Rozstania nigdy nie są łatwe. Jeżeli z jakiegoś powodu są łatwe, to albo realne rozstanie nastąpiło już wcześniej, albo tak naprawdę nie było żadnej więzi, która rozstania by wymagała.
Szczególnie trudne są rozstania w związkach wieloletnich, nawet tych nieformalnych. Na ich trud składa się wiele czynników: niechęć do zranienia drugiej osoby, niepewność wobec przyszłości, czy nawet, a często przede wszystkim obawa przed reakcją społeczeństwa.
Sposobów na zerwanie nie ma zbyt wiele, zwłaszcza wśród tych zlęknionych. Wielokrotnie czekają oni, aż to druga strona wykona ruch. W takim przypadku wszystko jest znacznie łatwiejsze, a i później można innym mówić, że jest się tą biedną ofiarą, którą bezpardonowo rzucono.
Tak więc stało się: Mateusz Morawiecki i jego stronnicy zostali rzuceni.
Mateusz Morawiecki poza Prawem i Sprawiedliwością
Budowanie fundamentów pod rzucenie – lub poprawniej: wyrzucenie – trwało długimi miesiącami. Najpierw były kłótnie o to, kogo Jarosław Kaczyński namaści na kandydata na premiera. Partyjni zwolennicy byłego premiera byli przekonani, że wybór jest tylko jeden. Podobnego przekonania, lecz z nieco innym wnioskiem, byli jego przeciwnicy. Wybór padł na Przemysława Czarnka. Harcerze, bo taki przydomek zyskali ludzie Morawieckiego, nigdy tego nie wybaczyli.
Remedium na problemy harcerzy miało stać się stowarzyszenie Rozwój Plus – w jego ramach organizować się mieli ci, którym po drodze jest z Prawem i Sprawiedliwością, ale nieco mniej z jego wizją pod wodzą Czarnka. To jednak także okazało się za wiele dla głównego aparatu partii. Najpierw więc powołano drugie, sprzyjające kandydatowi na premiera stowarzyszenie z Jackiem Sasinem na czele, a potem w ogóle zakazano jakiegokolwiek zrzeszania się poza ugrupowaniem i nakazano likwidację obu organów.
Morawiecki nie chciał się na to zgodzić. Zeszłotygodniowe ultimatum postawione przez Kaczyńskiego i dające politykom czas do północy z czwartku na piątek na rezygnację z członkostwa w Rozwój Plus okazało się za słabe – lub wręcz przeciwnie: za mocne.
Dostosował się do niego jedynie Daniel Obajtek, co nie powinno nikogo wielce dziwić. Są w życiu każdego rzeczy ważne i ważniejsze.
O współpracy Morawieckiego i PiS jeszcze usłyszmy
Nie pomogły nawet zorganizowane w czwartek w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej rozmowy w cztery oczy między Morawieckim a Kaczyńskim, choć tutaj powodem mogło być to, że niespodziewane pojawienie się przy negocjacyjnym stole Jacka Sasina rozproszyło byłego premiera na tyle, że nie wiedział, z kim ma w te cztery oczy rozmawiać.
Deklaracji o rezygnacji z członkostwa w stowarzyszeniu nie złożyło kilkudziesięciu posłów, europosłów i senatorów, toteż w piątkowe południe Kaczyński ogłosił: – Fakt jest oczywisty. Wszyscy wiedzieli, co mają podpisać, i jednocześnie wszyscy wiedzieli, jakie są skutki niepodpisania. Podjęli taką decyzję, jaką podjęli. W żadnym wypadku nie chcemy się rozstawać w atmosferze niechęci czy tym bardziej jakichś silniejszych negatywnych uczuć. Po prostu tak się to ułożyło.
Czytaj też: Rozstanie, ale tylko na chwilę. Zdaniem Prusinowskiego najdalej za rok PiS się zjednoczy
Problem w tym, że ani Kaczyński, ani Morawiecki nie mieli innego wyboru. Musieli się rozstać. Z jednej strony maślarze – Czarnek, Sasin, ale i Patryk Jaki czy Tobiasz Bocheński – nie pozwoliliby ekspremierowi na wzmacnianie się, mogąc przy takiej ewentualności samemu spróbować opuścić partię. Z drugiej – Morawiecki nie mógłby się zgodzić na marginalizowanie swojego środowiska, które groziłoby w perspektywie pozbawieniem go dobrych miejsc na listach przy przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Ale tak samo, jak Kaczyński i Morawiecki nie mieli wyboru i musieli się rozstać, tak i bez większego wyboru będą musieli ze sobą jeszcze współpracować. Pytanie brzmi jednak, w jakiej formie i w którym momencie – przed wyborami czy po nich.
W tym przypadku wszystko zależeć będzie od sondaży. Jeżeli faktycznie byłemu premierowi uda się uzbierać przebijające próg wyborczy kilka proc. poparcia, zyskując je kosztem PiS, ludowców czy obu konfederacji, wtedy współpraca może nastąpić już na etapie tworzenia list. W końcu nie od dziś wiadomo, że polska ordynacja premiuje większych.
Jeśli jednak okaże się, że przebicie progu wyborczego może stanowić dla Morawieckiego wyzwanie, niech Bóg ma go w swojej opiece, bo nic innego nie będzie mogło go uchronić przed zemstą Kaczyńskiego, który najpierw poczeka na jego spokojne wykrwawienie, a potem, jak na wyrachowanego polityka przystało, przyjmie go i innych uciekinierów znów w ramiona ugrupowania, degradując ich do roli niewiele znaczących, szeregowych posłów. I nie będzie to jego pierwszy tego typu manewr.
Czytaj też: Co dalej po rozłamie w PiS? Prof. Chwedoruk nie ma wątpliwości
Mentzen postanowił nie korzystać z szansy
Na prawicy dawno nie działo się tak wiele. Zarówno współzarządzana przez Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oryginalna Konfederacja, jak i utworzona przez Grzegorza Brauna podczas poprzedniego rozłamu po prawej stronie Konfederacja Korony Polskiej, mają najlepszy od lat moment, żeby stać się tym najważniejszym głosem. Nastąpić może pełne przetasowanie.
Nie dziwi fakt, że tydzień, w którym rozpad PiS stał się faktem, nie umknął uwadze Sławomira Mentzena, który postanowił przyciągnąć do siebie niezdecydowanych wyborców, pokazując rozbudowany, sensowny program, będący przeciwwagą dla głoszonych przez niego wielokrotnie skrajnie populistycznych haseł.
Żartuję. Mentzen zrobił dokładnie na odwrót.
Skupioną na sobie uwagę współlider Konfederacji wykorzystał, pisząc: „Byłem w toalecie na lotnisku w Warszawie. Obok mnie murzyn ze śniadym kolegą myli stopy w zlewach. Obrzydliwe. Jak w jakiejś Francji”. Trzeba przyznać – poziom utrzymany. Ja ostatnio widziałem wyzywającego osoby o innym kolorze skóry nastolatka. Obrzydliwe. Jak w jakiejś Konfederacji.
Doskonale chwile na wzmacnianie się wykorzystuje za to prezydent Karol Nawrocki. Wystarczy spojrzeć na rekordowy dla niego sondaż – aż 56 proc. pozytywnych ocen, przy 37 proc. pozytywnych ocen dla Sejmu i 31 proc. dla Senatu.
W tym tygodniu jeszcze bardziej podniósł swoje notowania, zgłaszając kolejne, nieco poprawione pytanie referendalne dotyczące polityki klimatycznej, ogłaszając swoją odpowiedź na Campus Rafała Trzaskowskiego, a także składając podpis pod tzw. ustawą łańcuchową. To niesamowite, jak prezydenccy ludzie potrafią odwrócić narrację – już niemal nikt nie pamięta ani pierwszego prezydenckiego referendum, ani prezydenckiego weta.
Tak samo nikt nie będzie pamiętać, że Czarnek był kandydatem na premiera, jak już rozgrywający karty po prawej stronie Nawrocki wrzuci na to miejsce Zbigniewa Boguckiego. Nie no, do tego na bank nie dojdzie, bez przesady.
Chociaż Łukasz Mejza może wreszcie stanie przed sądem. Zawsze mogło być gorzej.


