Pod koniec 2024 r., podczas Krynica Forum, prowadziłem debatę z udziałem Mateusza Morawieckiego, Krzysztofa Bosaka i Jana Rokity. Panel dotyczył tożsamości polskiej prawicy oraz zmian, jakie przed nią stoją. Warto dziś wrócić do tej dyskusji, by lepiej zrozumieć, kim naprawdę jest Mateusz Morawiecki i jaką wizję polskiej prawicy chce realizować.
Los w naszych rękach
Dopiero wtedy można spróbować odpowiedzieć na pytanie, które dziś zadają sobie wszyscy: jaki jest potencjał nowego projektu politycznego byłego premiera, realizowanego już poza Prawem i Sprawiedliwością?
Pod koniec wspomnianej debaty Morawiecki przyznał, że pod pewnymi względami jest mu blisko do herezji pelagiańskiej. Pamiętam moje zdziwienie, gdy były premier otwarcie przyznał się do bycia heretykiem.
Pelagianizm to wczesnochrześcijańska interpretacja Chrystusowego orędzia, którą można sprowadzić do przekonania, że człowiek może sam siebie zbawić. Wyraża głęboką wiarę w to, że od osobistych zasług i starań zależy niemal w całości los człowieka.
Zobacz także: Sądny tydzień dla prawej strony. Mentzen postanowił nie wykorzystać szansy
Istnieją różne herezje, które uwidaczniają się w polityce, jednak pelagianizm spośród nich wydaje mi się najmniej szkodliwy. W końcu przekonanie polityka, że jest w stanie – cytując Brzozowskiego – „zużywać siebie i stwarzać świat", może pomagać w działaniu, zwłaszcza pod dużą presją i w sytuacjach pozornie bez wyjścia. A w takiej sytuacji znalazł się przecież dziś sam Morawiecki.
Dla mnie Morawiecki jest jednak heretykiem innego rodzaju – i to w dobrym znaczeniu tego słowa. Jest heretykiem polskiej prawicy. Sądzę, że niezależnie od największych bzdur, które będą teraz opowiadać o byłym premierze jego przeciwnicy, nie sposób zaprzeczyć, że Mateusz Morawiecki ma serce po prawej stronie.
Przeszłość w Solidarności Walczącej, idący za nią szczery antykomunizm, konserwatywne przekonania obyczajowe oraz podkreślanie roli rodziny i chrześcijaństwa dla wspólnoty – to nie tylko maska zakładana na potrzeby funkcjonowania od lat w środowisku PiS.
Nie można zakrywać oczu
Morawieckiego od twardego rdzenia PiS odróżnia jednak stosunek do nowoczesności. W Krynicy mówił, że jeśli prawica chce odzyskać władzę, nie może być jedynie żywiołem negatywnym, który w imię wierności swojej narodowej i konserwatywnej tożsamości będzie potępiał w czambuł globalizację, Unię Europejską i imigrację.
Sprzeciw wobec negatywnych trendów jest konieczny, ale prawica potrzebuje drugiego skrzydła – aspiracyjnego. Przekonywał, że musi umieć rozpychać się na salonach światowej polityki, znać realia współczesnej gospodarki i jej globalnych współzależności.
Prawdziwy suwerenizm nie może zakrywać oczu na prosty fakt – w warunkach XXI wieku na wyższy poziom podmiotowości politycznej można wejść przede wszystkim dzięki mądrej polityce gospodarczej. Populistyczna wściekłość na Unię Europejską, aż po postulaty polexitu, jest – zdaniem Morawieckiego – drogą, która przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego, przynosząc nie więcej, lecz mniej niezależności. Zgadzam się z takim rozumowaniem.
Podczas tej samej debaty Krzysztof Bosak trafnie punktował jednak błędy rządu Morawieckiego. Rozrysował mapę głównych sporów między byłym premierem a Konfederacją. Zwracał uwagę na naiwność wobec Unii Europejskiej, błędną politykę imigracyjną, niektóre aspekty polityki prowadzonej w czasie pandemii oraz technokratyczny język obliczony na pozyskanie centrowych wyborców, który ostatecznie niewiele dał, ponieważ PiS w 2023 r. nie miał żadnej zdolności koalicyjnej.
Dwie twarze
Mateusz Morawiecki łączy w sobie obie te twarze – zarówno szczerego prawicowca, jak i polityka otwartego na centrum. I nie wynika to wyłącznie z taktyki politycznej. Jak trafnie ujął to Jan Rokita w Krynicy, podział ten przebiega przez środek głowy samego Morawieckiego.
Co więcej, właśnie dzięki tym dwóm twarzom Morawiecki ma szansę przesunąć polską prawicę na bardziej modernizatorskie tory. Obie Konfederacje i PiS, który coraz częściej je naśladuje, niezwykle rzadko proponują odważne reformy. Morawiecki, który z rozwoju uczynił swoje główne hasło, ma ambicję wypełnić tę lukę.
Przeczytaj również: Dawid Kacprzyk, przegapiony zawał i śmierć w szpitalu
Realny problem Mateusza Morawieckiego polegał jednak na tym, że w sytuacjach, gdy stawał pod ścianą, zamiast swojej prawicowej tożsamości wybierał tę centrową. W warunkach polityki europejskiej kończyło się to na przykład brakiem wystarczającej asertywności.
Polska prawica potrzebuje jednak tej aspiracyjnej i odpowiedzialnej gospodarczo twarzy, aby odzyskać zdolność do sprawowania rządów. Odłam aspiracyjny – bardziej umiarkowany i pozbawiony rewolucyjnej retoryki – był, jest i będzie na prawicy mniejszościowy, ale pozostaje niezbędny.
Paradoks sytuacji
Wyrzucenie około czterdziestu podobnie myślących parlamentarzystów z PiS jest w gruncie rzeczy deklaracją niepodległości innego oblicza polskiej prawicy. I w tym tkwi największy paradoks obecnej sytuacji – to, co twardy rdzeń PiS nazywa zdradą „morawiecczyków", może całemu obozowi prawicowemu pomóc w odebraniu władzy Donaldowi Tuskowi.
W sytuacji, w której PiS, dzięki nominacji Przemysława Czarnka i dużej aktywności tzw. maślarzy, upodobnił swoją retorykę do obu Konfederacji, uzupełniając ją jeszcze wiernopoddańczymi gestami wobec Stanów Zjednoczonych, Mateusz Morawiecki właściwie nie miał wyjścia – musiał odejść.
Były premier podjął bardzo ryzykowną grę. W najbliższych miesiącach będziemy obserwować proces istotny nie tylko dla niego samego, lecz także dla całej polskiej prawicy. Zobaczymy, czy prawicowa herezja głoszona przez Morawieckiego znajdzie swoich zwolenników, czy też spłonie na politycznym stosie, wyklęta za środowiskową zdradę.


