Reklama
Mundial 2026

Mundial. Ostatnia orkiestra „Synów Albionu”

Anglicy walczą na mundialu o wyjście z grupy. Zbiega się to z dwoma datami – 20 lat temu przegrali w ćwierćfinale MŚ z Portugalią w karnych. Za chwilę minie druga rocznica śmierci Svena Gorana Erikssona, który prowadził wówczas „Synów Albionu”. Jeśli mimo mniejszych sukcesów niż w ostatnich latach uważacie, że Anglicy grali wtedy ciekawiej, a piłka w ogóle była wówczas lepsza – ten tekst jest dla was.

Przemysław Staciwa
Opinia autorstwa: Przemysław Staciwa
Dzisiaj 19:38
10 min
Reprezentacja Anglii (fot. Shutterstock / Shutterstock)

1 lipca 2006 r. reprezentacja Anglii musiała uznać wyższość Portugalii i po serii rzutów karnych pożegnać się z mundialem. Było to niemal równo 20 lat temu. Za chwilę miną z kolei równe dwa lata, od kiedy nie ma wśród nas Svena Gorana Erikssona, który właśnie w meczu z Portugalią zakończył przygodę na stanowisku selekcjonera „Synów Albionu”. Szwed prowadził drużynę od 2001 r. i było to naprawdę dobre dla piłki czasy. Ale od początku.

„Ryczałem jak bóbr”

Mundialową przygodę zacząłem od 1998 r. i mistrzostw we Francji. Oczy 11-letniego dzieciaka, dla którego było to pierwsze zderzenie z imprezą piłkarską tej skali sprawiły, że zeskanowały wszystko, a umysł zapamiętał najdokładniej z dotychczasowych mistrzostw. Kto oglądał, ten pamięta – sprytną Chorwację z królem strzelców Davorem Sukerem i zakapiorem, Zvonimirem Bobanem, Francję z magikiem Zidane'm, waleczną Danię z Peterem Schmeichelem i braćmi Laudrupami, kolorowy Meksyk z wychodzącym z bramki Camposem i długowłosym Hernandezem, czy genialną, acz niespełnioną Holandię naszpikowaną gwiazdami. 

fragm. meczu Anglia-Argentyna 1998r. David Beckham za chwilę zobaczy czerwoną kartkę (fot. FIFA)

Ja jednak najlepiej zapamiętałem Anglików – waleczność, nieustępliwość, walki w powietrzu, bajeczne długie krosy, przerzuty, podania krzyżowe i wrzutki Beckhama, cwany, lewonożny Scholes, mijający obrońców jak pachołki młodziutki Michael Owen. Zakochałem się w angielskiej piłce od pierwszego wejrzenia i do dziś trzymam za Angoli kciuki na dużych imprezach. 

Reklama
Reklama

Gdy odpadali w 1/8 finału z Argentyną, ryczałem jak bóbr – wtedy też zraziłem się do południowej piłki – krótkie podania, klejenie futbolówki do nogi, do tego kopanie po kostkach, cwaniackie zaczepki i aktorskie upadki – to nie było to. Zapamiętałem jeszcze bielutkie zęby Paula Ince’a, który przestrzelił karnego a mimo to, ten facet zawsze się uśmiechał – w przeciwieństwie do mnie. W każdym razie, Anglicy musieli się pakować, a ja poczekać na ich triumf.. Czekam nadal.

Stara dobra Anglia

Wszystko miało się odwrócić już w 2002 r. na mundialu w Korei i Japonii. Wówczas do gry wchodzi Sven Goran Eriksson. W grupie Anglicy biorą rewanż na Argentynie – Beckham pakuje solidnym kopniakiem piłkę do siatki (po faulu na Michaelu Owenie, którego w polu karnym skasował obecny selekcjoner USA, Mauricio Pochettino) i jest 1:0, które utrzymuje się do końca. To było to.

Tamta Anglia nie była może najbardziej wyrafinowaną drużyną świata, ale miała charakter. Grała szybko, ofensywnie i bez zbędnego klepania, przeciągania. Piłka miała jak najszybciej znaleźć się pod bramką rywala. Beckham z prawej strony posyłał swoje firmowe, kilkudziesięciometrowe przerzuty z dokładnością chirurga, Gerrard i Lampard napędzali akcje z drugiej linii, Scholes jednym podaniem potrafił rozciąć obronę, a Owen żył z tego, że wystarczyło wypuścić go na wolne pole.

Mbappe kontra Haaland i walka o awans. Piątek pełen hitów na mundialu

Reklama
Reklama

Wspomagał ich z lewej potwornie dynamiczny Ashley Cole – prawdopodobnie najlepszy wówczas lewy obrońca na planecie. Do tego dochodziła siła w powietrzu (Ferdinand i Campbell siali postrach), twarda gra obrońców i przekonanie, że jeśli nie da się wygrać techniką, to wygra się charakterem i sercem. Nie była to piłka perfekcyjna, za to była szczera. I chyba właśnie dlatego tak dobrze się ją wspomina.

Sven Goran Eriksson na meczu Anglia-Portugalia w 2006 r. (fot. Youtube/World Cup Goals)

Anglia ze swoim męskim stylem szła do przodu, aż los zeswatał ją z Brazylią. – Jak przejdą w ćwierćfinale „Canarinhos”, to wszystkich przejdą – filozofowałem z przekonaniem. Mimo tego, że „Synowie Albionu” mieli potężny skład, faworytem nie byli. Wszystko szło przez długi czas pięknie dzięki golowi Owena, ale niestety – wszystko potem popsuł Rivaldo, a dramat dopełnił swoim strzałem Ronaldinho. 2:1 dla Brazylii, „futbol wraca do domu”.

Feralne karne, feralna Portugalia

Później Anglicy grali ze zmiennym szczęściem, ale emocji nie brakowało. Dwa lata później na Euro w Portugalii znów na gospodarzy. Znów feralny ćwierćfinał,  tym razem remis, dogrywka i feralne rzuty karne. Znów zabrakło jednego kroku – nie strzela Beckham, którego uwielbiałem i ćwiczyłem po szkole bicie rożnych i długich podań (koledzy z podstawówki pamiętają).  

Reklama
Reklama

Fragm meczu Anglia-Portugalia z 2006 r. W tle młody Ronaldo (fot. Youtube/ World Cup Goals)

Mimo wszystko wydawało się, że ta drużyna wciąż dojrzewa i największy sukces ma dopiero przed sobą. Beckham, Gerrard, Lampard, Terry, Ferdinand, Rooney – nazwiska robiły wrażenie, a każdy kolejny turniej miał być tym przełomowym. W Niemczech, na mundialu w 2006 r., historia napisała jednak ten sam scenariusz. Anglicy wyszli z grupy, uporali się z Ekwadorem, by w ćwierćfinale po raz kolejny trafić na Portugalię.

Po czerwonej kartce dla Rooneya przez ponad godzinę walczyli w osłabieniu, a gdy gole nie padły, o wszystkim zdecydowały karne. Beckham już na początku meczu zszedł z kontuzją chowając głowę w dłoniach. Znowu po thrillerze dramat. Młodziutki Cristiano Ronaldo świętował, a Eriksson po raz trzeci z rzędu zakończył wielki turniej na etapie ćwierćfinału. Zakończył też przygodę selekcjonera „Synów Albionu”.

Reklama
Reklama

Gdzie są te trąbki?

Kończyła się pewna epoka i kończyła się na różnych płaszczyznach. Przez lata Anglikom towarzyszyła świetna orkiestra z trębaczami i bębnami, która nadawała rytm, wygrywała melodyjne utwory i „niosła” cały stadion. W pewnym momencie to zanikło.

Dopiero niedawno dowiedziałem się o co chodziło – Przez lata angielskim meczom towarzyszył charakterystyczny dźwięk „The Official England Supporters Band”, który na wielkich turniejach prowadził doping trybun. Trąbki, bębny i motywy takie jak z genialnego filmu „Wielka ucieczka” były czymś więcej niż oprawą – tworzyły rytm meczów reprezentacji.

Ten sposób kibicowania szczególnie wyraźny był na przełomie lat 90. i dwutysięcznych., gdy angielscy fani podróżowali za drużyną jako zorganizowana, głośna grupa. Z czasem jednak atmosfera stadionowa zaczęła się zmieniać, a kolejne turnieje były coraz bardziej kontrolowane i „wygładzane” pod telewizyjną transmisję (telewizja w mniejszym stopniu zbierała dźwięki transmisji z okolic trybun). Równolegle ewoluowała sama kultura kibicowania Anglików, która coraz mniej oczekiwała jednego, centralnego zespołu prowadzącego doping.

Pojawiały się też głosy krytyki, że band ogranicza spontaniczność i narzuca sztuczny rytm trybun. W efekcie ich obecność stawała się coraz mniej wyraźna, aż stopniowo zeszła na dalszy plan. Dziś pozostaje raczej elementem wspomnienia tamtej epoki niż stałym obrazem współczesnych meczów reprezentacji Anglii. Jak dla mnie – chała, bo unikatową orkiestrę zastąpiły słabo słyszalne, mało melodyjne wrzaski. Takie czasy.

Reklama
Reklama

Flaki z olejem i na grzybach w lesie

Mijają lata. Na drużynę Garetha Southgate’a trudno było mi patrzeć z tą samą sympatią, co na Anglię z początku wieku. Szczerze – trudno było na nią w ogóle patrzeć. To były flaki z olejem. Z jednej strony wyniki i półfinały wielkich turniejów, z drugiej – coraz częściej pojawiało się wrażenie, że wszystko jest zbyt poukładane i ostrożne. Krótkie podania, cierpliwe klepanie w środku pola i granie „na kontrolę”. Emocje jak na grzybobraniu.

Wycięto to, co wcześniej kojarzyło się z Anglią – szybkie przenoszenie piłki, dośrodkowania i atak skrzydłami. Momentami wyglądało to jak próba grania w bardziej hiszpańskim stylu, ale bez tej naturalnej lekkości, która czyniła taki futbol (dla wielu) atrakcyjnym. Zamiast bezpośredniości była zachowawczość, a zamiast ryzyka – kalkulacja. W efekcie nawet mecze wygrane nie zawsze dawały poczucie emocji, które kiedyś były dla tej drużyny czymś oczywistym.

Dziś ogląda się to nieco lepiej, bo wraz z nadejściem Thomasa Tuchela pojawił się większy balans i powrót do bardziej bezpośrednich rozwiązań. Anglia znów częściej szuka dłuższej piłki, szybszego przejścia do ataku i większej pionowości, choć nadal nie jest to ten sam, surowy styl, który pamięta się sprzed lat. Nadal widać w tym pewną kontrolę i ostrożność, ale jest też więcej momentów, w których drużyna próbuje grać odważniej i szybciej łamać linie.

Dobre już było

Generalnie piłka się zmieniła i według mnie zmieniła na gorsze – fizyczność doprowadzona do perfekcji zabija zróżnicowanie. To trochę tak jak z tenisem – Nadal i Djokovic, ich atletyczność i perfekcja w defensywie zabiły doszczętnie tenis serve and volley (taktyka, w której po wykonaniu serwisu biegnie się do siatki i kończy wymianę wolejem), tenis ofensywny. Niby jest Alcaraz, ale po Federerze i jego erze, to już nie to samo – zostali defensorzy walący z grubsza z końcowej linii.

Reklama
Reklama

Skończyły się w dużej mierze dośrodkowania i dłuższe piłki, lewonożni pomocnicy schodzą do środka (to samo analogicznie na drugim skrzydle), gra przeniosła się właśnie na środek, obrona i pressing są dobre i skuteczne. Więc, niby jest dynamika, niby tempo meczów oszałamia, ale w długich momentach nie dzieje się za wiele spektakularnego. W tym tonie wypowiadała się gwiazda z Francji '98, Holender, Patrick Kluivert, który wskazywał w wywiadach, że dzisiejsza piłka zatraciła sporo z romantyczności, spontaniczności i indywidualności. Najlepsza piłka skończyła się z Zidanem, Beckhamem, Figo, Nedvedem i starym Ronaldo.

Nie ma już Erikssona, nie ma za dużo wrzutek, krzyżowych podań i długiej piłki. Dobre już było. Może chociaż na osłodę Anglia wygra w końcu drugi mundial.

 

Źródło: Zero.pl