Reklama
Kultura

Trochę straszny, trochę śmieszny. Jan Frycz był większy niż polskie kino

Gangster Dario, uwodziciel Bazakbal, wampir Regis oraz ci, których przedstawiać nie trzeba: Faust, Król Lear, Marek Antoniusz, Edyp… Twarze i głosy Jana Frycza układają się w nostalgiczną kronikę polskiej kultury. No i majonez – facet jadł majonez tak, że ręce same składały się do oklasków.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 20:05
7 min
Jan Frycz w spektaklu "Tango" Sławomira Mrożka, reż. Jerzy Jarocki, Teatr TVP, 2012 (fot. Justyna Rojek / East News)

Dwóch podejrzanych typów kisi się w nagrzanym samochodzie. Jeden, grany przez Jana Frycza, pałaszuje bułkę – mięso wygląda, jakby przed chwilą ganiało po dachu, majonez cieknie mu po palcach. Drugi, Krzysztof Globisz z sumiastym wąsem, suszy koledze głowę. „Uważaj, k...a, żeby ci ten majonez nie skapnął” – syczy. „Żebyś mi tu tapicerki nie uświnił” – grozi. „Jak ty to możesz w ogóle jeść?” – pyta.  

Wreszcie, sfrustrowany, wytacza najcięższe działa i mówi w trzeciej osobie: „Uważa się za światowca, do taniej knajpy nie wejdzie”. Odpowiedź, udzielona przez Frycza z firmową mieszanką nonszalancji oraz irytacji w głosie, to żywa poezja i precyzja języka: „Bo ja i to, i to lubię”.

Bo ja i to, i to lubię! Cóż za piękna metafora artystycznej drogi aktora.

Jan Frycz faktycznie lubił i to, i tamto, i jeszcze coś innego. W trwającej blisko pół wieku karierze pomieścił najróżniejsze konwencje, nastroje oraz filozofie sztuki. Grywał przegranych ojców, mściwych gangsterów, nieuleczalnych romantyków, a nawet zasuszone wampiry. Zawsze z tym samym rodzajem finezji, dzięki której za cieniutką membraną spokoju buzowały najgwałtowniejsze emocje.    

Reklama
Reklama

Jan Frycz nie żyje. Aktor miał 72 lata

„Egoiści”, „Pręgi”, „Pożegnanie jesieni” – role przez wielkie R 

Aktorstwo Jana Frycza było lustrem znacznej części historii polskiego kina. Debiutował w latach 70. w norwesko-polskiej „Dagny” Haakona Sandøya – biografii słynnej dramaturżki Dagny Juel. Wagę epizodycznej roli drukarza magazynu „Życie” nadało przede wszystkim doborowe towarzystwo. Na ekranie błyszczeli Daniel Olbrychski, Olgierd Łukaszewicz i Maciej Englert. 

Podobnego rodzaju szlify aktor zebrał później u Lecha Majewskiego w „Rycerzu”, u Sylwestra Chęcińskiego w kultowym „Wielkim Szu” oraz u Andrzeja Żuławskiego w słynnym, niedokończonym eposie science-fiction ‚„Na Srebrnym Globie”. 

Nie mrugaj, to go nie przegapisz! Małe rólki i epizodyczne występy Frycza z tego okresu stanowią dziś interesującą kodę jego całej twórczości. Na długo przed śmiercią aktor, bez szczególnych starań, uszlachetniał każdy, nawet najsłabszy film. I jeśli spytacie mnie o dobry powód, by obejrzeć bulwarowe komedyjki w rodzaju „Och, Karol 2” Piotra Wereśniaka lub „Tylko mnie kochaj” Ryszarda Zatorskiego, to najpierw zrobię pauzę, żebyście mieli czas na zmianę zdania. A później, bez wahania, wyciągnę z rękawa Frycza.  

W latach 90. i u progu nowego tysiąclecia było go na wielkim ekranie coraz więcej. Z kolei jego artystyczne poszukiwania układały się w katalog mistrzowskich ról drugoplanowych. Był fantastyczny w „Egoistach” Mariusza Trelińskiego – cyniczny homoseksualista Filip to w jego interpretacji żywy portret samotności oraz rebelianckiej niezgody na świat. Apodyktyczny ojciec z „Pręg” Magdaleny Piekorz (na podstawie „Gnoja” Wojciecha Kuczoka) wyprzedzał z kolei o dobre dwie dekady wstrząsające obrazy kruszejącej męskości – z bohaterem „Domu dobrego” Wojtka Smarzowskiego na czele. 

Reklama
Reklama

Wzruszające pożegnanie Frycza. „Byłem pewien, że spotkamy się jeszcze wielokrotnie”

Nie wyobrażam sobie kina przełomu wieków bez „Tam i z powrotem” Wojciecha Wójcika. Natomiast okresu transformacji – bez „Pożegnania jesieni” Mariusza Trelińskiego na podstawie Stanisława Ignacego Witkiewicza. W tym pierwszym filmie Frycz zaklął narodową fantazję o ucieczce na Zachód w roli kojarzącej się z kinem Jean Pierre’a Melville’a. W tym drugim odmalował Atanazego Bazakbala w zgodzie z literą prozy Witkacego, w całym jego dekadenckim majestacie. 

O równoległej karierze teatralnej mógłbym pisać przed kolejne tygodnie i nie starczyłoby miejsca w internecie. Poniedziałek – król Lear. Wtorek – Faust. Środa – Marek Antoniusz i Mozart. Samo gęste, od Bułhakowa i Szekspira, przez Mrożka i Mickiewicza, po Czechowa i Tołstoja. Gdy zastała nas wiadomość o jego śmierci, pracował nad kolejnym spektaklem. Rozpoczął próby do „Orestei” Luka Percevala. 

Dario. I wszystko jasne 

Gangster Dario z adaptacji „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka to w moim przekonaniu najważniejsza serialowa rola ubiegłej dekady. Ileż postaci spotkało się w tym napiętym, wiecznie gotowym do ataku ciele. Ileż duchów zamieszkało pod łysą czaszką. Z jednej strony – profesor ze starej gangsterskiej szkoły. Z drugiej – rozbijający kruche sojusze i społeczne struktury „agent chaosu” w typie komiksowego Jokera. Z trzeciej – skomplikowany facet odsłaniający prawdziwą naturę niezbyt skomplikowanego świata. 

Reklama
Reklama

Żeby ogłuszyć i zdezorientować widza, Frycz nie potrzebował młotka. W aktorskiej skrzyneczce miał znacznie subtelniejsze narzędzia. Jedno spojrzenie, wymowna pauza, ledwie zauważalna zmiana tonu i już widzieliśmy na ekranie ten szczególny rodzaj „miękkiego” autorytetu. Tubalny głos odpowiednio dociążał zdania, a za kamiennym obliczem często szalały wielkie namiętności. 

W czasach, gdy polskie kino dopiero uczyło się pisać i mówić „ulicą”, Frycz był bezdyskusyjnym mistrzem lekkiej, wiarygodnej, potoczystej frazy.

Nawet gdy scenarzyści podkładali mu nogę, a kino „szeleściło” tak, że uszy więdły, on jeden zdawał się wiedzieć, w jaki sposób rozmawiają ze sobą prawdziwi ludzie. 

Układanie konkretnych ról w tematyczne wzorki i łańcuszki to częsta pułapka w krytyce filmowej. Nie da się jednak pisać o Fryczu bez wracania pamięcią do wszystkich przetrąconych mężczyzn, próbujących znaleźć w swoim życiu jakiś punkt odniesienia – od zapijaczonego kolegi Adasia Miauczynskiego z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego, po męża Judyty z „Nigdy w życiu” Marka Koterskiego.

Frycz uruchamiał w nas skrajne emocje, uderzał w kontrastowe tony. Podziw, strach, odraza, współczucie. Wszystko wszędzie naraz. Nawet w dubbingu, gdzie błyszczał w rolach nieoczywistych czarnych charakterów – Thanosa w „Avengers”, kapitana Salazara w „Piratach z Karaibów” i wampira Regisa w wiedźmińskiej „Krwi i winie”. 

Reklama
Reklama

Jan Frycz nie żyje. Za te role pokochali go widzowie

Jan Frycz. Pan Aktor 

Dyskusje o Fryczu zostaną najpewniej usypane ze skrawków jego codzienności. Ze wspomnień o dorastaniu pod komunistycznym butem; z refleksji na temat Kościoła i polityki; z fragmentów kroniki jego skomplikowanego życia rodzinnego. Nie twierdzę, że nie są to interesujące tematy. Myślę natomiast, że otwieranie twórczości kluczem biograficznym zawsze jest drogą na skróty. 

Frycz był jednym z niewielu aktorów odpornych na podobne narracje. Ten sam rodzaj autorytetu, dzięki któremu rozsadzał ekran w adaptacjach literackiej klasyki i głupawych komediach romantycznych, pozwalał nam dostrzegać w nim przede wszystkim aktora. Projektować na niego profesjonalizm utożsamiany z pewnością siebie, emocjonalnym chłodem i trudną do zdefiniowania surowością. 

Uważam, że właśnie w tej optyce – zapewne błędnej i uproszczonej – tkwi jedna z przyczyn jego sukcesu.

Kiedy Frycz wsuwa tę kanapkę z mięsem i majonezem, nie tylko gra każdego z nas, ale też jest w tej roli świetny. A uważał się za światowca, do taniej knajpy by nie wszedł…

Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz