Słowa ministra są w zasadzie jeszcze bardziej zabawne, że minister miał nawet jakieś argumenty za swoim stanowiskiem. Tylko że to były argumenty tzw. Instytutu Danych Z – i tu się domyślcie, skąd.
Ludowiec swoje zdanie podparł w każdym razie dwoma argumentami. Pierwszy z nich to założenie, że cena ropy nie przekroczy 100 dol. za baryłkę. No więc – nie przekroczyła, w momencie pisania tekstu oscyluje w granicach 90 dol. za baryłkę. Coś nie zagrało, bo internauci pokazują zdjęcia z całego kraju, gdzie diesel już przebił 7 zł. I to nie 7,o1 zł, tylko np. 7,39 zł.
Drugi to natomiast reakcja Orlenu, który miałby obniżyć swoją marżę. – Zbliżamy się do granicy cenowej, gdzie obniżenie marży (Orlenu – red.) byłoby możliwe – stwierdził.
Teraz należy dodać, że Motyka jako minister energii ma dokładnie żaden wpływ na Orlen. Państwowy gigant podlega bowiem pod kolegę Motyki, ministra aktywów państwowych. To sytuacja podobna do takiej, w której ja bym powiedział, że chleb potanieje w piekarni na rogu, bo piekarz z dobroci serca dołoży do interesu mimo drożejącej mąki przez suszę. Oczywiście chłop zna mnie tylko z kolejki.
Odwieczna polska polityczna tradycja
Na jego obronę – obniżenie marży zasugerował także premier Tusk. Ale premier ma wielkie doświadczenie w opowiadaniu o cenach paliwa. Zanim przejął władzę, obiecywał benzynę po 5,19 zł. Udało się po dwóch latach, zapewne na chwilę, na jakiejś jednej stacji, i zapewne w sumie przypadkiem. Ale zdążył dodać tweeta.
Premier zresztą nie pochwalił się wtedy, gdzie znajduje się ta mityczna stacja. I nie dziwne, bo został rozsmarowany przez media branżowe, które informowały, że ceny są znacznie wyższe.
Nie chcę się jednak szczególnie pastwić nad Tuskiem. Kierowcy pamiętają konferencję prasową z 2011 r. Jarosława Kaczyńskiego, który pozował z kanistrem benzyny i nawoływał do obniżenia akcyzy. Oczywiście to za rządów PiS Orlen – pod batutą Daniela Obajtka – został maszynką do robienia pieniędzy. Kierowców doi się najlepiej od zawsze.
Wpływ przeciętnego polskiego polityka na ceny na stacji jest zerowy
Nie rozumiem kompletnie czegoś innego. Dlaczego politycy w Polsce tak chętnie obiecują niskie ceny paliwa. Oczywiście, teoretycznie państwo ma gigantyczny wpływ na cenę paliwa, bo akcyza, VAT, opłata emisyjna i paliwowa to mniej więcej połowa ceny końcowej tego produktu. Tylko w teorii.
A teraz teoria kontra praktyka. Zauważę, że minister Motyka zaproponował obniżenie marży. Teraz są dwie drogi. Albo minister użył skrótu myślowego i pomylił marżę z np. akcyzą, co w sumie źle o nim świadczy, albo naprawdę zaproponował obniżenie marży przez stacje benzynowe Orlenu. Co też o nim świadczy, bo marża stacji to grosze w kontekście całościowej ceny paliwa. Czytaj: to nie da kompletnie nic. Ale można chwilę mydlić ludziom oczy.
Skłaniam się ku tej drugiej opcji, bo żaden rząd dobrowolnie nie zrezygnuje z miliardów złotych od Orlenu.
Ale to tylko dygresja. Fakty są takie, że Polska jako producent ropy naftowej właściwie nie istnieje. Jest zależna od szeregu czynników. Od decyzji kartelu OPEC. Od łańcuchów dostaw. Od kursu dolara. Wreszcie nawet od spekulantów giełdowych. Nawet oni mają do powiedzenia na temat ceny ropy więcej niż minister Motyka.
A mimo to politycy w Polsce tak chętnie wystawiają się na pośmiewisko i dywagują nad cenami paliw, na który ich wpływ jest mizerny. Nie potrafię tego pojąć. Nawet jakby rząd chciał serio pomóc kierowcom, to zmiana cen paliw w ostatnich dobach pokazuje jasno, że rynek działa znacznie, ale to znacznie szybciej niż polski rząd.
Nie jestem tym nawet zaskoczony. Tylko po co to wszystko?
Cała nadzieja w Skolimie. Na jego stacji olej napędowy jest daleko od granicy siedmiu złotych, a benzyna dopiero zbliża się do sześciu złotych. Nie czekał z obniżeniem marży, pochwalił się, że na litrze zarabia dwa grosze.

