostka dla kinomanów: w czasach, gdy na rodzimych ekranach gościła kultowa komedia „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” Lew Rywin był szanowanym biznesmenem, referendum akcesyjne do Unii Europejskiej pozostawało w sferze domysłów, a Leo Messi dopiero marzył o debiucie w seniorskiej drużynie FC Barcelony.
Dziś mężni Galowie znów zadają szyku w polskich kinach. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by skosztować tej magdalenki i sprawdzić, czy żarty z otyłości, niewolnictwa i multi-kulti wytrzymały próbę czasu. Mnie śmieszą, ale ja wciąż żyję w strachu przed pluskwą milenijną, a zwrotu „za komuny” używam nieironicznie.
Czytaj również: Trochę straszny, trochę śmieszny. Jan Frycz był większy niż polskie kino
Misja: Klasyka
– Wprowadzanie klasyki może łączyć się z misją. Jestem przekonany, że niektóre tytuły mogą pełnić rolę kulturotwórczą i zachęcać do dyskusji nad np. obyczajowością, seksualnością, czy polityką. Uczyć trochę o epoce, w której powstawały – mówi w rozmowie z Zero.pl Patryk Tomiczek, założyciel firmy dystrybucyjnej Reset, pionierskiej w segmencie dedykowanym wyłącznie klasyce.
Coś w tym jest. Nawet jeśli dyskusje o mizoginistycznej energii „Opętania” Andrzeja Żuławskiego, publicystycznej sile „Nienawiści” Mathieu Kassovitza czy satyrze na psychoanalizę w „Mulholland Drive” Davida Lyncha będą efektem ubocznym nostalgicznej podróży. Sukces tych filmów na polskich ekranach przypomina zresztą, że nawet nostalgia może być żyznym gruntem pod zasiew nieoczywistych idei. Studencki klasyk „Donnie Darko” Richarda Kelly’ego, oglądany dziś, nie jest już energetyzującym koktajlem z kina science-fiction, filozofii New Age oraz teledysków Toola. To przepiękny i profetyczny esej o samotności – w rodzinie, wśród rówieśników, w społeczeństwie.
Możliwość apelowania do różnych wrażliwości, odwoływania się do rozmaitych pokoleniowych doświadczeń oraz uniformizowania „klasyki” pod szyldem jednej narracji o jej „wielkim powrocie” działa dziś na korzyść takich przedsięwzięć. W owej „erze niewinności” dystrybutorzy nie muszą przegrzewać sobie głów, myśląc o potrzebach konkretnego widza. Mogą natomiast rozciągać paralelę między ideą kina autorskiego a potrzebą autorskiej selekcji. Spełniać atrakcyjną fantazję o sztuce filmowej jako płaszczyźnie dialogu. Pytać: „Czy moje kino to również wasze kino?”
– „Opętanie” było pierwszym wprowadzonym przeze mnie tytułem – kontynuuje Tomiczek – Zdaję sobie sprawę, że wersja reżyserska „Czasu apokalipsy” ma większy potencjał frekwencyjny niż np. „Viridiana” Luisa Buñuela, ale nie kieruję się nim przy wyborze tytułu. Raz zrobiłem ukłon w stronę widzów i spełniłem ich oczekiwania, wprowadzając „Amelię” Jeana Pierre’a Jeuneta. Choć zanim zdecydowałem się na zakup, obejrzałem film po wielu latach i sam się do niego przekonałem.

Kadr z filmu „Opętanie”, reż. Andrzej Żuławski, 1981 (fot. materiały prasowe)
Jednocześnie warto zauważyć, iż taka strategia nie jest do końca elastyczna. Istnieją tu niewidzialne „widełki” atrakcyjności filmu, zaś możliwość wypromowania dzieł prawdziwie niszowych bywa ograniczona. Bez względu na to, czy mówimy o „Nienawiści” Kassovitza, o „Generale” Bustera Keatona i Clyde’a Bruckmanna, czy o „Zniknięciu” George’a Sluizera, są to centralne elementy kilku popkulturowych kanonów.
Jak dogonić Zachód?
Reset nie jest jedynym dystrybutorem specjalizującym się dziś w klasyce. O uwagę widzów walczy także Past Perfect, dzięki któremu na wielkich ekranach zobaczyliśmy m.in. kultowy „Wielki błękit” Luca Bessona, nowofalową Biblię w postaci „Do utraty tchu” Jeana-Luca Godarda czy – jubileuszowo – „Lot nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana. Większość tytułów wprowadzają „tradycyjni” dystrybutorzy jak Kino Świat czy Gutek Film, swoją cegiełkę dokładają rozmaite fundacje, stowarzyszenia i podmioty edukacyjne.
– Myślę, że jest to symptom dobijania do Zachodu po paru dekadach zachłyśnięcia się nowościami i „bieżączką” – diagnozuje Sebastian Smoliński, krytyk filmowy i założyciel Past Perfectu. – W Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku klasyka od dekad funkcjonuje jako stała, atrakcyjna część repertuaru. Czuję też, że znaczenie ma fakt, iż najlepsze rzeczy filmowe nie trafiają do kin i pojawia się luka. To casus „Frankensteina” Guillermo del Toro czy „Irlandczyka” Martina Scorsesego. I tu wchodzi klasyka, która jest po prostu „jakościowa”. Nie ma opcji, że ktoś zmarnuje z nią dwie godziny – dodaje.
Śledzę na bieżąco kwartalne badania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej zatytułowane „Segmentacja widza kinowego”. Nie wiem, właściwie, po co – chyba po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że drobne wahnięcia w statystykach nie zwiastują żadnej rewolucji. Do kina chodzimy dziś w kratkę, a jeśli z niego rezygnujemy, to dopiero w drugiej kolejności z powodów finansowych. Streamingowe platformy usadziły nas grzecznie na kanapach. Z kolei wśród sposobów na spędzanie wolnego czasu – co też jest odnotowane w badaniach – kino przegrywa z rowerem, spacerem, a nawet z grą w chińczyka.
Polecamy: Jak polskie bajki podbiły świat. Od Reksia po Bolka i Lolka
Jednocześnie, z tych samych powodów, na kulturalnej wartości zyskała idea wydarzenia filmowego; supernowej, która spala się na tyle szybko i gwałtownie, że zasysa orbitujących dookoła, potencjalnych widzów. Bez względu na to, czy mówimy o coraz bardziej wycofanych milenialsach, czy o rosnących w ekonomiczną siłę „zetkach”.
Takim wydarzeniem może być szeroko komentowany z przyczyn pozafilmowych „Dom dobry” Wojtka Smarzowskiego, albo wchodząca do kin w atmosferze kontrowersji „Odyseja” Christophera Nolana. Ale może być nim również pierwszy kinowy pokaz cyberpunkowego klasyka „Ghost in The Shell” Mamoru Oshiiego w Polsce. Albo powracający w glorii i chwale, to jest w rozdzielczości 4K i po korekcji barw, „Nagi instynkt” Paula Verhoevena.
– Na filmach Francisa Forda Coppoli widziałem widzów w różnym wieku. Bywało, że na sali siedzieli dziadek, syn i wnuk. Zdecydowanie męska publiczność. Na „Nienawiści" to często młodzież, która, jak opowiadał mi kierownik kina „Muranów”, nierzadko podjeżdża do kina na deskach. „Donnie Darko” to już i „zetki”, i milenialsi. Nie sądzę natomiast, że widzowie klasyki przychodzą na nią z sentymentu. Myślę, że robi tak mała część tej publiczności – stwierdza Tomiczek.
– Na pewno klasyka żyje najmocniej w kilku największych miastach: Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, w Trójmieście. I na pewno widać na salach dużo młodych osób. Nie są to jednak same „zetki”. Taki „Amadeusz” połączył na przykład młodszą widownię z seniorami – zauważa Smoliński.
Klasyka, czyli bunt?
W Stanach Zjednoczonych tego rodzaju praktyka rewitalizacji kultury filmowej jest na stałe wpisana w branżowy krajobraz. W ciągu ostatniego roku amerykańscy widzowie mogli przypomnieć sobie (albo odhaczyć na dziewiczym pokazie) m.in. „Toy Story” , „Apollo 13”, „Tajemnicę Brokeback Mountain” czy – jeszcze raz: ile lat minęło? – „Czarnego łabędzia”.
Najjaskrawszym symbolem tego trendu (choć w przypadku USA powinniśmy mówić raczej o tradycji) są natomiast wznowienia gwiezdnowojennego cyklu – zwłaszcza „Powrotu Jedi” oraz „Zemsty Sithów”. Ten ostatni film zarobił aż 55 mln dol. w globalnym box office w ciągu zaledwie trzech dni od swojej (ponownej) premiery.
Każdy, kto śledzi „nowożytne” uniwersum disnejowskich „Gwiezdnych wojen”, wie doskonale, jak trudno wyłowić perłę z rzeki szlamu. Kolejne nieudane filmy oraz fatalne seriale telewizyjne to gwóźdź do trumny cyklu, na którym wychowały się trzy pokolenia kinomanów. Zwrot w stronę klasyki staje się tym samym gestem symbolicznym, manifestacją niezadowolenia z kształtu współczesnego Hollywood oraz obranego przezeń kierunku.
Od ponad roku związki zawodowe oraz wielkie wytwórnie tkwią w niebezpiecznym klinczu, który jest reakcją na próbę wykupu Warner Bros. Discovery – najpierw przez Netfliksa, później przez Paramount Skydance. W tym samym czasie, w oczekiwaniu na korporacyjną megawojnę, Disney utylizuje dziedzictwo własne oraz pożartych przez siebie podmiotów, takich jak 20th Century Fox.
Blockbustery szorują po dnie, gwiazdy nie sprzedają filmów, nagrody tracą na znaczeniu, z kolei strajki odsłaniają prawdziwe barwy Hollywood jako struktury chwiejnej, anachronicznej, wzniesionej na niepewnych, ekonomicznie i artystycznie, fundamentach. Matematyka potwierdza kurs na ceglaną ścianę. Magiczna granica 9 mld dol. wpływów w roku kalendarzowym pozostaje nieprzekroczona od czasów przedpandemicznych, zaś rosnąca liczba premier (od 2023 r. zwiększa się średnio o ok. 70-90 filmów rocznie) nie ma przełożenia na zyski z kinowych kas.
Tomiczek słusznie przypomina, że tegoroczne sukcesy „Odysei”, „Spider-Mana” czy niezależnych horrorów w stylu „Backrooms” lub „Obsesji” to dobry prognostyk. Ja natomiast będę się upierał, że jest to kwestia pomyślnej koniunkcji gwiazd. Zwłaszcza jeśli na kinowych salach w okresach wakacyjnym i świątecznym spotykają się Christopher Nolan, Spider-Man, mieszkańcy Diuny oraz dwóch 20-letnich gości z YouTube’a, którzy zarobili kuriozalne pieniądze dzięki horrorom nakręconym za bakłażana i garść orzechów.

Kadr z filmu „Terminator 2: Dzień sądu”, reż. James Camerona, 1991 (fot. mat.dystrybutora)
Zgadzam się natomiast z tym, że coraz więcej mają do powiedzenia „zetki”. I że szeroka dostępność klasyki w kinach jest w pewnym sensie lustrzanym odbiciem streamingowej wygody.
– Klasyka to nie jest dziś „stare kino” i istnieje na równych zasadach z filmami premierowymi. Jeśli otworzysz serwis streamingowy, to obok siebie masz premierę tygodnia i np. „Thelmę i Louise” albo „Lawrence'a z Arabii”. „Zetki” przyzwyczajone są do takiego „współistnienia” różnych rodzajów kina. Mają swobodę wyboru – podsumowuje Tomiczek.
Przeszłość, która nadejdzie
Wczoraj gruchnęła wiadomość, że firma Kino Świat przejęła katalog wydawniczy francuskiej wytwórni StudioCanal i uzyskała na wyłączność prawa do jego dystrybucji na terenie Polski. To mały krok dla ludzkości, ale całkiem spory dla branży filmowej – w ofercie znajdziemy aż 18 tys. filmów fabularnych, dokumentów i seriali. A ponieważ StudioCanal nie zasypiało gruszek w popiele jeśli chodzi o rekonstrukcję klasyki, aż tysiąc pozycji z katalogu doczekało się wersji 4K.
Pytanie, czy otwiera to nowy rozdział w naszych relacjach z filmową klasyką, jest w zasadzie retoryczne. Mnie natomiast ciekawi, jak zmieni pejzaż jej dystrybucji. Już teraz Kino Świat odpowiada bowiem za większość tego rodzaju wznowień i reedycji.
Spytany o tę kwestię Smoliński odpowiada: – W 2026 r. zdecydowanie można mówić o konkurencji. Oferta jest przebogata, klasyków wchodzi do kina coraz więcej i nie na wszystkich filmach będą mityczne „pełne sale”. Trzeba coraz mocniej dbać o line-up i wyróżniać się na tle innych.
Ja natomiast cieszę się, że odpowiada na to pytanie nie jak krytyk filmowy, tylko jak przedsiębiorca. Oznacza to z grubsza tyle, że wznowienia klasyki mogą być jednym z niewielu ekosystemów polskiej branży dystrybucyjnej, w którym rywalizacja nie będzie ograniczać się wyłącznie do zasobności portfela. Że równie istotne będą strategie selekcyjne, marketingowa pomysłowość oraz potencjał edukacyjny, realizowany często dzięki wydarzeniom towarzyszącym premierze.
Może Cię także zainteresować: Ali G jest rasistowski? Protesty przeciw nowemu filmowi Sachy Barona Cohena
Fantomowemu „zwykłemu widzowi” pozostaje zatem wycieczka do kina i dorzucenie swojego kamyczka pod renowację filmowych zabytków. Jak bowiem mawiał klasyk, bez kamieni nie ma budulca. A bez budulca nie ma pałacu. A bez pałacu… nie ma pałacu.


