Szacuje się, że filmy Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej widziało blisko miliard osób na całym świecie. W latach prosperity sprzedawano je do ponad 100 krajów — od Ameryk po Azję. Legendarna wytwórnia kolorowała dzieciństwo całych pokoleń i działa do dziś, pielęgnując kultowe postacie oraz tworząc nowe serie.

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
Możliwe, że nie zdajecie sobie w pełni sprawy z potęgi filmu animowanego. W ostatnich dwóch latach najbardziej kasowymi produkcjami były animacje: „Ne Zha 2” i „W głowie się nie mieści 2”.
W XXI wieku łącznie sześć razy zdarzyło się, że najwięcej zarabiały właśnie filmy animowane. W pięćdziesiątce najlepiej zarabiających dzieł wszech czasów animacji jest dwanaście.
Rankingi z poszczególnych lat wykazują widoczny wzrost tego trendu w ostatnim okresie. Furore robią dziś nawet remaki największych hitów. Dekady przed obecnym boomem świat zachwycały jednak animacje nasze, polskie. Zgarniały liczne nagrody, pozwalały władzom PRL zarabiać miliony, były powszechnie podziwiane.
Jak wyglądały złote lata polskiej animacji? Czy gdybyśmy skuteczniej zadbali o nasze dziedzictwo, Reksio dorównałby popularnością Goofy’emu?
Początki animacji w Polsce. Zrobić coś z niczego
Kto uśmiechnął się kpiąco pod nosem na myśl o takiej rywalizacji, ten nie ma pojęcia, jak zaczynał uwielbiany dziś Walt Disney. Leszek K. Talko i Karol Vesely, autorzy książki „Królowie bajek. Opowieść o legendarnym Studiu Filmów Rysunkowych” przypominają, że gdy w Polsce animacja raczkowała, Disney „dokonywał cudów, by utrzymać się na powierzchni i nie zostać zjedzonym przez innych, a kilka razy był naprawdę bliski bankructwa”.
Inni znawcy tematu wspominają, że konkurencją dla Disneya był choćby Czech Jiří Trnka. Może „Królewna Śnieżka” Disneya była rewolucją, lecz „Myszkę i kotka” w latach 60. pokazywano w nowojorskim Museum of Modern Art jako „jeden z najlepszych filmów animowanych świata”. Zerknięcie na listę animacji rywalizujących o nagrody na festiwalu w Cannes nie pozostawia złudzeń: byliśmy tam, liczyliśmy się. I samo to trzeba uznać za ogromny sukces, bo nasze produkcje powstawały w zupełnie innych realiach.
Dość powiedzieć, że gdy po wielu latach do Bielska-Białej trafiła stara maszyna Disneya – na której rzekomo powstała „Śnieżka” – była wielką innowacją względem tego, na czym wcześniej pracowano. W Centrum Bajki i Animacji OKO, które pełni dziś rolę muzealną i odsłania historię polskiej animacji, oglądam wielkie, tonowe maszyny z Niemiec, na których początkowo pracowano. Kosztowały fortunę, lecz skręcanie na nich filmu nie było łatwym procesem.
Wymagało to tak dużej precyzji, cierpliwości i czasu, że operatorzy woleli pracować nocami, zamykając się w pokojach z taśmami pełnymi obrazków oraz dźwiękiem, żeby nikt ich nie rozpraszał. Wszystko trzeba było robić ręcznie, powoli, starannie, bez miejsca na błąd, bo nie dało się go ani poprawić, ani nawet wyłapać. Dopiero gdy film wracał do Bielska z Łodzi, orientowano się, czy wszystko się zgadza.
Polska animacja miała szczęście, że rozkręcał ją Zdzisław Lachur. Nie tylko wybitny artysta, ale też człowiek z bogatej rodziny, która wielokrotnie wspierała jego biedujących współpracowników, pożyczając pieniądze na działalność tego, co po różnych przekształceniach nazwano Studiem Filmów Rysunkowych. Pionierzy polskiej animacji ściągnęli z całego kraju najpierw do Katowic, gdzie gnieździli się w pokoiku przy redakcji „Trybuny Robotniczej”. Szybko przenieśli się do Wisły, a stamtąd – szukając swojego miejsca na Ziemi – do Bielska.
Nareszcie! Powstaje nowy dodatek fabularny do Wiedźmina 3: Dzikiego Gonu
Mieli idoli i marzenia, lecz nie mieli pojęcia, co robią. Byli samoukami, którym brakowało nawet materiału. Celuloidy, na których rysowano animacje, w Polsce zastępowały zużyte zdjęcia rentgenowskie, które zbierano po szpitalach i moczono w wodzie z rzeki, żeby wyczyścić ich zawartość. Specjalnych farb, które trzymały się celuloidu, też nie było.
Na Zachodzie kupowano je w sklepie, w Polsce artystów uratował budowlaniec, który wpadł na pomysł zmieszania barwnika z miodem i tak stworzył produkt, który trzymał się celuloidu. Barwniki też uzyskiwano ręcznie, mieszając, co się dało.
Twórcy pierwszej wytwórni filmów rysunkowych przeglądali jedną jedyną książkę o animacji, którą posiadali i uczyli się z obrazków, bo nie znali języka angielskiego. Nie mogli pracować w pochmurne dni, bo ich sprzęt był zależny od światła dziennego. Brakowało im pędzli, lamp, doświadczenia i nawet godnych warunków do życia i pracy.
Wszystko, co mieli, to talent, zapał oraz pomysły. To, jakie arcydzieła stworzyli w takich warunkach, zasługuje na największe uznanie.
Bajki i reklama przędzarki. Święto animacji w Bielsku
W kameralnej salce kinowej Centrum OKO gasną światła i zaczyna się magia. Na ekranie pojawia się kilkuminutowa produkcja „Jak Jano słońce sprowadził”. Jedna z wielu, która latami zalegała w szafie, odzyskana przez Studio Filmów Rysunkowych w procesie archiwizacji dorobku.
Przedstawia ludową legendę o chłopaczku, który uratował naiwnych górali od składania danin zbójowi, który wmówił im, że słońce nie wzejdzie bez jego polecenia. Animacja zachwyca barwami i przekazem. Odpowiada za nią reżyser kilku odcinków „Reksia” – Ryszard Lepióra. Klimatu dodaje wspaniała muzyka Józefa Brody, znanego folklorysty, który zagrał na instrumentach ludowych.
Doktor Patryk Oczko, autor monografii Studia, wybrał tę i kilka podobnych, nieznanych produkcji jako ilustrację wykładu, który wygłosił podczas „Święta Animacji” w Bielsku-Białej. Zgłębiając historię wytwórni, oglądałem także dokument poświęcony turystycznym szlakom Beskidów czy reklamę produkowanych w mieście przędzarek.
Reżyserzy mówili o takich filmach „zamówienie społeczne” – mówi mi dr Oczko po zakończonym seansie. – To produkcje instruktażowe, dotyczące oświaty zdrowotnej, bezpieczeństwa i higieny pracy oraz profilaktyki – antyalkoholowej, antynikotynowej i antynarkotykowej. Powstawały i filmy o charakterze reklamowym, jednak w nieco innym niż dziś rozumieniu. W dobie Polski Ludowej bardziej chodziło o pokazanie aktualnych planów gospodarczych niż wytworzenie nastroju konsumenckiego do kupna produktu – wyjaśnia.
W początkowych latach działalności pracownicy łapali się „chałturek” i rysowali wszystko: od Świętej Rodziny po Stalina i Lenina.
Czasami w „zamówieniach społecznych” pojawiali się znani bohaterowie bielskich kreskówek. Niedawno duży bank wykorzystał w reklamie Reksia. Spot jest krótki i przemyślany – oglądamy czołówkę serii, po czym na ekranie pojawia się Marek Kondrat, który pyta: „Pamiętasz to? To znaczy, że emerytura jest bliżej, niż myślisz!”, zachęcając do otwarcia konta. W PRL-u wyglądało to zgoła inaczej. W odcinkach „Bolka i Lolka” pojawiał się fiat 126p. Reksia wykorzystano z kolei w spocie, w którym wraz z wiewiórką uczył dzieci, jak prawidłowo myć zęby.
– Takie filmy pojawiały się czasami w telewizji, ale też w kinach, jako dodatki. Lata 90. przyniosły komercyjne reklamy - wyjaśnia dr Oczko, autor „Nie tylko dla dzieci. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej 1947–2021”.
Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino
Takie zlecenia nie przynosiły chwały. Pewnie nie przynosiły też wielkich pieniędzy. Gdy w początkowych latach działalności pracownicy łapali się „chałturek” i rysowali wszystko: od Świętej Rodziny po Stalina i Lenina, nikt nie narzekał, bo pracowano na siebie, żeby przetrwać trudny okres. „Zamówienia społeczne” dla szeroko rozumianego wyższego dobra rodziły już zgrzyty.
Twórcy niechętnie się w to angażowali. Zwłaszcza ci, którzy mieli ambicje, chcieli tworzyć dzieła artystyczne. Oni w ogóle się tym nie zajmowali. Często była to trochę wymiana: zrobisz prostą formę reklamową, przemysłową, żeby potem zrobić własną koncepcję.
Nie było jednak tak, że produkcje o przedwarkach czy wycieczkach górskich były kompletnie bezwartościowe i powstawały na kolanie. To świetne realizacje zawodowców, którzy może nie podchodzili do tego z wielkim sercem, ale mieli takie umiejętności i wyczucie, że potrafili zrobić kapitalne filmy. „Ostatnia kuźnia kos w Rzeczypospolitej”
Zdzisław Lachur
Założyciel Studia Filmów Rysunkowych, był wybitnym, wszechstronnym artystą i człowiekiem wielu talentów. Jak wielu? Prowadził nawet treningi hokeja. Światową sławę zdobył jako malarz. Muzeum w Hajfie kupowało jego dzieła upamiętniające Holokaust po 500 dolarów za sztukę. Fenomenalnie przedstawiał konie, którymi zachwycać miał się sam Picasso. Wiele legend o jego życiu jest nieweryfikowalnych. Sam chwalił się, że jego obrazy mają George Harrison z Beatlesów oraz Barbra Streisand.
Towar eksportowy
Gdy w 1997 r. „Bolek i Lolek” wygrał konkurs na dobranockę wszech czasów, nikogo nie mogło to dziwić. „Wielka przygoda Bolka i Lolka” przyciągnęła do kin 8,5 miliona widzów, co wciąż daje filmowi miejsce w dwudziestce najchętniej oglądanych produkcji w Polsce. Trafił do 65 różnych krajów; wieloodcinkowa seria zrobiła jeszcze większą furorę. Przykładowo w Iranie animacja „Bolek i Lolek” była jedyną dopuszczoną do emisji po rewolucji islamskiej.
Po świecie rozeszło się też 70 odcinków „Reksia”, który trafił do Finlandii, Korei Północnej czy na Kubę. Niedawno w Libanie zaangażowano go w akcję edukacyjną ochrony bocianów. Migrujące ptaki były tam ofiarami polowań, więc dzieciom zaserwowano odcinek, w którym polski piesek opiekuje się rannym bocianem. Zadziałało. O światowym sukcesie polskich produkcji opowiadała badaczka Oliwia Nadarzycka z Uniwersytetu Łódzkiego:
Sprzedaż animacji umożliwiła Polsce zakup filmów z Brucem Lee, co świadczy o ich znaczeniu dla ówczesnego rynku filmowego. Polskie filmy często były tworzone jako serie, nie seriale, więc można było nabywać pojedyncze epizody, bez zakupu całego sezonu, co sprzyjało sprzedaży. Najwięcej odbiorców polskich kreskówek było w Iranie, Iraku, Kanadzie, USA i Syrii. Polskie produkcje zaspokajały zapotrzebowanie na programy dla dzieci, bo były pozbawione przemocy. Nie zawierały też dialogów i lektora, co ułatwiało dystrybucję.
Hity Studia Filmów Rysunkowych zapadły w pamięci widzów na długo. Centrum OKO w Bielsku-Białej odwiedza rocznie sto tysięcy osób, w tym liczne wycieczki z Czech oraz Słowacji. Gdy przechadzam się pomiędzy ekspozycjami, słyszę rodzinę rozmawiającą po angielsku. Pytam Jarosława Ciołka z Zespołu ds. gościnności w bielskim Studiu o najbardziej egzotycznych turystów.
– W pamięci zapadła mi rodzina z Wenezueli. Pytałem ich o bajkowe postacie. Zaskoczyło mnie, że świetnie znali Bolka i Lolka oraz Reksia — odpowiada.
Sukces tyczył się nie tylko bielskiej wytwórni. „Miś Uszatek” z łódzkiego Se-Ma-Fora to kultowa postać w Japonii, kota Filemona znają dzieci z Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast „Zaczarowany ołówek” trafił do krajów arabskich oraz do Chin. Chodliwe były też tytuły, które u nas stały w drugim szeregu. „Pan Filutek” uznany za rozczarowanie, przyniósł miliony z dystrybucji w USA. „Nasz dziadzio” został sprzedany do Australii i Nowej Zelandii. „Robocik” do Iranu.
Bajki z PRL-u wyróżniał styl graficzny oraz przesłanie. Były spokojne, bezpieczne, przyjazne. W 1963 roku sprzedano za granicę 162 filmy animowane, dekadę później był to biznes bardziej dochodowy niż dystrybucja filmów fabularnych. Doktor Patryk Oczko uśmiecha się jednak, gdy pytam, czy Studio Filmów Rysunkowych zbiło dzięki temu fortunę.
Zdecydowanie najwięcej zarabiano na eksporcie, ale to nie było tak, że zarabiało samo studio, bo pieniądze w socjalizmie nie wracały w całości do twórcy czy nawet wytwórni. Pieniądze były przeznaczane planowo, trafiały w „struktury” kinematografii. Studio dostawało tyle, „ile było trzeba” — tłumaczy ekspert.
Fakt jednak, że sukcesy zmieniły codzienność autorów. Swoboda cieszyli się od zarania — w Wiśle założyli nawet zespół piłkarski, który zagrał w Pucharze Polski. Tłumacząc się treningiem rysunku postaci, sprowadzali do willi modelki, które pozowały nago. Za bohemą kryła się jednak bieda. Filmowcom zdarzało się jeść bardzo skromnie. Zanim willa Rotha w Bielsku-Białej, w której zakotwiczyli po opuszczeniu Wisły, rozrosła się o kolejne piętro, twórcy spali na stołach do rysowania czy nawet na fortepianie.
Fryderyki 2026 rozdane. Kasia Lins największą gwiazdą gali
W czasach stalinizmu i PRL-u wielu ludziom wiodło się gorzej niż bielskim rysownikom, ale historie o zbieranych z ulicy niedopałkach, z których skręcano papierosy, nie brzmią przyjemnie. Można też sobie wyobrazić, jak niekomfortowo czuli się, zanim dostali przydział na mieszkania zastępcze i ich rodziny tłoczyły się w kilkunastu pokojach willi, w których trzeba było pomieścić także sprzęt do pracy. Pensje raz były, raz nie, ciężko było cokolwiek planować.
Z czasem autorzy największych hitów potrafili przekonać władze i dostać duże mieszkanie – przykładem Lechosław Marszałek. Twierdzenie, że dorobili się na sukcesie swoich produkcji, byłoby jednak przesadą. Ich największym przywilejem była możliwość pracy na własnych zasadach. Śmietankę spijały władze PRL-u. Jak wyjaśniali Leszek Talko i Karol Vesely w „Królach bajek”: „Władza uznała Studio za enklawę odmieńców – ale cennych odmieńców. Ich produkcje podobały się towarzyszom na Wschodzie, a na Zachodzie można je było sprzedać za cenne dewizy kapitalistom”.
Pogoda na niedzielę: Chcesz wcielić się w postać Chrystusa? Teraz to możliwe
Żeby zrozumieć, o czym mowa, trzeba wspomnieć, że przykładowo odcinki „Reksia” sprzedano na rynek amerykański za 200 tys. dol. Tymczasem w połowie lat 70. średnia roczna pensja w Polsce wynosiła 470 dol. Dla peerelowskich dygnitarzy Studio Filmów Rysunkowych było kurą znoszącą złote jajka.
Bogusław Ochodek, który od blisko czterdziestu lat pracuje w Studiu, obecnie jako archiwista, tłumaczy mi, dlaczego jeszcze zagraniczne sukcesy filmów były dla władzy tak istotne.
– Mogli się czymś pochwalić na zewnątrz. Bo czym innym? Wielką liczbą budowanych statków, wydobytymi tonami węgla? Nie było kulturalnych sukcesów. Chopin, Mickiewicz – wszystko było wcześniej. PRL sukcesów w kulturze nie miał. Kultura była zresztą zideologizowana, tymczasem filmy animowane były uniwersalne, neutralne światopoglądowo, można było puścić je wszędzie. Gdyby i w nich była ideologia, to wzięliby je co najwyżej na Kubie. No, przynajmniej, jeśli chodzi o późniejsze, te po 1955 r., gdy zaczęły powstawać normalne bajki. Bo wcześniej faktycznie ideologii było dużo, w ten sposób chciano indoktrynować dzieci.
Animacja w służbie socrealizmu
Studio Filmów Rysunkowych musiało częściowo realizować to zadanie. Takie były czasy. Amatorzy animacji i tak mogli mówić o prawdziwym cudzie w relacjach z władzą. W „Królach bajek” opisali to Talko i Vesely.
„Studio było niezwykłym, kolorowym ptakiem. Wszystkie instytucje w stalinowskiej Polsce zostały założone przez jakieś odgórne władze. (…) Tymczasem w Bielsku funkcjonowała wytwórnia filmów rysunkowych, która nie powstała z inicjatywy stosownych organów. (…) Studio nie tylko uparcie działało, ale do tego produkowało niezamówione przez nikogo filmy”.
Autorzy książki twierdzą, że studio miało wyjątkowe szczęście, bo urzędnicy po prostu nie wpadli na to, żeby zadać kilka stosownych pytań. Z góry założono, że skoro coś takiego istnieje, to ktoś na to pozwolił, bo na każde zajęcie potrzebne było pozwolenie.
O wytworzenie takiego wrażenia usilnie zabiegał też Zdzisław Lachur, który będąc na tyle śmiały, powoływał się na decyzje tak ważnych partyjniaków, że nikt nie ośmielił się potwierdzić u źródła, czy oni w ogóle o tym wiedzą.
O ile jednak Lachur był ekscentrykiem, wręcz filantropem, który rozdawał nie tylko zarobione pieniądze, ale też swoje dzieła i majątek, tak jego współpracownicy chcieli jednak zarobić na życie. Żeby to zrobić, nie wystarczyło udawać przyjaciół władzy, trzeba było się jej faktycznie przysłużyć. Tworzono więc animacje o zabarwieniu mocno propagandowym.
Ile było w tym wiary autorów w socrealizm, ile kunktatorstwa – tego się już nie dowiemy. Wiemy tylko, że początkowo mieli ogromny problem, żeby trafić w gust przedstawicieli PZPR.
Film o pastereczce, którą krasnoludki ratują przed złymi stworami (imitacja walki ZSRR z Trzecią Rzeszą), uznano za zbyt nachalny w przekazie. Podobnie potraktowano historię z „Traktora A1”, w której maszyna wspomina, jak przegoniła ze wsi złego gospodarza i założyła z „kolegami” po fachu spółdzielnię. Niewystarczająco dobra była nawet historia budowy domu towarowego we Wrocławiu, symbolu nowego budownictwa.
W dziesiątkę trafił dopiero Wacław Wajser, który w „Wilkach i niedźwiadkach” zaprezentował obywatelskie idee socjalizmu w przystępny sposób. Mama miś tłumaczy niedźwiadkom, że razem są silne, lecz w pojedynkę zje je wilk. Jedno z dzieci lekceważy połajankę i prawie trafia na talerz bestii. Niepokornego niedźwiadka ratuje reszta rodziny. W „Królach bajek” czytamy:
W jedności siła, jednostka sama do niczego nie dojdzie. (…) Władze partyjne były zachwycone, o taki właśnie przekaz chodziło. Dla nich misjami były kraje socjalistyczne, matką Związek Radziecki, wilkiem USA. Odtąd każdy film oglądano w taki sposób, jakby chodziło w nim tak naprawdę o co innego. (…) "Wilki i niedźwiadki" wyglądały przecież jak zwykła bajka dla dzieci.
Artystom było jednak ciężko. Już wtedy potrafili stworzyć dzieła, które imponują nawet dziś. Gdy pytam obecnych pracowników studia o ulubione produkcje, wymieniają np. doskonale zilustrowaną „Panią Twardowską”, hołd z okazji setnych urodzin Adama Mickiewicza, lecz w chwili powstania uznano to za film dla nikogo. Ani dla dorosłych, ani dla dzieci. W dodatku proces produkcji animacji był tak żmudny, że ich tematyka często nie pasowała już do aktualnego „przekazu dnia”.
Studiu przetrwać pomogła agitka „O nowe jutro”, w której walczą ze sobą postaci z propagandowych plakatów: kapitalistyczny krwiopijca i superbohaterowie socjalizmu, robotnicy. Jej twórca, Leszek Lorek, otrzymał za to nagrodę na festiwalu w Moskwie. Ale prawdziwy przewrót przyszedł z góry. Anonimowy działacz, znudzony kolejnym dobrym na wczoraj filmem, rzucił:
– Nawet ładnie się to wszystko rusza, towarzysze, ale politycznie to za późno. Pół roku to epoka, może zaczniecie coś dla dzieci robić?
Nie tylko Reksio. Arcydzieła bielskiej animacji
Sugestia trafiła na podatny grunt, lecz nie oznacza to, że całkowicie porzucono kino ambitne, adresowane do starszego widza. Przeciwnie – w „gablocie z trofeami” studia w Centrum OKO większość miejsca zajmują medale za dzieła adresowane do pełnoletniej publiki.
Mówiło się o Polskiej Szkole Animacji. Wszyscy patrzyli na Polskę, robiono filmy naprawdę wysokiej jakości, które podbijały świat. One były niszą u nas, ale zdobywały nagrody na festiwalach. Teraz przypominamy, że to były filmy różne, z pomysłem
– zachwyca się Bogusław Ochodek, który przeczesuje archiwum, żeby pokazać mi na przykładzie, o czym mówi.
Oglądamy „Jak wyginęły mamuty”. Potem „Makatki”. I jeszcze „Noworoczną noc”, absolutnie genialnie zrealizowane żartobliwe opowiadanie Jeremiego Przybory. Oraz „Marzenie”, erotyczną ilustrację, zbiór zdjęć pozującej nago modelki pod kompozycję słynnego Roberta Schumanna. Doświadczony archiwista przeskakuje między nieznanymi światu produkcjami z wyjątkową gracją. Sypie przy tym ciekawostkami.
Koziołka Matołka rozsławiło Studio Miniatur Filmowych z Warszawy, ale to w Bielsku powstał odcinek dozwolony od lat osiemnastu – „Koziołek Matołek contra Krwawy Joe”. Oglądamy fragment. Noże, pistolety, faktycznie krwawo. Potem skręcamy w stronę bajek, chluby Bielska-Białej. Pan Ochodek włącza „Koziołeczka”. Wspomina, że taśma była w fatalnym stanie, ale teraz widzę efekty rekonstrukcji, której poddawane są kolejne filmy.
Surowsze kary dla kierowców i nowe obowiązki pieszych. Słowacja zmienia prawo
– Próbujemy to wskrzesić, zrekonstruować. To są perełeczki. Mamy 6,5 tys. materiałów filmowych. Zawnioskowaliśmy o dotację do Ministerstwa Kultury, żebyśmy mogli skanować taśmy, bo w takiej formie nikt dziś filmu nie przyjmie. Kilkaset najbardziej chodliwych filmów już zrobiliśmy, ale proces rekonstrukcji jest czasochłonny, czas ucieka, filmy się starzeją, więc postanowiliśmy najpierw wszystko zdigitalizować. Siedemdziesiąt procent produkcji mamy już w formie cyfrowej – opowiada.
Obok nas cicho mruczy gigantyczny skaner. Kosztował milion złotych, pan Bogusław „zawsze o takim marzył”. Maszyna zajmuje trzecią część małego pokoju, w którym się znajdujemy, ale to, co „wypluwa” też trochę waży. Dziesięć minut zrekonstruowanej animacji to półtora terabajta danych. Odnowiony „Koziołeczek” wygląda jednak cudownie, żywo. Zachwyca dziś tak samo jak pół wieku temu, gdy jako pierwszy polski film animowany zdobył nagrodę na zachodzie – w Cannes.
„Koziołeczka” stworzył Lechosław Marszałek, który w ciągu następnej dekady będzie pracował także przy „Bolku i Lolku”. Seria będzie produkowana przez ponad dwadzieścia lat, przyniesie pierwszy polski film pełnometrażowy. Zabawy dzieci bronią nie podobały się Marszałkowi, który zrezygnował z udziału w produkcji tylko po to, żeby stworzyć kolejny hit – „Reksia”. Obie animacje były unikalne, bo trwały i trwały, w przeciwieństwie do innych serii, które urywały się po kilku, kilkunastu odcinkach.
– Skąd to się wzięło? Myślę, że z prostoty – uśmiecha się Bogusław Ochodek. – Reksio nie mówi, ale wszystko pokazuje, zachowuje się jak człowiek. Dla dziecka było ważne, że ten pies był bardzo ludzki.
Furorę „Bolka i Lolka” ma natomiast tłumaczyć normalność. Władysław Nehrebecki zaczerpnął pomysł na postacie braci z własnych czterech ścian. Obserwował synów, u których „raz było fajnie, raz niefajnie”.
– To nasze życie, my się tak samo zachowujemy. Dlatego to był strzał w dziesiątkę. Tak jak wyjście z akcją filmu na świat. Dla dzieci to był szok, dzięki filmom przenosiły się z mało kolorowego ówczesnego świata w krainę czarów – wspomina archiwista, który sam wychował się na tej bajce. – Reszta z kolei dostrzegała w „Bolku i Lolku” uniwersalne wartości. Szlachetność, poświęcenie, cechy, które odróżniają nas od zwierzęcego świata. Filmy promowały dobre zachowania – dodaje.
Dwa flagowe produkty Studia Filmów Rysunkowych okazały się tak dobre, że sprawiły wytwórni „problem”. W ich blasku ginęły inne, równie dobre produkcje. Gdy pytam Ochodka o najlepsze bajki, które nie zyskały rozgłosu, zaczyna wymieniać jedną za drugą.
– Bardzo pięknym serialem był „Marceli Szpak dziwi się światu”. Poetycki, dekoracje były robione na płótnie, malowane jak obraz. Piękna, plastyczna robota, mistrzostwo. „Miś Kudłatek” to jeden z najlepszych filmów dla małych dzieci. Totalnie edukacyjny: co wolno robić, czego nie wolno. Albo „Przygody Błękitnego Rycerzyka”. Jeden z ładniejszych filmów zrobionych w studiu, świetnie animowany, piękna muzyka. Takie „Czarne chmury” dla dzieci, rycerzyk walczy ze złem. Żałuję, że nie jest szerzej znany.
To właśnie Błękitny Rycerzyk najwięcej stracił na timingu premiery, zmuszony do rywalizacji ze szlagierami wytwórni. Uwagę na to zwraca także doktor Patryk Oczko, który docenia tę „spokojną, bardzo liryczną” serię. Sukces konkretnych produkcji to jednak coś więcej niż historie, które opowiadają. To też świetnie narysowane, charakterystyczne postacie, które wyróżniały się z tłumu. Próbowano przecież stworzyć inny serial o przygodach dwóch chłopców, ale nie chwycił.
– Zawsze dąży się do tego, żeby zapaść w pamięci, ale to trudne do przewidzenia. Przykładowo Profesor Filutek Zbigniewa Lengrena funkcjonował w „Przekroju”, ale przeniesienie go na ekran nie zadziałało. Rodzaj poczucia humoru rodem z prasowych historyjek nie sprawdził się na gruncie animacji. Tu ważne jest wykreowanie oryginalnego bohatera – wyrazistego, a jednocześnie prostego jeśli chodzi o formę plastyczną, a co za tym idzie animację. Bo aspekty ekonomiczne w przypadku serii zawsze były bardzo istotne – tłumaczy dr Oczko.
Przez wiele lat pozycję bohatera na rynku utrwalała dobranocka, która pozwalała niemal codziennie obcować z daną serią. Nieprzypadkowo jednak poszczególne postacie miały swoje znaki szczególne. Plamka Reksia, „karramba!” Don Pedro czy „ciao!” w połączeniu z kapeluszem Pampaliniego – to zabiegi celowe.
– Podejmowano różne próby stworzenia postaci, która utrzyma się przez lata i będzie kołem zamachowym wytwórni, jak u Disneya. To jednak wielka zagadka. Przykładowo Lechosław Marszałek nie planował przecież serii o Reksiu, tylko pojedynczy film „Reksio poliglota” z 1967 r. Pierwsza animacja dostała nagrodę, druga też i tak powstała seria. Reksio z pierwszego filmu wygląda zresztą nieco inaczej niż ten, którego znamy z późniejszych odcinków. Jest surowy w formie, daleki od „wygładzonej wersji z lat 70. i 80. – mówi Patryk Oczko.
Bielskie studio to marka, która trwa
Co bardziej zaważyło na sukcesie Studia Filmów Rysunkowych? To, że doczekało się flagowców, czy to, że obok nich wypuszczano dziesiątki równie dobrych animacji? Jedno ma wpływ na drugie, bo przy takiej liczbie kapitalnych produkcji któraś w końcu musiała zachwycić. Warto też pamiętać o renomie wytwórni, która otwierała wiele drzwi.
Przez lata istnienia wytwórni chętnie współpracowali z nią artyści z najwyższej półki, jak Jan Lenica, twórca polskiej szkoły plakatu. Jan Brzechwa pisał dla studia scenariusze. Może mniej znaną publice, ale zasłużoną dla świata sztuki postacią pracującą dla studia był też ilustrator Jan Marcin Szancer. Jerzy Nel, który napisał Eugeniuszowi Bodo hit „Już taki jestem zimny drań” też działał w Bielsku-Białej.
W 1955 roku muzykę do „Pani Twardowskiej” skomponował Zbigniew Turski, czyli muzyczny złoty medalista igrzysk olimpijskich w Londynie. Słynnych kompozytorów było więcej – Krzysztofowie Komeda i Penderecki też tworzyli dla studia. Potem udzielały się przy nim gwiazdy polskiej popkultury. Wydana niedawno płyta „The Best of” z muzyką z bajek zawiera wokale Alibabek, Piotra Fronczewskiego czy nawet Andrzeja Zauchy. Album doczekał się nagrody Fryderyka. Teledyski kręcili tu Kora czy Klaus Mitffoch.
– Kora zgłosiła się sama – mówi Bogusław Ochodek i odnajduje na dysku „Się ściemnia” Maanamu. – W budynku, którego już nie ma, była duża sala zdjęciowa. Przyszła tam i do nocy nagrywała, robili jej zdjęcia. Na ich podstawie powstała animacja i to był naprawdę wielki wyczyn. Studio miało wtedy swoją renomę. Cała elita kulturalno-plastyczno-dźwiękowa coś tutaj robiła – wspomina.
Ochodek wspomina też, jak na możliwość powstania animacji na podstawie swojego opowiadania cieszył się Stanisław Lem, dzięki czemu powstała barwna „Maszyna Trurla”. W późniejszych latach Studio Filmów Rysunkowych współpracowało też z potentatem – Hanna Barbera.
Fakt, że ten epizod na końcu odbił się czkawką, przyczynił się do tego, że studio podupadło i straciło najlepszych pracowników, ale w Bielsku-Białej mogą się pochwalić, że dołożyli cegiełkę (czy bardziej kreskę) do sukcesu „Flintstonów”. Do miasta trafił też nowy, lepszy sprzęt do robienia filmów.
Animacje studia wciąż zachwycały, jak pełnometrażowe „Porwanie w Tiutiurlistanie” czy „Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie” albo wyświetlane na małym ekranie „Bajki pana Bałagana” i „Między nami bocianami”. Wspominając zmianę ustroju, Bogusław Ochodek nie kryje jednak, że największym sukcesem było przetrwanie studia. Dawne wielkie marki zniknęły z rynku, a przecież łódzki Se-Ma-For zdobył Oscara nie tylko w latach 80. za „Tango”, ale i niedawno, za współpracę przy „Piotrusiu i wilku”.
Rynek się zmieniał. W kinach pojawiły się reklamy komercyjne, prywatny biznes stawiał przychody nad promocję kultury. W podobny sposób zaczęła zachowywać się także państwowa telewizja. Liczba zamówień TVP malała, rodzime dzieła zostały wyparte przez tańsze zachodnie produkcje. Nie trzeba było składać się na ich powstanie, wystarczyło kupić gotowy produkt.
– Nie ma co ukrywać, animacja jest droga. Polski Instytut Sztuki Filmowej ma wydzielony budżet na wsparcie animacji, ale on nie sfinansuje nawet jednej serii. Wsparcia biznesu, które funkcjonuje na przykład we Francji, w Polsce nie ma. Znaleźliśmy niszę, pozyskujemy dotacje celowe na konkretne bajki. Naszym celem jest edukacja, dlatego przy obecnych mocach przerobowych nie angażujemy się w komercyjne projekty, za to wspieramy takie, które niosą jakieś wartości społeczne – tłumaczy mi Karolina Rudnicka, zastępca dyrektora studia.
Wiele osób ze środowiska uważa, że to podejście TVP i kolejnych rządów, które nie interesowały się spuścizną poszczególnych wytwórni, pociągnęło polską animację w dół. Mieliśmy unikalny produkt, którego treść nie zdezaktualizowała się mimo upływu lat, lecz sięgnęliśmy po błyskotkę z Zachodu bez zastanowienia nad tym, czy to faktycznie dobre dla młodszych pokoleń, które w nowych produkcjach są narażone na zbyt wiele bodźców, w dodatku bez waloru edukacyjnego.
Gdy w 2015 r. wytwórnia w końcu stała się państwową instytucją kultury, zyskała finansowy oddech i spokój, ale to nie wystarcza, żeby produkować pełną parą. W Bielsku-Białej w ostatnich latach powstały tylko dwie serie: „Kuba i Śruba” oraz „Baczne Oczka”. Studio niedawno nabyło też prawa do „Kociej Szajki”. O tym, że w Polsce wciąż jest zapotrzebowanie na rodzime animacje, świadczą produkcje EGoFILM – „Kicia Kocia” odniosła ogromny sukces, „Kajko i Kokosz” trafił na Netfliksa.
Studio Filmów Rysunkowych obecnie sprzedaje produkcje do Gminnych lub Miejskich Ośrodków Kultury, starając się z nimi docierać do mniejszych miejscowości. Od kilku lat, gdy powstało Centrum OKO, wiele kręci się wokół tego „muzeum”. W cudzysłowie, bo twórcy podkreślają, że to coś więcej niż zbiór ekspozycji. W centrum można nie tylko poznać historię animacji, ale też stworzyć własną bajkę, zagrać w quizy, aktywnie poznawać tajemnice filmu.
– Powstanie Centrum OKO było związane z ogromnym zainteresowaniem odwiedzinami Studia. Oprowadzanie dużych grup między czynnymi pracowniami było problematyczne i mało komfortowe dla gości. Teraz mamy swoje miejsce, w którym możemy to wszystko pokazać większej publiczności – podkreśla dyrektor Rudnicka.
Jarosław Ciołek mówi mi, że najlepszym przewodnikiem po takim miejscu są rodzice, dziadkowie, z którymi można odkrywać świat ich dzieciństwa. Sprawdza się zawsze, bo dorosłym udziela się nostalgia i klimat tego miejsca. Dzięki temu Studio zarabia na bieżące potrzeby.
Przed seansem i wykładem doktora Oczki słyszę, jak lokalsi z uznaniem opowiadają o pomyśle na to miejsce, zaznaczając, że spodziewali się niewypału, lecz zostali mile zaskoczeni. W Bielsku-Białej przywiązanie do bajkowych postaci jest ogromne. Co prawda, na początku wieku Bolek i Lolek przegrali konkurs na symbol miasta, ulegając fiatowi 126p, ale od tamtej pory na ulicach pojawiło się wiele filmowych nawiązań.
Pierwszy był Reksio, który stanął przy fontannach, potem przy galerii pojawili się słynni bracia. Następnie nieopodal ratusza pokazali się Pampalini z hipopotamem, a miejscowy plac ozdobili Smok Wawelski i Bartolini Bartłomiej. Wreszcie serię pomników wieńczy rzeźba Don Pedro. Bajkowe postacie machają też do nas z murali. Kto wie, może jak maluch doczekają się też swojej knajpki w mieście? W Genk można przecież zjeść ciasto „smerfetkę”, nazwane tak na cześć bohaterów belgijskiej animacji.
Studio bowiem, obok marzeń o wykreowaniu nowych postaci, marzy też o tym, żeby rozpoznawalność kultowych kreacji wciąż rosła. Nadrabianie straconego czasu to nie tylko digitalizacja zasobów, ale też praca nad rozwojem przykurzonej marki. W sklepie na terenie Centrum OKO znajdziemy już sporo gadżetów. Kto wychował się na „Porwaniu Baltazara Gąbki”, ten nie odmówi sobie magnesu czy skarpetek ze Szpiegiem z Krainy Dreszczowców. Przynajmniej ja ich sobie nie odmówiłem.
W kolekcji mam też produkty powstałe w kooperacji z marką odzieżową Bytom, w której sprzedawano np. T-shirty z Pampalinim. Kolekcja cieszyła się sporym uznaniem. Takich pamiątek byłoby nawet więcej, ale nie wszystko jest takie proste.
– W latach, w których powstawały nasze animacje, prawa autorskie były rozumiane inaczej, nikt nie interesował się zabezpieczeniem pełni praw dla wytwórni. Ich obecna sytuacja jest więc skomplikowana, często należą do rodzin twórców, nie do studia, co utrudnia wiele tematów – przyznaje Karolina Rudnicka.
Na przestrzeni lat i tak jednak powstawało sporo produktów, które utrwalały bohaterów dzieciństwa wielu przecież pokoleń. Reksio czy Bolek i Lolek doczekali się nie tylko książek i gadżetów, ale nawet gier komputerowych, w których wcielają się w poszukiwaniu skarbów lub rywalizują w dyscyplinach olimpijskich. Bogusław Ochodek twierdzi, że te postacie stworzyły własną, silną markę.
Jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie po Chopinie czy Janie Pawle II – zapewnia. – Gdyby pan pojechał do Iraku i Iranu, zdziwiłby się pan, że z tym kojarzy im się Polska. Sam wielokrotnie wysyłałem tam filmy, a wszystkie firmy, które budowały tam drogi, fabryki, przywoziły ze sobą z Polski animacje.
Jarosław Ciołek uważa, że rosnąca popularność Centrum OKO tylko to potwierdza. Kto wie, może moda na bohaterów dawnych animacji znów opanuje Polskę i poniesie się po świecie, sprawiając, że nasz kraj będzie się kojarzył z Reksiem, tak jak Krecik kojarzy się z Czechami?
Może na każdym lotnisku w kraju będzie można kupić maskotki Bolka i Lolka tak, jak w całej Skandynawii można sprawić sobie pluszowego Muminka? Byłoby miło, bo mamy się czym chwalić.

